Ostatni album sheffieldzkiego songwritera, In This City They Call You Love, jest bez wątpienia kolejną ciekawą pozycją w jego dyskografii – a jego brzmienie wyrzeźbiono przy użyciu jednych z najbardziej charakterystycznych gitar, wzmacniaczy i efektów, jakie można znaleźć, wliczając w to Tele należącą do Scotta Walkera. Spotykamy się z Richardem w sercu miasta, które zainspirowało tę płytę, by dowiedzieć się więcej.
Uroczyste odniesienia do Duane’a Eddy’ego, Popsa Staplesa, Scotta Walkera i innych gigantów ery winyla nigdy nie są daleko od ust Richarda Hawleya. Ale wraz z albumem, In This City They Call You Love, Hawley stworzył dzieło, które zasługuje na to, by o nim opowiedzieć. Oczywiście nigdy nie usłyszycie, żeby sam tak powiedział – jego podejście do muzyki cechuje prawdziwa, głęboka pokora. Jednak ujmująca, tęskna ballada I’ll Never Get Over You to piosenka, którą mógłby bez trudu napisać Roy Orbison, podczas gdy Hear That Lonesome Whistle Blow brzmi jak zaginiona, nieszczęśliwie zakochana ballada Eddie’ego Cochrana.
A jednak Hawley w jakiś sposób nosi swoje inspiracje lekko, jak dobrze skrojony żakiet, który do niego pasuje i który czyni własnym. A jeśli przeszłość tak mocno unosi się nad jego twórczością, jej głównym celem jest podkreślenie nieprzerwanych nici pamięci, dumy i miłości, rozciągających się od dzieciństwa aż po teraźniejszość i nadających jej sens.
Szczególnie trwałym motywem w muzyce Hawleya jest jego rodzinne miasto Sheffield – kilka albumów nazwał od jego charakterystycznych miejsc, a samo miasto i jego mieszkańcy pozostają niewyczerpanym źródłem inspiracji. Ironią losu jest jednak to, że tytuł jego najnowszego albumu zrodził się z przypadkowego spotkania z przyjezdnymi.
J-200 Hawleya z 1950 roku ma ciepłe, szerokie brzmienie. Do jej zakupu zainspirowały go wspomnienia z dzieciństwa o ojcowskiej J-200.
„To było coś, co podsłyszałem, jak ludzie mówili”, wspomina Hawley. „Nie byli z Sheffield, a jeden z nich powiedział: ‘Och, w tym mieście każdy mówi do ciebie per love’ i to weszło we mnie jak pocisk. Po prostu to usłyszałem, dosłownie przechodząc obok kawiarni i pomyślałem: ‘Łoł, biorę to’. Rozumiesz?”
Hawley przyznaje, że songwriter musi mieć w sobie coś ze sroki – zawsze gotowej porwać złotą frazę i zanieść ją do domu, by schować na później. Dodaje, że najlepsze piosenki pochodzą z tej części umysłu, która nie jest pochłonięta prozaicznym, codziennym podejmowaniem decyzji. Podsłuchane przypadkiem słowa i zwroty mogą odkręcić kurek nagłego, instynktownego strumienia inspiracji, który – jak twierdzi – daje lepsze piosenki niż świadomy wysiłek.
„Możesz trafić w środek tarczy, nie celując. Ale jeśli celujesz w środek tarczy, prawdopodobnie go nie trafisz. Technicznie rzecz biorąc, muzyka to liczby i litery, matematyka i piśmienność. Ale tak naprawdę to coś, czego nie da się zdefiniować. Nie da się tego zamknąć w butelce. Wiesz, co mam na myśli? Teraz wszystkie piosenki piszę, kiedy wyprowadzam psy, bo jest coś w stawianiu jednej stopy przed drugą, co przełącza coś w twoim umyśle… przy racjonalnym, normalnym myśleniu, którego potrzebujesz, żeby przetrwać na Ziemi, twoje synapsy tak/nie przełączają się bez przerwy. Ale dzieje się coś, kiedy robisz coś podstawowego, jak wyprowadzanie psów, zmywanie naczyń czy cokolwiek… trafiasz w środek tarczy, nawet nie celując. I to jest najlepsza rada, jaką mogę dać każdemu, kto zamierza napisać piosenkę. Jeśli próbujes znapisać piosenkę, to prawdopodobnie będzie gówno.”
Możemy jedynie dojść do wniosku, że psy Richarda musiały ostatnio mieć sporo ruchu, bo każda piosenka na albumie trafia emocjonalnie w punkt. Produkcja jest prosta, a zarazem piękna – może nieco mniej orkiestrowa niż w przypadku niektórych jego poprzednich płyt, ale dzięki temu bardziej bezpośrednia i mocniejsza. Kluczowym tematem jest pamięć i to, jak z nią żyjemy – dawne miłości i lojalności zbyt szybko odchodzą w przeszłość, a jednak nigdy nie jesteśmy w stanie w pełni się od nich uwolnić.
