Wywiady
Eric Gales

Jeden z najlepszych gitarzystów swojego pokolenia przetrwał walkę z uzależnieniem i pobyt w więzieniu, aby powrócić na scenę w jeszcze lepszej formie. Podczas naszego spotkania mieliśmy okazję porozmawiać m.in. o mocy odkupienia, która drzemie w bluesie i magii gitar „hollow-body” do których w ostatnim czasie bardzo ciągnie Erica…

2020-01-23

Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność oglądać Erica w akcji. Podczas jego koncertu, ktoś krzyknął z tłumu „Zagraj Machine Gun!”. Gitarzysta pokręcił tylko głową i powiedział, że nie chce być kolejnym Jimim Hendrixem, tylko pierwszym Erickiem Galesem. Riposta została nagrodzona brawami i nie ma się czemu dziwić. Te słowa to chyba najlepsze podsumowanie jego obecnej formy i tego, gdzie zmierza artysta.

Eric Gales po niemal 30 latach obecności na scenie może chyba w końcu powiedzieć, że odnalazł siebie. „Jestem naprawdę dumny z tego materiału.” – mówi o swojej najnowszej płycie „The Bookends”, która ukazała się na początku 2019 roku. – „Chciałem, żeby słuchacze mogli zapoznać się z tym, co mnie inspiruje. Oczywiście mogłem nagrać płytę w stylu ‘1-4-5’, wolnego bluesa ‘shuffle’ lub coś oldschoolowego sięgającego do korzeni tej muzyki. W końcu właśnie tam zaczynałem. Nie chciałem się jednak ograniczać, bo inspiruje mnie znacznie więcej różnych stylów grania. I tym właśnie jest ‘The Bookend’. Ten album daje słuchaczom możliwość wejścia do mojej głowy.”

Na płycie faktycznie znajdziemy cały przekrój gitarowych umiejętności Erica. Jest tu zarówno sprawne kostkowanie, jak i piękne progresje akordów, których nie powstydziliby się artyści wydający w latach 50. pod szyldem wytwórni Blue Note. Przede wszystkim słychać w tym jednak prawdziwego, autentycznego bluesa. Co zabawne, Eric w ogóle nie stara się zachowywać powagi, gdy mówi o muzyce, która przetrwała 100 lat. Jego odpowiedź na pytanie o gitarowych mistrzów rozłożyła nas na łopatki.

„W pierwszej kolejności wymieniłbym Alberta Kinga, Johna Lee Hookera i Muddy’ego Watersa. Mam jednak inne zdanie na temat słynnych ‘królów’. Jest ich czterech, a nie trzech.” – w tym momencie twarz Erica całkowicie poważnieje. – „Albert King, BB King, Freddy King i… Burger King.” – tutaj nasz rozmówca wybucha gromkim śmiechem. – „Tego się nie spodziewaliście, co? Cała czwórka wywarła na mnie ogromny wpływ!” Ten niewinny żart okazał się być wstępem do długiej rozmowy o bluesie i tym, co tak naprawdę jest ważne, gdy gra się ten wyjątkowy rodzaj muzyki…

Magazyn Gitarzysta: Jaki jest twój patent na dobrego bluesa? Co robisz, żeby unikać banałów i powtarzalnych motywów?

Eric Gales: Myślę, że blues jest dla mnie sposobem na przekazywanie emocji, które we mnie drzemią. Mam 45 lat, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że przeszedłem przez większość tych rzeczy, z którymi mierzą się moi słuchacze. Możliwość odtworzenia pewnych stanów emocjonalnych poprzez muzykę to wielki dar, za który jestem ogromnie wdzięczny. Stąd biorą się wszystkie rzeczy, które gram. To po prostu historie wzięte z życia. Dużo mojej muzyki ma swoje źródło w bólu, który bardzo często sam sobie sprawiałem. To bardzo intensywne przeżycia, a przecież wszyscy wiemy, że blues w jakiś sposób łączy się z cierpieniem. Ludzie przechodzą w swoim życiu przez różne rzeczy, a muzyka to świetny sposób na to, aby dać ujście emocjom. Słuchacze potrafią rozpoznać stany emocjonalne, które zaszyte są w moich utworach. Żeby poczuć muzykę, nie trzeba wiedzieć kim jestem, z jakiego sprzętu korzystam i jakie gram akordy. Ludzie ufają temu co słyszą i to wiele dla mnie znaczy.

Wspomniałeś wcześniej, że mógłbyś nagrać oldschoolową płytę sięgającą do samych korzeni bluesa. Co powiesz na duże „hollow body” w stylu T-Bone Walkera?

Mówię zdecydowane „tak”! Co więcej, czuję, że kolejna płyta naprawdę może pójść w tym kierunku. Zastanawiam się między czymś takim albo materiałem w nieco bardziej elektrycznych klimatach. Może spróbuję połączyć to pół na pół, na jednym wydawnictwie? Bardzo dobrze czuję surowe i autentyczne brzmienia w stylu Ladbelly’ego, Roberta Johnsona albo John Lee Hookera, a wciąż nie nagrałem jeszcze takiej płyty. Myślę, że to może być dobry pomysł na kolejny album. Joe Bonamassa byłby idealną osobą, żeby pomóc mi z takim wyzwaniem. Nigdy nie można jednak przewidzieć co się wydarzy. Jestem dość spontaniczny i dużo gadam, ale kiedy na coś się nakręcę to nie ma zmiłuj. Wtedy już nie myślę, tylko zaczynam grać. Wystarczy, że jakiś pomysł wstrzeli się w mój aktualny nastrój i jestem gotowy do działania. Na ten moment oczyma wyobraźni widzę surowe wydawnictwo w stylu Leadbelly’ego, który leniwie gra swoje numery gdzieś na ganku swojego domu. Tak prezentuje się moja wizja najbliższej płyty, którą nagram!

