Andy Timmons
Wywiady
Andy Timmons

To jeden z najlepszych gitarzystów naszych czasów, wyróżniający się niepowtarzalnym, niezwykle ekspresyjnym stylem gry, w znakomity sposób łączącym melodyjne, wyszukane frazy z mistrzowską wirtuozerią i artykulacją. Dzięki uprzejmości firmy Meinl mieliśmy okazję spotkać się z mistrzem podczas listopadowej kliniki w warszawskim Hard Rock Cafe...

Krzysztof Inglik
2019-02-07

Krzysztof Inglik: Kiedy rozmawialiśmy ostatni raz, opowiadałeś nam o swoim najwcześniejszym gitarowym wspomnieniu – kiedy miałeś 3 czy 4 lata i usłyszałeś utwór „I Saw Her Standing”. Już wtedy pokochałeś ten instrument?

Andy Timmons: Tak, gitara to moja pierwsza i prawdziwa miłość. Od samego początku chciałem grać na gitarze i nikt nie mógł nic na to poradzić. Miałem mnóstwo plastikowych gitar, na których grałem razem z płytami. Zachowało się zdjęcie z jakiegoś baru w Arizonie, gdzie w wieku 4 lat gram na takiej gitarze z zespołem country. Naśladowałem starszych „kolegów po fachu”, przybierałem odpowiednie pozy i podczas grania robiłem miny takie jak trzeba. Ponieważ byłem najmłodszy z rodzeństwa, wykorzystywałem to co walało się po domu, a akurat gitary zawsze tam były. Pamiętam akustycznego Silvertone i pierwsze melodie grane jednym palcem, takie jak „I'm Not You're Stepping Stone”. Próbowałem zapamiętać wszystko co wpadało mi w ucho i nigdy nie miałem dość. Moją pierwszą gitarą był tani, japoński elektryk wyposażony w jeden przetwornik, kupiony w komisie za 12 dolarów. Pierwszy prawdziwy koncert zagrałem na koniec ósmej klasy – to było „power trio” wykonujące kawałki takie jak „Homebound”, „2112” czy „Fool For the City”. I zagraliśmy to tak, że nikt nie miał wątpliwości co w życiu sprawia nam największą frajdę. Ten stan fascynacji gitarą trwa po dziś dzień.

Niewątpliwym przełomem w Twojej karierze był zespół Danger Danger, ale paradoksalnie nie tylko dlatego, że grałeś z nimi duże sceny, ale również dlatego, że to doświadczenie pozwoliło Ci przewartościować swoją karierę muzyczną.

Zdecydowanie był to przełom, bo z Danger Danger graliśmy festiwale, supporty przed gwiazdami takimi jak Kiss czy Alice Cooper, puszczano nas w MTV… Grając w tym zespole nauczyłem się naprawdę wiele i dawałem z siebie wszystko. Jednakże mniej więcej w tym czasie media zaczęły się skupiać na raperach i muzyce rodem z Seattle co spowodowało zmarginalizowanie stylistyki, którą się zajmowaliśmy. Dodatkowo, wytwórnia zdecydowała się odłożyć nasz trzeci album na półkę, co mnie załamało – nie mogłem zrozumieć, jak to jest, że wkładasz w coś tyle pracy, a potem dowiadujesz się, że ta muzyka nie należy do ciebie. To wszystko pozwoliło mi nabrać dystansu i spowodowało, że zacząłem się zastanawiać, czy to jest naprawdę coś co chcę robić przez resztę życia. Zrozumiałem, że nie jest to „image” muzyka jaki chciałbym dalej pielęgnować. Chciałem nagrywać swoją własną muzykę i pracować na swoje własne nazwisko – podążać ścieżką gitarzystów takich jak Mike Stern, Robben Ford czy Joe Satriani. To jednak oznaczało, że muszę zaczynać wszystko w pewnym sensie od początku, żeby wyrobić sobie markę.

Kiedy patrzę na Ciebie na scenie, oprócz wspaniałej muzyki uderza mnie radość bijąca z każdej twojej nuty. Jak nadal zachowujesz „świeżość” po tylu latach grania?

