Editors

Violence

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy Editors
Recenzje
Grzegorz Pindor
2018-03-14
Editors - Violence Editors - Violence
Nasza ocena:
8 /10

Zastanawiałem się, czy to co słyszę na „Violence” jest aby na pewno tym, za co kocham Editors i… jak wielu moich redakcyjnych kolegów, dopiero po czasie doszedłem do wniosku, że tak.

Anglicy są w naprawdę dobrej formie, i choć daleko im od rocka i chwytających za serce hymnów, jak na absolutnym hicie ostatnich lat, wydanym w 2013 roku „The Weight of Your Love”, po kilkunastu odsłuchach wiem, że szósta pozycja w ich dorobku będzie jednym z kandydatów do miana płyty roku, ale co najważniejsze, jedną z największych tegorocznych niespodzianek. Dzisiejsze oblicze formacji, lawirujące na granicy depeszowej elektroniki (efekt kolaboracji z Blanck Mass) i stadionowego brzmienia wynikającego ze skrzyżowania Coldplay i Muse, nie tylko pokazuje nam skłonność muzyków do pisania romantycznych kompozycji, ale również przypomina - w trakcie okazjonalnej eksplozji gitar - o wciąż lubianych post-punkowych korzeniach formacji.

Można zatem wywnioskować, iż „Violence” to tak naprawdę zlepek różnych wpływów i spacer po wielokrotnie przemierzanych w przeszłości terytoriach, ale paradoksalnie, więcej tu nadziei i pogody ducha. Początkowo wydawało mi się, że panowie w odświeżonym i poszerzonym składzie będą przynudzać, ale im dalej w las, tym bardziej podoba mi się ten skądinąd mocno znajomy miszmasz. Puzzle, z jakimi przychodzi się nam zmierzyć, są jednak proste, a zarazem uniwersalne. Starsi fani odnajdą tu kilka zapierających dech w piersiach wielkich hooków, a wielbiciele emocjonalnych zapaści i bardziej tanecznych momentów (pulsujące „Nothingness”) utoną w poruszającym głosie Toma Smitha.

Zatem, czy szósta płyta Editors ma wady? Czy dwa nadchodzące, wyprzedane koncerty w Polsce będą rozczarowaniem? Dwa razy nie. Primo: Anglicy nagrali płytę, której świetnie słucha się bez ciśnienia i oczekiwań, ponieważ mamy tutaj kilka ciekawych zwrotów akcji, jak choćby „No Sound But The Wind”, znane fanom kinowej serii Zmierzch, czy industrialne smaczki w „Halleluyah (So low”), które przywracają wiarę w wielkość formacji. Po drugie, zespół ma coś do udowodnienia, bo odwołane w grudniu 2015 roku koncerty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, a ostatecznie fani musieli obejść się smakiem. W związku z tym, do zobaczenia 4 kwietnia w krakowskim Klubie Studio. Będzie co śpiewać.

Powiązane artykuły