„Myślę, że muzyka daje ci możliwość zaakceptowania faktu, że może jesteśmy śmiertelni, ale też pozwala ci zawisnąć w czasie jak pustułka”, zastanawia się Richard. „Masz więcej czasu, niż ci się wydaje, żeby o pewnych rzeczach pomyśleć”.
Piosenki na albumie często są zwodniczo proste. Deep Water jest na przykład rodzajem świeckiego gospel – modlitwą o akceptację, jaką ludzie zwykle zaczynają pisać, kiedy z czasem przybywa doświadczeń życiowych, a świadomość śmiertelności zaczyna zabarwiać ich myśli.
„Jeśli chodzi o płyty, zdałem sobie sprawę z wiekiem, że kiedy byłem młodszy, słuchałem różnych rzeczy i po prostu myślałem: ‘To jest do dupy’, a potem później w życiu zrozumiałem je”, mówi Richard. „I to dlatego, że jako człowiek nie byłeś na nie gotów. Wydarzenia, czas, starzenie się i te sprawy… Już nie pływasz, kurwa, na płyciźnie. I nie masz wyboru. Więc muzyka to akompaniament do przepływu twojego życia, a niektóre piosenki, które usłyszysz, gdy masz 16 lat, nie są na ciebie gotowe, ale może usłyszysz je mając 40 albo 60 lat, czy ile tam, i wtedy to łapiesz."
„Wielu ludzi, wiesz, kiedy kończą 30 lat, myślą, że to koniec, nie? Ale kiedy zbliżasz się do sześćdziesiątki i widzisz swoje zdjęcie w wieku 30 lat, to po prostu mówisz: ‘Ależ ja wyglądałem młodo’ [śmiech]. Wiesz, co mam na myśli? Nick Banks, właściwie jeden z moich najukochańszych przyjaciół, perkusista z Pulp, wysłał mi zdjęcie mnie i jego za kulisami w Finsbury Park w ’98 i wtedy byliśmy po trzydziestce, a ja patrzę wstecz i po prostu mówię: ‘Łoł, stary, wyglądamy jak dzieciaki’. I jeszcze byliśmy wtedy nieźle odleciani. Pomyślałem tylko: ‘Głupi, głupi chłopak’ [śmiech].”
Gretsch Country Club Hawleya ma zachwycająco usłojony top – po raz pierwszy „na ostro” użył jej, grając w lata-50.-owym stylu Rock And Roll Led Zeppelin z Robertem Plantem.
GITARZYSTA
Co zrozumiałe, gitary Hawleya są równie przesiąknięte czasem i wspomnieniami, jak jego piosenki – zwłaszcza jego przepiękny Gibson J-200 z 1950 roku, kupiony od Tony’ego Werneke z Replay Guitars, o słodkim, ale szerokim brzmieniu, które jest kwintesencją tego modelu w najlepszej formie.
„Martin Simpson znalazł ją dla mnie”, wyjaśnia, odnosząc się do znakomitego gitarzysty folkowego fingerstyle, który jest dobrym przyjacielem Richarda. „Bo mój ojciec miał J-200. I to była z lat 60. – myślę, że z ’62 czy coś koło tego. A podczas strajków w hutnictwie musiał ją sprzedać, żeby nas wykarmić, rozumiesz? I od tamtej pory zawsze siedziało mi z tyłu głowy, że to była niesprawiedliwość. Więc szukałem takiej przez lata i lata. To zabawne – bo to część historii mojej i Martina – on zawsze mówi: ‘Och, nie chcesz jednej z tych, chcesz jedną z tych’ – PRS albo Fylde, czy jedną z tych naprawdę szalonych, topowych gitar. Ale w ogóle nie mogłem się z nimi dogadać… może to kwestia ergonomii, ale po prostu nie czułem ich. Myślę, że chodzi o pamięć dźwiękową. Bo kiedy grasz na czymś, kiedy jesteś młody, jakaś część twojego mózgu zaczyna pracować w określony sposób…”
Richard szarpie pierwsze takty Hear That Lonesome Whistle Blow, by zademonstrować, po czym uśmiecha się na dźwięk cudownie sugestywnego brzmienia wydobywającego się z J-200.