To dobre pytanie. Zarówno w życiu jak i swojej karierze zaliczyłem mnóstwo wzlotów i upadków. Kiedy masz mniej lat na karku przychodzi to dużo łatwiej, bo człowiek ma w sobie ten młodzieńczy entuzjazm. Pamiętam, że było to na Uniwersytecie Miami – czytaliśmy z kolegami wywiad z Larrym Carltonem, w którym został on zapytany o radę dla młodych gitarzystów. Odpowiedział: „Dobrze wykorzystajcie ten czas, kiedy jesteście młodzi i mieszkacie z rodzicami w domu, bo potem życie stanie się intensywne...” Pomyślałem sobie: „O czym on do cholery mówi, przecież wszystko czego chcę to grać jeszcze więcej na gitarze.” No i grałem – non stop – jeśli nie byłem akurat na zajęciach, grałem ze znajomymi, wieczorami występowaliśmy w klubach, przez sześć dni w tygodniu, a kiedy nie występowaliśmy siadaliśmy gdzieś w kącie żeby wspólnie popróbować jakiś jazzowy standard. Ten entuzjazm i niespożyta energia do zajmowania się wszystkim co związane z gitarą towarzyszyły mi od zawsze. Chciałem poznać każdy styl muzyki, w którym ten instrument był obecny, czy to jazz, rock czy pop. I tak mi się wydaje, że to właśnie ta ciekawość mnie napędza – jest przecież jeszcze tyle rzeczy do odkrycia, tyle wspaniałych rzeczy, których można się nauczyć.

Dla wielu ludzi twój poziom gry na gitarze jest czymś, czego prawdopodobnie nigdy nie osiągną. Czy ty sam czujesz, że jeszcze możesz coś poprawić?

Oczywiście, to się nigdy nie zmienia. Przypomina mi się pewna anegdota, której bohaterem jest Pau Casals, jeden z największych wiolonczelistów XX wieku, znany z tego, że każdy dzień zaczynał od zagrania wszystkich 6 suit na wiolonczelę solo Bacha. Kiedy miał 83 lata dziennikarz zapytał go, czemu nadal ćwiczy ponad 3 godziny dziennie. Na to maestro odpowiedział: „Bo wydaje mi się, że zaczynam dostrzegać pewne postępy.” Ze mną jest dokładnie tak samo. Czuję, że tym czego dotychczas się nauczyłem, udało mi się jedynie lekko zadrapać powierzchnię tego muzycznego wszechświata.

Najnowszy sygnowany model Ibanez ATZ100

Ta ciekawość muzyki, jest u ciebie dość charakterystycznym elementem. Można by powiedzieć, że poznawanie nadaje sens twojej muzycznej drodze...

Kilka lat temu usłyszałem o tych gitarowych obozach treningowych, w których udział biorą znani gitarzyści tacy jak Paul Gilbert czy Joe Satriani, a ludzie przyjeżdżają tam na dłuższy czas i uczą się razem z nimi. Słyszałem o wspaniałej atmosferze itd. Zelektryzowała mnie wiadomość, że na jednym z takim obozów będzie Pat Metheny. Od razu wiedziałem, że chcę być tego częścią, ale z drugiej strony było to trochę przerażające, bo od czasów szkoły nie traktowałem jazzowej strony swojego grania na gitarze serio. Z jazzem jest tak, że nie wystarczy nauczyć się kilku patentów – musisz to naprawdę robić cały czas, aby brzmieć autentycznie. Postanowiłem więc odświeżyć sobie ten temat i przypomnieć to czego dawno temu uczyłem się w szkole. Zacząłem grać codziennie z aplikacją iRealBook, gdzie zapisane są progresje jazzowych standardów i można je sobie odtwarzać w dowolnym tempie czy tonacji. Na początku było ciężko, ale po kilku tygodniach codziennego ćwiczenia zacząłem dostrzegać postępy. Poza tym, razem z moim przyjacielem spotykaliśmy się 2-3 razy w tygodniu i graliśmy jeden wybrany standard jazzowy – nazwaliśmy to „Standardem Tygodnia”. To ciekawe, ale zacząłem dostrzegać jak bardzo pozytywny wpływ ma to na moje granie rockowe. Studiowanie jazzu zmusza cię bowiem do wyjścia poza skale i skupienia się na odpowiednim prowadzeniu melodii poprzez zmieniające się akordy. Zrozumiałem, że studiowanie tych rzeczy w czasach, kiedy byłem nastolatkiem, miało duży wpływ na moje późniejsze postrzeganie muzyki. Uświadomiłem sobie także inną, ważną sprawę: uczenie się nowych rzeczy sprawia, że jestem szczęśliwy – polubiłem „studenta” wewnątrz siebie. Wspomniany obóz treningowy z Patem Methenym w końcu nie doszedł do skutku, ale inspiracja wywołana tamtą informacją zmieniła w pewnym sensie moje życie na lepsze, kierując mnie na właściwe tory.

