Queens of The Stone Age
Wywiady
Queens of The Stone Age

Dean Fertita i Troy Van Leeuwen zdradzają nam co robili zamknięci długo w jednym pokoju, dlaczego „Villains” spaliło most do przeszłości, co zrobić by czuć się potrzebnym w zespole, w którym są aż trzy gitary, jak odkryć swoją indywidualną ekspresję i czego nauczyli się od Iggy’ego Popa…

2017-12-15

Gitarzysta: Jak doszło do nagrania „Villains”?

Dean Fertita: Chcieliśmy zbudować sobie środowisko pracy zupełnie inaczej niż ostatnio. Myślę, że jest to już wystarczająco solidnie udokumentowane, ale Josh miał w tym czasie naprawdę poważne problemy natury emocjonalnej. Postanowiliśmy się zamknąć razem w pokoju i po prostu zacząć pisać. Josh miał już w głowie jakieś zaczęte pomysły, więc wyłożyliśmy na stół to co tam mieliśmy w tych naszych muzycznych kieszeniach i rzuciliśmy się w wir pracy.

Troy Van Leeuwen: Muzyka wewnątrz nas gra nieustannie. Mieliśmy naprawdę wielką ochotę spotkać się razem w jednym pokoju, pograć i posłuchać jakie dźwięki krążą po głowie każdego z nas.

Czyli zebraliście swoje pomysły, riffy, krótkie motywy jak klocki, a potem zaczęliście z tego budować?

Troy: Coś w tym stylu. Priorytetem są dla nas zawsze piosenki. Zanim pojawią się słowa, czy cokolwiek innego, muszą powstać melodie i solidny fundament rytmiczny. Dopiero kiedy już go mamy, możemy na tym budować dalej.

Dean: Po prostu robimy swoje, bawiąc się dźwiękami, dopóki Mark – nasz producent – nie powie nam ‘STOP’. Siedzieliśmy więc zamknięci w jednym pomieszczeniu dopóki nie stworzyliśmy wystarczającej ilości piosenek, które nas ekscytowały i poprzez które mogliśmy się wyrazić, a jednocześnie odbiegały od tego co robiliśmy wcześniej.

Troy: Dokładnie, taką mamy filozofię. Powtarzanie się nie jest dobre i staramy się tego unikać. Jeśli zaczęlibyśmy się powtarzać, oznaczało by to, że kreatywność umarła. Dlatego też będąc jeszcze na ‘tamtym brzegu’, z naszą ostatnią płytą, zaczęliśmy budować most do kolejnej, a kiedy już się tam znaleźliśmy, po prostu spaliliśmy ten most, aby nie wracać do przeszłości i poświęcić uwagę wyłącznie temu, jacy chcemy być w przyszłości.

Czy Mark Ronson pomógł wam w tym, produkując ten album?

Dean: Mark zrobił wszystko co mógł, by zarejestrować najprawdziwszą jak to tylko możliwe wersję nas samych. Zna dobrze Queensów, więc mógł spojrzeć na całość okiem fana. Sprawdził się doskonale w powstrzymywaniu nas przed zbytnim oddaleniem się od samych siebie.

Troy: Mark to producent wzorcowy. Nawet w przypadku aranżacji, popychał nas do przodu kiedy utknęliśmy. Jego obecność przy produkcji tej płyty pomogła nam osiągnąć coś nowego. Czuliśmy się jak krem orzechowy przy jego czekoladzie. Każdy kocha babeczki czekoladowe Reese’a z kremem orzechowym. Tego właśnie chcieliśmy: ‘Reese’s Peanut Butter Cups’.

Czy waszą intencją było zbudowanie większej ilości piosenek w tempach nadających się do tańczenia?

Dean: To było coś co naturalnie wyewoluowało podczas tworzenia repertuaru na tę płytę. W naszym zespole ten element był zawsze obecny. Tym razem świadomie postanowiliśmy go wyeksponować. Ale nie jest to coś, czego w tym obrazku wcześniej nie było, po prostu założyliśmy na nasz muzyczny obiektyw inny rodzaj filtra.

Troy: Kiedy pomyślisz chwilę o rock’n’rollu i jego korzeniach – a nawet o tym co było wcześniej – w głowie pojawiają ci się kapele z ery swingu, wczesny jazz, Duke Ellington, Cab Calloway, cała ta muzyka, która potem ewoluowała w Elvisa, Chucka Berry’ego – wszystko to było zaprojektowane tak, by ruszyć ludzi z siedzeń i zmusić do tańca.

 

„Feet Don’t Fail Me” to świetny kawałek na początek płyty. Czy nie pochodzi przypadkiem z sesji, które robiliście na „Post Pop Depression” Iggy'ego Popa?

Dean: Część tej muzyki faktycznie była pisana jako ewentualna piosenka na tę płytę, ale kiedy rzucaliśmy na stół wszystkie nasze muzyczne pomysły, postanowiliśmy dać tym dźwiękom nowe życie pod szyldem Queensów. Jest tam kilka niuansów, które czynią ten kawałek czymś zupełnie nowym. Jest naprawdę świetny.