„I to jest to”, uśmiecha się. „To wspaniała gitara do grania i gryf nie jest tak smukły jak w wielu nowoczesnych egzemplarzach. Ale to kwestie ergonomii, prawda? To trochę jak wtedy, gdy wchodzisz do sklepu i chcesz kupić nową koszulę albo marynarkę – nie patrz w lustro, tylko załóż i zobacz najpierw, jak się czujesz, rozumiesz? I tak samo jest z każdym instrumentem muzycznym. Zamknij oczy i po prostu słuchaj – masz te [wskazuje uszy] od natury z jakiegoś powodu, a możesz czytać wszystkie recenzje, jakie chcesz, możesz dać się nabrać na zakup czegoś, bo myślisz, że to będzie to, tamto i siamto. Ale musisz używać tego, twoje uszy to największy atut, jaki masz”.
Pytamy, czy Richard często używa J-200 w studiu, kiedy nagrywa.
„Używam jej, kiedy smażę jajka”, śmieje się. „Albo cokolwiek… Wisi na ścianie [zawsze pod ręką]. To po prostu tak świetna gitara do grania”.
Żadna płyta Richarda Hawleya nie byłaby oczywiście kompletna bez samotnego połysku elektrycznej Gretsch. Zgodnie z tym, Richard pokazuje nam piękną, naturalnie wykończoną Gretsch Country Club z 1954 roku, która jest jego gitarą „pierwszego wyboru” w studio.
„Uwielbiam ją – dla mnie brzmi jak Pop Staples”, mówi, szarpiąc struny dużego hollow-body przez przepiękny układ tremolo swojego comba Watkins Scout z 1958 roku.
„To jeden z problemów z Gretschami, ale ja zawsze uważałem to za atut” – zauważa, gdy gitara balansuje na krawędzi narastającego feedbacku. Podobnie jak kilka innych gitar vintage z kolekcji Hawleya, Gretsch została kupiona lokalnie. „Kupiłem ją w lokalnym sklepie w Sheffield, Rich Tone Music, który prowadzą ludzie, którzy z czasem stali się moimi przyjaciółmi – James i Dylan Ferguson – i oni zawsze mają niesamowite graty. Znowu, tak naprawdę znów zawdzięczam to Martinowi Simpsonowi, bo on ciągle tam wpada, a ja jestem zawsze w trasie albo w podróży, i on po prostu [mówi mi], że mają taką a taką gitarę… Zadzwonił do mnie i powiedział: ‘Mają Country Club i jest szalona – to ’54, pokochasz ją’. Pojechałem tam z nim i dosłownie zagrałem na niej parę akordów i już byłem załatwiony. W mojej głowie byłem sprzedany".
Hawley uwielbia swoją akustyczną J-160E z 1954 roku, od dawna kojarzoną z The Beatles. Mimo wbudowanego przetwornika ceni ją przede wszystkim za intymne akustyczne brzmienie.
„Skończyło się na tym, że użyłem jej w programie Joolsa Hollanda [dosłownie kilka dni później] i poproszono mnie, żebym zagrał z Robertem Plantem i Imeldą May. To był ostatni utwór programu w Hammersmith Apollo, kiedy robili go tam, i to było całkiem zabawne, bo to nie było nic, co wcześniej przećwiczyliśmy. Grałem z Joolsem rzeczy Fatsa Domino i mieliśmy taki pomysł, żeby zagrać stronę A i stronę B tego samego singla jedna po drugiej, więc zrobiliśmy te dwa numery, a Robert usłyszał, jak gram. Znam Roberta z przerwami od wielu lat, to świetny facet, więc potem po prostu zawołał mnie do pianina i powiedział: ‘Chcesz zagrać z nami jeden numer?’ Nie miało to nic wspólnego z managementem, było całkowicie nieskryptowane".
„Więc powiedziałem: ‘Jasne, co to za numer?’ a Robert na to: ‘Zagramy rock ’n’ roll.’ A ja: ‘Tak, ale jaki numer?’ A on: ‘Rock ’n’ roll…’ a ja: ‘Tak, tak, mogę grać rock ’n’ roll, ale jaki numer?’ A on mówi: ‘Nie, ty głupi ch… [śmiech], Rock And Roll Led Zeppelin’. Powiedziałem: ‘Nie, nie gram tego, bo nie chcę wylądować na cmentarzu Jimmy’ego Page’a’, wiesz – nikt nie gra jak Jimmy, on jest królem tego [stylu gitary]. A on na to: ‘Nie, zrobimy to jak Johnny Burnette and the Rock ’N’ Roll Trio’. Więc powiedziałem: ‘Dobra’ i zagraliśmy to właśnie tak – i to był pierwszy raz, kiedy kiedykolwiek użyłem Country Club. Kupiłem ją tydzień wcześniej czy coś koło tego i miałem ją wpiętą w starego Magnatone’a z lat 50., który ma naprawdę… to nie jest tremolo, to vibrato, a to tak naprawdę co innego i brzmi jak ciecz. Bo Diddley używał takiego, i Eddie Cochran – ma to brzmienie cieczy, jak poruszająca się woda. Jest niesamowite".