Myślisz, że kiedyś osiągniesz poziom, do którego aspirujesz?

Wydaje mi się, że z tym jest jak z próbą dojścia do linii horyzontu – ona się zawsze oddala. Trzeba po prostu dawać z siebie wszystko i pogodzić się z tym, że ta praca nigdy nie zostanie ukończona. To etap, na którym jesteś w danej chwili definiuje cię jako muzyka, a nie cel do którego dążysz. Miałem wiele inspiracji i cele, do których dążyłem były różne. Wiem, że nigdy nie będę tak doskonałym melodykiem jak Pat Metheny, nigdy nie będę brzmiał jak Eric Johnson i nie będę miał techniki Paula Gilberta. I to jest OK, nie możesz tego osiągnąć. Posiadanie tych wszystkich fascynacji skłania cię jednak do wykonania pewnej pracy, a efektem tej pracy jest to, że zaczynasz brzmieć po swojemu. To suma tych wszystkich wpływów tworzy twój własny styl. Mike Stern powiedział kiedyś, że twoje ograniczenia są równie ważne co twoje zdolności. To ograniczenia sprawiają, że ty brzmisz jak ty, a ja brzmię jak ja. Być może nie jestem w stanie grać cały czas super szybko, więc zaczynam się skupiać na graniu wolno, budowaniu melodii itp. Rozumiesz co mam na myśli?

Dawno temu czytałem wywiad z Johnem Scofieldem, w którym opowiadał jak doszedł do swego charakterystycznego frazowania. Jak wiesz, Sco często łączy po dwa dźwięki legatem, grając kostką na słabej części metrycznej, a nuty na mocnych częściach wiążąc legatem. Powiedział, że taki sposób grania zrodził się z frustracji, że nie jest w stanie kostkować wszystkich nut tak szybko jak inni – legatem próbował nadrobić braki w szybkości…

Dokładnie – to jest esencja tego, jak ograniczenie może się przerodzić w nową jakość. Teraz ten sposób grania jest jego trademarkiem, czymś co go definiuje. To może być cokolwiek. Kilka dni temu oglądałem film „Bohemian Rhapsody” i zacząłem słuchać ponownie płyt Queen – Brian May jest kompletnie unikalnym gitarzystą, nikt nie brzmi tak jak on. Wiedząc, że zamiast kostki używał starej brytyjskiej monety, zacząłem próbować grać monetą węgierską – bo dopiero co grałem warsztat na Węgrzech. To kompletnie zmienia sposób w jaki grasz na gitarze. Bardzo inspirujące doświadczenie. Zamówiłem też na eBayu dokładnie taką sześciopensówkę, jakiej używał Brian May – jego ulubione pochodziły z roku 1947, bo w tym właśnie roku się urodził.

Wspominałeś o tym, że jednym z twoich idoli był Pat Metheny. W twojej grze, pomimo innej stylistyki, można odnaleźć podobne elementy – mam tu na myśli wagę, jaką przywiązujesz do melodii i charakterystyczny sposób prowadzenia muzycznej opowieści.

