Czas Juniora Marvina u boku Boba Marleya & The Wailers pomógł ukształtować jego karierę. Tutaj opowiada nam, jak Hendrix wskazał mu kierunek, o swoim o włos nieodbytym spotkaniu z Jeffem Beckiem, dlaczego odrzucił Stevie’ego Wondera oraz jak naprawdę wyglądała praca z ikoną reggae.
Junior Marvin może i nie był przy Bobie Marleyu na początku jego legendarnej kariery, ale był tam u jej szczytu i przy przedwczesnym końcu. Jednak zanim do tego doszło, Marvin – urodzony jako Donald Hanson Marvin Kerr Richards Jr – był zapalonym fanem Beatlesów i Jimiego Hendrixa, który porzucił wczesną edukację klasyczną na fortepianie i popadł w obsesję na punkcie brytyjskiego rocka. Doprowadziło go to do intensywnej kariery sesyjnej, zanim założył swój zespół, Hanson.
Hanson nie przetrwał długo, ale reputacja Marvina jako sprawnego gitarzysty – jak najbardziej. To z kolei doprowadziło do niespodziewanego telefonu od Stevie’ego Wondera w Walentynki 1977 roku. Okazało się, że był to dokładnie ten sam dzień, w którym miał spotkać się twarzą w twarz z Bobem Marleyem – co doprowadziło do jego dołączenia do The Wailers i udziału w nagraniu jednych z najbardziej znanych albumów Marleya: Exodus, Kaya i Survival pod koniec lat 70., a także wczesnych albumów z lat 80., Uprising i Confrontation, z których ostatni został wydany po śmierci Marleya w 1981 roku.
Marvin osiągnął w swojej karierze wiele, ale to czas spędzony u boku Marleya znaczy dla niego najwięcej, nawet jeśli niektórzy z jego dawnych kolegów z zespołu – i współpracownicy Marleya – zdają się rzucać cień na pamięć o zmarłym wokaliście. „Zabawne jest to, że jeśli zapytasz mnie o te rzeczy, odpowiedzi po prostu wypływają same, bo taka jest prawda”, mówi Marvin w rozmowie z Gitarzystą. A co Bob Marley znaczył dla niego – Marvin mówi stanowczo: „Bob był pracoholikiem do samego końca, ale to było dobre dla nas wszystkich. Weszliśmy w ten sam tryb i nie musieliśmy o tym myśleć. Po prostu to robiliśmy. A kiedy kończyliśmy, spaliśmy dobrze, bo nauczyliśmy się tak dużo. Uczyliśmy się rzeczy, o których nigdy byśmy nie pomyśleli – to było jak doświadczenie poza ciałem, wiesz?
„To był jeden z darów, jakie dał mi Bob”, wspomina. „Nauczyłem się od niego, że zawsze lepiej jest dawać niż otrzymywać. Kiedy dajesz komuś nawet drobny prezent, uczucie jest lepsze niż cokolwiek innego. Noszę to ze sobą we wszystkim, co robię, i mam za to dziękować Bobowi”.
Wracając do początku — co przyciągnęło cię do muzyki?
Większość mojej rodziny grała na instrumentach klawiszowych, a moja cioteczna prababka ukończyła University of the West Indies w Kingston na Jamajce i była profesorem fortepianu. Jej zadaniem było również uczenie wszystkich jej rodzeństwa, ponieważ jej ojca nie było stać na wysłanie więcej niż jednego dziecka na studia. Tak więc mój ojciec był jej protegowanym i przekazał mi klasyczny i jazzowy fortepian. Ojciec próbował uczyć mnie gry i choć był świetny, nie był dobrym nauczycielem, a mnie się to nie podobało. Zaczął, kiedy miałem zaledwie kilka lat, i dostawałem uderzenia jedną z tych starych, okrągłych lasek za każdym razem, gdy zagrałem złą nutę! Słyszałem nadchodzącą laskę i wiedziałem, że zaraz poczuję ból, więc fortepian niespecjalnie mnie cieszył.
Jeśli chodzi o gitarę, wylądowałem w Anglii z moją matką po tym, jak moi rodzice byli zmuszeni się rozstać, a ja chciałem grać w piłkę i trenować gimnastykę – wszystko, byle nie fortepian. Siedziałem godzinami z przyjaciółmi i bawiłem się na ulicy, aż w końcu zobaczyłem Elvisa i Beatlesów w telewizji, co wciągnęło mnie w gitarę. Ostatecznie moja rodzina powiedziała: „Nie będziemy już próbować uczyć cię fortepianu”. A ja na to: „Okej, dziękuję!”.
Oprócz Elvisa i Beatlesów – kto był twoją największą inspiracją?