WIELKI SCOTT
Jednym ze świadectw więzi, jaką może stworzyć muzyka, jest fakt, że wielu idoli Hawleya stało się później jego osobistymi przyjaciółmi – szczególnie nieodżałowany Duane Eddy, z którym Hawley nagrał piękny album Road Trip w 2011 roku. Hawley zaprzyjaźnił się też z jedną z najciekawszych postaci w popie XX wieku, Scottem Walkerem, który po ogromnym początkowym sukcesie jako mainstreamowy gwiazdor orkiestrowego popu lat 60. rozwinął się w jednego z najbardziej wyrafinowanych, innowacyjnych i eksperymentalnych artystów działających we współczesnej muzyce.
Richard Hawley z ikoną designu Gretscha: swoim hollow-body modelem ‘G-Brand’ 6120 z 1957 roku (lub być może 1956).
Walker i Hawley poznali się, pracując nad albumem Pulp z 2001 roku, We Love Life, który Walker produkował, a ich przyjaźń rozkwitła po nieco wyboistym początku, kiedy Hawley spóźnił się na sesję z pedantycznie punktualnym Walkerem. Powód spóźnienia Hawleya – ratowanie stosu rzadkich płyt z wyprzedaży likwidacyjnej – zjednał mu jednak wybaczenie Walkera i od tego momentu ich przyjaźń zaczęła się rozwijać. Choć Walker zmarł w 2019 roku, jego biała Telecasterka z połowy lat 70. odgrywa znaczącą rolę na najnowszym albumie Richarda, jak wyjaśnia sam Hawley.
„Trzeciego dnia nagrywania nowej płyty zadzwoniła do mnie moja stara przyjaciółka Cathy [NegusFancey], która była menedżerką Scotta Walkera”, mówi Richard. „Scott i ja byliśmy przyjaciółmi, grywaliśmy w rzutki i popijaliśmy Guinnessa razem i w ogóle nie rozmawialiśmy o muzyce – to były po prostu rzutki i Guinness i czasem partia bilarda, ale w bilard Scott był beznadziejny, więc zawsze go lałem. Wolał więc rzutki, bo ja byłem beznadziejny w rzutkach – dalej jestem [śmiech]. W każdym razie, Lee, jego córka, powiedziała, że jednym z jego ostatnich życzeń było [naśladuje z żartobliwą manierą przeciągnięty głos Scotta Walkera]: ‘Dajcie tej łajzie Hawleyowi jedną z moich gitar…’ i to jest właśnie ta".
„Dotarła do mnie trzeciego dnia nagrywania nowej płyty i muszę powiedzieć, że była w dość opłakanym stanie. Stała nieużywana, a mój długo cierpiący techniczny od gitar, Gordon White, który jest geniuszem, [podjął się zadania doprowadzenia jej do ładu] i najtrudniejszą decyzją było w ogóle cokolwiek przy niej robić. Bo w zasadzie były na niej [ślady] krwi Scotta – jego fizyczne pozostałości były na tej gitarze. Ale Gordon powiedział: ‘Pieprzyć to, musi dać się na niej grać’ i wszystko naprawił, zrobił z niej piękną rzecz i to było bardzo, bardzo blisko sesji nagraniowych do nowej płyty; wszystkie te szalone rzeczy nagrywałem właśnie na niej”.

Combo Hawleya Watkins Scout z końca lat 50. może i nie ma dużej mocy, ale oferuje wypełniające pomieszczenie, sugestywne brzmienie, które idealnie pasuje do jego muzyki.
Hawley mówi, że nieskazitelne wyczucie muzyczne Walkera i jego bezkompromisowo wysokie standardy sprawiały, że był tak potężnym artystą i producentem.
„Zrobiliśmy numer na We Love Life zatytułowany Bob Lind (The Only Way Is Down), w którym musiałem zagrać na dwunastostrunowej gitarze akustycznej. Jezus, on [Scott] poganiał mnie jak wyścigowego konia, mówię ci. Kazał mi nagrywać to w kółko. Mówił: ‘Wgryź się, wgryź – graj głębiej, naprawdę dokop się…’ A moje palce na koniec tej sesji dosłownie krwawiły. Ale efekt końcowy był świetny. Nauczyłem się od Scotta mnóstwa rzeczy, zwłaszcza o mikrofonach. Miał niesamowity słuch: słyszał subtelne niuanse w jakości brzmienia mikrofonów czy gitar, czy czegokolwiek to było, a jego paleta dźwiękowa była tak szeroka… Ja właściwie nie jestem muzykiem. Ja po prostu kolekcjonuję dźwięki, wiesz, tym się zajmuję. I myślę, że Scott to rozumiał… ale nadal był beznadziejny w bilarda [śmiech].”
FOTO: PHIL BARKER