Iggy Pop – jak się wam z nim pracowało i koncertowało?

Troy: Wielu wielkich muzyków odeszło w ostatnim czasie. Ostatnie dwa lata to prawdziwy koszmar… Patrzę na Iggy’ego i myślę sobie: „Boże, jak ten koleś to robi – z tych wszystkich rock’n’rollowców, to on powinien być już dawno martwy.” A on cały czas jest tutaj i tworzy, żyjąc cały czas na krawędzi jakby nie było jutra. Dla mnie to jedna z najbardziej inspirujących postaci świata muzyki. Granie z nim to coś co odmienia twoje życie. Widzisz swojego idola jak idzie na całość i nie odpuszcza, olewając swój wiek. Wiesz, że on nadal skacze ze sceny w publikę?

Dean: Doświadczenie grania z Iggym dotknie mnie prawdopodobnie w sposób, którego nie będę w stanie wyrazić jeszcze długie lata. Spędziliśmy razem krótki, ale niezwykle intensywny okres nagrywania płyty, a potem dwa miesiące w trasie. Kiedy skończyliśmy, poczuliśmy nieodpartą potrzebę zebrania się razem i nagrania nowej płyty. Tak więc „Feet Don’t Fail Me” na jej początku jest symboliczne, bo praca z Iggym była tym co rozpoczęło proces powstawania „Villains”. Nie wiem czy bylibyśmy w stanie logicznie wyjaśnić co i dlaczego, ale w pewnym sensie odświeżyliśmy naszą miłość do grania i tworzenia muzyki.

Mając za sobą pracę w rozmaitych, dość różnych od siebie projektach – jak postrzegacie wpływ tych doświadczeń na waszą muzykę?

Troy: Po pierwsze, im więcej różnych doświadczeń ma człowiek tym lepiej. Po drugie, kiedy poznajesz drugą osobę, doświadczasz jej chemii, musząc się zanurzyć w jej świecie, już poprzez samo to dokonujesz zmiany. A poprzez to uczysz się czegoś o samym sobie – takie doświadczenia są na wagę złota.

Dean: Największa różnica wywoływana jest przez ilość osób zaangażowanych w dany projekt. W Dead Weather oprócz mnie gra czasem na gitarze Jack White, ale nadal mam sporo miejsc do wypełnienia. W QOTSA zachowuję się bardziej reakcyjnie, próbując znaleźć jakąś mniejszą, ale własną przestrzeń i sprawić, że stanie się ona czymś niezapomnianym.

Stosujecie strategię ‘call&response’…

Dean: Dokładnie, muzyczna forma ‘pytań i odpowiedzi’ to stały element tego zespołu. Jest to chyba najprzyjemniejsza cecha tego zespołu. Cały czas wspierasz innych muzyków, szukając sposobów na uczynienie ich pomysłów unikalnymi.

Mając w zespole trzy gitary – jak ustalacie kto ma gdzie grać?

Troy: Wsłuchujemy się w siebie i mamy świadomość, że naszym zadaniem jest sprawić, by dana piosenka była lepsza. To są dwie kluczowe kwestie. Ja i Dean zazwyczaj wypełniamy puste miejsca, albo gramy coś pasującego harmonicznie do tego co robi Josh. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest nie grać zupełnie nic, albo odłożyć gitarę i dodać do całości jakąś ciekawą fakturę na syntezatorze. Patrząc na to od strony pasma, gitara zajmuje sporo miejsca w miksie, więc musisz wiedzieć czemu ma służyć dana partia, kiedy ją nagrywasz.

Dean: Nie chcesz czuć się zbędny, więc musisz znaleźć dla siebie jakieś miejsce w tym projekcie. Dojrzałem do tego, by częściej czuć się klawiszowcem, przez te ostatnie lata. Dorastając jako gitarzysta, pozwoliło mi to mieć nieco inne podejście na tym instrumencie – szczególnie od strony brzmienia. Uzyskanie satysfakcjonującego kompromisu to dość delikatna sprawa w tym kontekście – nie chcesz wciskać na siłę czegoś, co wcale nie musi tam być.

A jak to wpływa na wasze wybory sprzętowe?

Dean: Chcieliśmy zrobić płytę, gdzie wszystkie instrumenty byłyby bardzo wyraźnie obecne. Najlepszym wyjściem w takiej sytuacji jest uzyskanie brzmień zajmujących mniej miejsca w miksie, dzięki czemu można je wyciągnąć bardziej do przodu. Trzeba się skupić na uzyskaniu skupionych, bardziej czystych barw.

Troy: Może to brzmieć jak marketing, ale naprawdę doskonale sprawdził się tutaj mój sygnowany Jazzmaster. Tej gitary używałem dość intensywnie. W widmie częstotliwości tego zespołu, moją strefą jest ten nieco kanciasty sound oparty na przystawkach single-coil.