Znałem już jazz, R&B i całą muzykę z Indii Zachodnich. Potem zainteresowałem się Hankiem Marvinem z The Shadows, Duane’em Eddym, Chuckiem Berrym i T-Bone’em Walkerem, z którym pracowałem, kiedy byłem młody. Później coraz bardziej wchodziłem w rock. Uwielbiałem Little Richarda, który miał ogromny wpływ na Beatlesów, choć z innym klimatem. Uwielbiałem Beatlesów i to, jak opowiadali historie w piosenkach takich jak Eleanor Rigby i All You Need Is Love. Uwielbiałem też The Animals, ale kiedy Hendrix pojawił się w mieście, pomyślałem: „Wow… skąd to się wzięło?”.
Kiedy Hendrix przyjechał w moje okolice w Anglii, pamiętam, że grał w klubach i spelunkach o północy, a wszyscy muzycy tam się gromadzili. Byłem nieletni, ale mój menedżer załatwiał mi wejście za darmo, choć nie mogłem pić alkoholu. Pewnej nocy byłem tam, a Jimi przyszedł jamować około drugiej nad ranem. Pamiętam, że publiczność była pełna ludzi takich jak Rod Stewart, Beatlesi, członkowie Small Faces – wszyscy byli w ciszy, kiedy Jimi skończył.
Jak sam mówi, doświadczenie Juniora jako muzyka sesyjnego dało mu „ogromną bibliotekę” muzyki i stylów, które wniósł do pracy z Bobem Marleyem.
Czy zobaczenie Hendrixa w takim otoczeniu było momentem definiującym?
Tak. Powiedziałem sobie: „Oto gitarzysta. Chcę grać na gitarze jak on”. Podszedłem do niego po występie, poznałem go i uścisnąłem mu dłoń. Ale Jimi był tak nieśmiały, że nawet nie chciał na mnie spojrzeć, żeby powiedzieć ‘cześć’. To było szalone: oto facet, który dopiero co grał gitarą za szyją na scenie, a poza nią ledwo ze mną rozmawiał. Jakby były to dwie różne osoby. Ale uścisnąłem dłoń Jimiego Hendrixa – byłem z tego bardzo dumny”.
W końcu stałeś się poszukiwanym gitarzystą sesyjnym. Co dało ci taką wszechstronność?
Podobała mi się idea grania wszystkiego po trochu. Mam bardzo zróżnicowane tło i lubię wiele rodzajów muzyki, więc miało to sens. Muzyka jest dla mnie jak inny język, język uniwersalny, więc możliwość grania różnych stylów była zabawą i szybko się w to wciągnąłem.
To prawda, że przesłuchiwałeś się do zespołu Jeffa Becka?
Tak, byłem tam z Cozy Powellem na perkusji, Maxem Middletonem na pianie, Clive’em Chamanem na basie i Bobbym Tenchem na wokalu. Kiedy poszedłem na przesłuchanie, zabrałem tych gości, bo byli moimi przyjaciółmi. W końcu Jeff odciągnął mnie na bok i powiedział: „Wezmę twoich kumpli, ale ciebie nie mogę”. Spytałem: „Dlaczego nie?” A on: „Musisz założyć własny zespół”.
Byłem wkurzony, bo wziąłem tych gości jako wsparcie dla mnie, nie dla niego! Ale okazało się to błogosławieństwem w przebraniu. Założyłem zespół White Rabbit z pewną kobietą o imieniu Linda Lewis, znaną brytyjską wokalistką. Wzięliśmy nazwę z piosenki Jefferson Airplane o tym samym tytule, zagraliśmy kilka koncertów klubowych i ostatecznie się rozpadliśmy.
Czy wtedy założyłeś Hanson?
Tak. To był zespół rockowy, i wtedy zmieniłem swoje imię. Urodziłem się jako Donald Hanson Marvin Kerr Richards Jr, ale wtedy występowałem jako Junior Hanson. Chciałem mieć inicjały JH jak Jimi Hendrix, ale ostatecznie, jak wiemy, zacząłem używać imienia Junior Marvin. Chciałem grać rocka, nie reggae. Byłem dumny, że mogłem podpisać kontrakt z Manticore Records i nagrać dwa albumy, Now Hear This i Magic Dragon.
Kilka lat później miałeś wybrać między Stevie Wonderem a Bobem Marleyem…
Zrobiłem trochę sesji ze Stevem Winwoodem, a producent Chris Blackwell to usłyszał, spodobało mu się i pomyślał, że to Steve gra. Powiedział do Steve’a: „Hej, zmieniłeś styl gry – bardzo mi się podoba”. Steve powiedział: „To nie ja. To pewien facet o imieniu Junior Marvin, taki mały gość z Jamajki”. Więc Chris Blackwell zaczął mnie szukać, porozmawialiśmy, a potem powiedział: „Chcę cię z kimś poznać…”. Nie powiedział mi, z kim chce mnie spotkać, ale się zgodziłem.