To co mówisz jest bardzo miłe, bo Pat nie tylko był, ale nadal jest moim niedoścignionym wzorem. Potrafi w niezwykły sposób prowadzić narrację i rozwijać kompozycje. Kiedy gra, snuje opowieści. Nie jest to zwyczajne połączenie kilku zagrywek czy fraz, które akurat siedzą pod palcami. Pat świadomie opowiada historie, a każda kolejna fraza wynika z poprzedniej, dzięki czemu słuchacz ma poczucie sensownej kontynuacji. Wszystko jest połączone, dokładnie tak jak w dobrej literaturze.

Jak dojść do takiego mistrzostwa? Nawet w jazzie, wielu młodych gitarzystów wpada w pułapkę grania fraz z książek typu „101 fraz jazzowych” czy „Biblia Bebopu”. W efekcie zaczynają grać solówki polepione z niezwiązanych ze sobą, aczkolwiek pasujących do harmonii fraz. Jak tego uniknąć?

Wielu gitarzystów rockowych zaczyna od grania w statycznych tonacjach – przykładowo riff na jednym akordzie i do tego pentatonika. Nawet to można zagrać porywająco i nieźle się przy tym bawić, ale taki sposób grania nie uczy prowadzenia melodii. W jazzie podstawową progresją harmoniczną jest II-V-I i już na tak prostym przykładzie można zaobserwować skąd biorą się melodie – z ogrywania akordów. Jeśli zaznaczysz w solówce składniki tych akordów, usłyszysz melodię, a najważniejszym pod tym względem składnikiem jest tercja. Tercje akordów – niezależnie od stylu muzyki – to generator melodii. Dlatego właśnie grając solówki, nie myślę o skalach, tylko o akordach, które są w tle. Oczywiście muzyka to złożony temat, więc oprócz zaznaczania składników akordów są też inne aspekty, których świadomym wypadałoby być. Jednym z nich jest oscylowanie pomiędzy napięciem i rozwiązaniem. Wybierając napięcie lub rozwiązanie na poszczególnych akordach, zaczynasz tworzyć nastrój. Tworząc klimat kompozycji, korzystasz z dynamiki, artykulacji, cieniujesz lub podkreślasz. Jest bardzo wiele elementów, które jako muzyk musisz opanować i swobodnie się nimi posługiwać. I mówię to dlatego, że zbyt wielu gitarzystów skupia się jedynie na technice i szybkości. To tak jakby malarz skupiał się jedynie na tym, jak dużo czerwonej farby jest w stanie wylać na płótno w jak najkrótszym czasie. Czujesz ten nonsens?

Co robi Andy Timmons, kiedy nie jest akurat w trasie? Jak wygląda twój typowy dzień? W domu też ćwiczysz?

Wszystko co robię, niezależnie od miejsca w jakim przebywam, związane jest z gitarą. Dobry dzień zaczynam budząc się przed moją rodziną. Robię sobie kawę i zamykam się w biurze, gdzie mogę sobie spokojnie pograć i poćwiczyć. Unikam jednak mordowania typowych gitarowych wprawek – chcę aby wszystko co wychodzi spod moich palców brzmiało jak muzyka. Jeśli korzystam z metronomu to zawsze ustawiam go tak, aby „stukał” na dwa i na cztery. Często puszczam jakiś podkład na apce iReal i po prostu improwizuję. W ten sposób ćwiczę palce i sprawność techniczną, ale jednocześnie rozwijam swój muzyczny „umysł”. Nigdy nie byłem zbyt dobry w graniu tych wszystkich ćwiczeń, jakie zwykle można znaleźć w gitarowych szkółkach. Dlaczego? Dlatego, że potwornie mnie to nudziło. Ja chciałem grać muzykę. Jeśli gram jakieś wprawki to zwykle nieświadomie – często mam gitarę w rękach kiedy wieczorem siedzimy z rodziną przed telewizorem, i brzdąkam sobie coś w tym stylu… (tutaj Andy gra sekwencje po pentatonice)... czym prawdopodobnie doprowadzam ich do szału (śmiech).