KOLOR I PRZEŁĄCZNIK…


…czyli jak Troy Van Leeuwen budował swój sygnowany instrument

Wykończony w głębokim, brunatno krwistym kolorze, sygnowany przez Troya Van Leeuwena Fender Jazzmaster, ma nawiązujące do lat 60. markery z masy perłowej i klasyczną maskownicę Tortoise – detale niezwykle istotne dla mężczyzny, który do gry na gitarze ma równie pieczołowite podejście jak do swojego ubioru. Troy nie chciał jednak zmieniać zbyt wiele w modelu Jazzmaster.

„Wiesz, jeśli coś działa, nie naprawiaj. Ale wyglądać musi dobrze. Kolor Oxblood, blokowe markery, podstrunnica z bindingiem, główka w kolorze korpusu. To były te czysto estetyczne detale, które kochałem w latach 60.” – mówi gitarzysta.

Jakkolwiek w układzie elektrycznym zastosowana tu została jedna zasadnicza zmiana o charakterze praktycznym: przełącznik zastąpił plastikowy suwak. Szczegół, ale robiący sporą różnicę. „Na koncertach potrzebuję czasem przeskakiwać szybko pomiędzy różnymi instrumentami. Ten switch funkcjonuje jako wyłącznik. Wystarczy jeden szybki ruch i gitara zostaje wycięta z obiegu, dopóki do niej nie wrócę.” Kluczowym elementem są tu przetworniki Vintage ‘65 Single-Coil Jazzmaster, dzięki którym instrument brzmi tak dobrze, jak wygląda.

 

Czego jeszcze używaliście na tej płycie?

Troy: Przede wszystkim sporo partii gitarowych zarejestrowaliśmy bezpośrednio – miksując dźwięk ze wzmacniaczem, ale gitara DI, nieco przybrudzona, jest tam obecna, dając taki bezpośredni sound prosto w twarz. Korzystałem ze wzmacniacza mojego kumpla Gabriela Currie, który ma firmę Echopark. Wzmacniacz nazywa się Vibromatic – jest naprawdę czysty i głośny. Nie jest to ani Fender ani VOX. Nie jest to też Marshall. To coś zupełnie unikalnego.

Dean: DI dopalałem efektem Spontaneous Audio Son Of Kong, a jeśli chodzi o wzmaki, to korzystałem z wielu małych piecyków z głośnikami 10” – Peaveye i różne takie. Co do gitar, to nie szalałem z ilością, większość z zarejestrowanych śladów to Echopark.

Ale korzystaliście chyba z kilku innych efektów?

Troy: Nasza zbieranina efektów jest dość obsceniczna. To coś całkowicie poza kontrolą. Na tej płycie intensywnie korzystałem z kompresji. Zamiast przesterowywać wzmacniacz, kompresowałem go, dzięki czemu gain przeradzał się w głośność, a nie tylko w distortion, zachowując jednocześnie czystość. Używałem do tego kostki Way Huge Saffron Squeeze. Zaprojektowałem też kilka efektów z firmą Dr No. Jeden z nich nazywa się Raven i jest filtrem działającym jak wah, ale bez pedału. Częstotliwość wah ustawia się pokrętłem, co pomogło nam wypełnić luki w miksie. Inną często używaną kostką był Eventide H9, który okazał się niezwykle użyteczny. Wykorzystałem także polifoniczny pitch-shifter Earthquaker Rainbow Machine. To efekt tak dziwaczny, że większość ludzi nie wie do czego go używać, ale ja mam jedno takie ustawienie, które sprawdza się doskonale… Mógłbym o tym opowiadać bez końca.

Dean: Eksperymentowałem trochę z pedałami Mooga, takimi jak Moogerfooger. Poza tym kostki Electro-Harmonix: POG, Holiest Grail, Polychorus. Tego używałem całkiem sporo.

Dwa sygnowane przez Troya Van Leeuwena efekty

Dr No: Octavia

Raven Filter & Boost

 

Wspominaliście o tym jak dużo nauczyliście się od Iggy’ego Popa. Jakie rady moglibyście przekazać kolejnemu pokoleniu gitarzystów?

Troy: Wierzę w to, że eksperymentowanie jest prawdopodobnie najważniejszym aspektem rozwoju muzyka. Właściwie to nagrywanie tych eksperymentów jest nawet ważniejsze, bo dzięki temu masz punkt odniesienia oraz kopalnię pomysłów – zawsze znajdziesz tam coś ciekawego, kiedy do tego wrócisz.

Dean: Przez te wszystkie lata zrozumiałem jedno: najlepiej jest nie słuchać innych muzyków. To zajmuje zbyt dużo czasu – uczyć się poprzez kopiowanie innych gitarzystów z nagrań, a potem próbować grać zupełnie inaczej. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do zrozumienia swojej indywidualnej ekspresji, a najlepszym na to sposobem jest odcięcie się od jakichkolwiek zewnętrznych bodźców.