Były Walentynki 1977 i byłem z powrotem w Anglii, bo robiłem sobie przerwę od grania. Tuż zanim Chris mnie odebrał, zadzwonił Stevie Wonder do mojego domu. Gitarzysta Stevie’ego nie mógł pojechać w trasę, więc Stevie potrzebował gitarzysty. Stevie słyszał, że jestem dobrym graczem i mogę być zainteresowany, a ja oczywiście byłbym – jestem wielkim fanem Stevie’ego Wondera. Ale kiedy odebrałem telefon, powiedziałem: „Czy na pewno jesteś Stevie Wonder?” – bo trudno mi było uwierzyć, że to on dzwoni. A on na to: „Słyszałem twoje albumy i podoba mi się twoje wyczucie”. Powiedziałem: „Okej…”, a wtedy on: „Chcę, żebyś dołączył do mojego zespołu, ale jeśli to zrobisz, musisz podpisać 10-letni kontrakt”.
Pomyślałem: „Wow. Jeśli to zrobię, będę nazwiskiem rozpoznawalnym w każdym domu”, co przyprawiło mnie o gęsią skórkę – to było szalone. Ale kiedy o tym myślałem, Chris Blackwell zapukał do moich drzwi, żeby zabrać mnie na spotkanie z „kimś”. Powiedziałem Stevie’emu: „Czy mogę się nad tym zastanowić? Dziesięć lat to długi czas. Oddzwonię za parę godzin”. Stevie powiedział: „Nie ma sprawy”, i pojechałem Rolls-Royce’em Chrisa Blackwella ze swoją gitarą”.
Domyślam się, że tym „kimś” był Bob Marley?
Tak. Chris zabrał mnie do modnej dzielnicy i dużego edwardiańskiego domu. Wchodzimy, a ja widzę od tyłu drobnego faceta z dredami, który miał wokół siebie aurę. Słyszałem o aurach, ale nigdy wcześniej ich nie widziałem – a ten facet ją miał. Odwrócił się i to był Bob Marley. Podszedł do mnie, a ja tylko pomyślałem: „O cholera”, i przybił mi piątkę, mówiąc: „Witaj w The Wailers, człowieku”.
Powiedziałem: „Nie chcesz, żebym zagrał coś na gitarze?” A on: „Pewnie, możesz, ale i tak chcemy, żebyś do nas dołączył, stary. Podoba nam się, jak grasz”. Uszczypnąłem się: „Chwila, coś tu jest dziwnego. Dzwoni do mnie Stevie Wonder, a Bob Marley prosi, żebym dołączył do zespołu?” Zagrałem z Bobem parę utworów przez godzinę, rzeczy jak Exodus, Waiting in Vain, a potem przypomniałem sobie: „Cholera. Muszę zadzwonić do Stevie’ego Wondera”.
Chris już mówił o sesjach nagraniowych i zaczynaniu prób. Powiedziałem: „Człowieku, oni nawet mnie nie znają…”. Chris przerwał mi, mówiąc: „Znamy. Studiujemy cię od ponad roku. Jesteś tym, kogo chcemy”. Wiedzieli, jakim jestem człowiekiem i że jestem zrównoważony. Więc powiedziałem: „Chcę podjąć właściwą decyzję. Mogę dać wam znać?” On powiedział, że tak, i odwiózł mnie do domu.
Jimi Hendrix był ważnym wpływem w formacyjnych latach Juniora: „Powiedziałem sobie: «Oto gitarzysta. Chcę grać na gitarze jak on».”
Historia pokazuje, że wybrałeś Boba…
Zanim wyszedłem, Bob wręczył mi pięć płyt, mówiąc: „Przestudiuj to przez noc i bądź tu jutro”. Wziąłem je, powiedziałem: „Muszę iść”, wróciłem do domu, zadzwoniłem do Stevie’ego i powiedziałem: „Bardzo mi przykro, ale właśnie dostałem propozycję od Boba Marleya”. A Stevie na to: „O, spotkałem Boba miesiąc temu na Jamajce. Był świetny!” Jamowali razem, ludzie to uwielbiali, więc Stevie nie był zły – lubił Boba. Powiedział: „Przyjmij pracę u Boba, a jeśli za rok będziesz niezadowolony, odejdź w każdej chwili i będziesz miał u mnie miejsce”. To było szalone, bo było wielu gitarzystów, ale z jakiegoś powodu i Stevie, i Bob chcieli mnie. A reszta, jak to mówią, jest historią.
Co wnosiłeś do zespołu Boba, czego nie wnosił Peter Tosh czy Al Anderson?
Byłem bardzo zapatrzony w Hendrixa i rocka, więc to było jedno. Peter był Jamajczykiem, a Al był Amerykaninem, więc ich wrażliwość była inna. Nie mogli uciec od swoich wpływów, wiesz? To nie było nic złego – po prostu inne. Bob miał też gitarzystę Donalda Kinseya, który był bardzo bluesowy i był protegowanym Alberta Kinga, więc byłem bardzo inny od nich.
Słuchałem mnóstwa różnej muzyki, więc kiedy słyszę nową piosenkę, mam ogromną bibliotekę, z której mogę czerpać. Ojciec zawsze mówił: „Nie przesadzaj; mniej znaczy więcej”, więc jestem graczem zespołowym. Nigdy nie chciałem się popisywać ani zapełniać przestrzeni wszelkimi technicznymi zagrywkami. Moim celem było wydobycie piosenki i dodanie wisienki na torcie. I tego właśnie inni gitarzyści w zespole Boba czasem nie mieli.
Pamiętasz, jaka była idea stojąca za twoim pierwszym albumem z Bobem, Exodus?
Exodus było jak cud dla ruchu ludzi, do których przemawiało. Innymi słowy, ten album to ruch ludu Bożego. Teksty mówią o ludziach walczących, potem widzących światło, i wszystko jest w porządku. Kiedy nagrywaliśmy ten album, rozumieliśmy ideę, że życie jest darem dla wszystkich ludzi na Ziemi i że idea zamykania ludzi w więzieniach albo czynienia z nich niewolników niszczy ten dar. Ta muzyka jest o wolności, odkupieniu, walce o zasoby i karmieniu świata, zamiast o prowadzeniu wojen.
Wydaje się, że twoja więź z Bobem była o wiele głębsza niż tylko gitarowa.
Była. Rezonowałem z Bobem, bo mieliśmy podobne odczucia na temat życia i tego, jak ludzie powinni być traktowani. Modliliśmy się o to, by każdy miał edukację, jedzenie i dach nad głową. To są podstawowe rzeczy w życiu; nikt nie powinien głodować. My i nasza muzyka opowiadaliśmy o tym. Ziemia należy do nas wszystkich, tak samo jak ta muzyka. Każdy może tworzyć muzykę, ale śpiewać o cierpieniu i tworzyć muzykę w języku, który dzieliliśmy, to sedno znajdowania wspólnego gruntu i uczenia się. Nie tylko słuchasz; czujesz.
Jakiego sprzętu najczęściej używałeś z Bobem?
Tajną bronią były fuzz boxy, których Hendrix używał pod koniec lat 60. – a nawet Keith Richards w (I Can’t Get No) Satisfaction. Te efekty i wynalazki były kluczowe i kształtowały brzmienie. Poza tym używałem Les Pauli, Stratocasterów i różnych innych rzeczy w zależności od utworu. Często bardziej chodziło o uczucie niż o sprzęt. Ale i tak nie zawsze mieliśmy dużo pieniędzy na to wszystko, co było w porządku, bo Bob był buntownikiem i nie był naprawdę zainteresowany pieniędzmi. Nie dał się w ten sposób nagiąć.
Świetnie kontynuujesz jego dziedzictwo z The Legendary Wailers.
Zanim Bob umarł, powiedział: „Grajcie tę muzykę. Ale jeśli nie możecie osiągnąć standardu, który wyznaczyliśmy – nie grajcie jej w ogóle”. Nie chciał, żebyśmy grali tak samo, ale żebyśmy robili to lepiej lub przynajmniej próbując. Bob był perfekcjonistą i pracoholikiem. I taki standard sam sobie narzucam.
Wokół Boba narosło tyle legend, że jego prawdziwy obraz się zaciera. Kim był Bob Marley z twojej perspektywy?
Kim był Bob naprawdę? Bob nigdy nie dbał o pieniądze. Pomógł wielu ludziom pójść na studia, założyć biznesy, a nawet pomagał gangsterom, którzy próbowali zastraszać go bronią. To byli goście, którzy bawili się bronią, prosili o pieniądze i popełniali poważne przestępstwa. Ale Bob mówił: „Okej, masz 20 tysięcy dolarów, załóż firmę. Nie zabijaj więcej ludzi. Załóż firmę i bądź dobrym człowiekiem”.
Taki był Bob naprawdę. Zależało mu na tym, żeby kogoś uratować, zamiast odsunąć go i pozwolić mu zabijać dalej. Dorastał z wieloma takimi ludźmi i ostatecznie wszyscy patrzyli na niego z szacunkiem, bo odniósł sukces. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć, poza tym, że był duchowy i wierzył w ojca stworzenia według Rastafari. Bob był darem – tak samo jak praca z nim i muzyka, którą po sobie pozostawił. Tak go pamiętam.
FOTO: MATT JELONEK/GETTY IMAGES, LORNE THOMSON/REDFERNS/GETTY IMAGES