Progresje akordów w twoich utworach są niesamowite. Dużo w tym wszystkim jazzowych improwizacji. Czy ten gatunek również cię inspiruje?

Oczywiście! Duży wpływ mieli na mnie między innymi: Wes Montgomery, Herb Ellis, Kenny Burrell, Grant Green, George Benson lub Jonathan Butler. Ci goście to absolutne koty! Gdy byłem mały bardzo intrygowało mnie jazzowe granie i to co dzieje się tam w obszarze akordów. Jednocześnie dorastałem w religijnym środowisku więc często słuchałem jak różni organiści grają w kościele. W swojej muzyce zacząłem łączyć ich progresje akordów z tymi, które podpatrzyłem w jazzie. Po prostu przerabiałem to wszystko na gitarowe riffy. Myślę, że największy wpływ na moje granie miała muzyka Erica Johnsona. I kiedy to mówię… od razu przychodzi mi do głowy Stevie Ray, który jest dla mnie równie ważny. Na równi z nimi musiałbym wymienić też Franka Marino i Robina Trowera. Nie mogę też pominąć Alberta Kinga. Mógłbym tak długo wyliczać, bo naprawdę wielu artystów inspirowało mnie przez te wszystkie lata. Wymieniona piątka to jednak ci muzycy, którzy mieli na mnie największy wpływ, gdy dorastałem i kiedy kształtowała się moja muzyczna świadomość.

 

Opowiedz nam o swojej gitarze.

To Magneto Sonnet – sygnowany model Eric Gales, który zrobiła dla mnie ta francuska firma. Posiadam dwa egzemplarze tej gitary, jeden z palisandrowym gryfem, drugi z klonowym. Tego pierwszego nie mam tu ze sobą. Zabrałem za to Strata. To model Erica Johnsona, chyba jedyna gitara, na którą wydałem własne pieniądze. Kupiłem ją przede wszystkim ze względu na ogromny sentyment do tego artysty. Po prostu musiałem ją mieć! Radius gryfu jest tutaj znacznie bardziej płaski niż w typowym Stratocasterze i zdążyłem się już do niego bardzo przyzwyczaić. Od razu powiem kilka słów na temat wzmacniaczy, bo na pewno o nie spytacie. To moje sygnowane modele DV Mark, które właśnie pojawiły się w sprzedaży. Są idealną hybrydą lampowego preampu i solid-state power amp. Podpinam je do dwóch kolumn 2x12 zyskując czyste brzmienie o mocy 250 wat. Kiedy korzystam ze sprzętu udostępnianego przez organizatorów koncertu mam tylko jeden warunek. Dźwięk musi być czysty i głośny. Oczywiście mam też pedalboard, którym dopalam brzmienie, ale te dwa wymienione parametry są dla mnie kluczowe.

Ostatnio coraz większa liczba gitarzystów przekonuje się do wzmacniaczy o bardziej przejrzystym brzmieniu…

W moim przypadku takie rozwiązanie sprawdza się idealnie. Bez względu na dynamikę grania potrzebuję czystego brzmienia w rzeczach, które gram. Wiele moich motywów po prostu na tym bazuje. Kiedy gram pentatonikę zależy mi na tym, żeby jej brzmienie było najczystsze jak się tylko da. Pozwala to uchwycić wiele gitarowych niuansów.

Z jakich przesterów korzystasz?

Firma Xotic zrobiła dla mnie sygnowany model kostki EWS. Nazywa się Eric Gale Brute Drive. Obecnie robią je tylko na zamówienie, ale każdy może sprawić sobie to cudo. Mam też świetny fuzz od Mojo Hand, który nazywa się Colossus Fuzz, uwielbiam go. W moim pedalboardzie znajduje się również Tube Screamer.

Korzystasz z nich przez cały czas, czy odpalasz je tylko w określonych momentach?

Tube Screamer towarzyszy mi zazwyczaj podczas partii rytmicznych. To brzmienie dopalam podczas solówek kostką Brute Drive. Fuzz zawsze gra sam, bo ma wystarczająco dużo headroomu i gainu.

To w jaki sposób nauczyłeś się grać na gitarze, jest w pewien sposób wyjątkowe. Jesteś leworęczny, ale grasz na praworęcznym instrumencie odwróconym do góry nogami. Czy ukształtowało to w jakiś sposób twój styl?

Nie mam pojęcia, bo grałem tak od zawsze i nie mam porównania. Do wszystkiego doszedłem metodą prób i błędów. Wszyscy gitarzyści, od których się uczyłem byli praworęczni. Mogłoby się wydawać, że odtworzenie tego, co grali na gitarze odwróconej do góry nogami jest niemożliwe. Byłem jednak wyjątkowo uparty. Chęć nauczenia się czegoś nowego była znacznie silniejsza niż jakiekolwiek granice, które musiałem przekroczyć. Po prostu siadałem i kombinowałem tak długo, aż udawało mi się osiągnąć określony efekt.

Gdyby każdy gitarzysta podchodził do instrumentu z taką pasją…

O tak, gdyby tylko dało się to zabutelkować i zacząć sprzedawać w sklepach! Myślę, że najważniejsza jest inspiracja. To ona sprawia, że gdy ćwiczę, absolutnie nie czuję jakbym odrabiał pracę domową.

Ale nie da się tego po prostu włączyć. Wszystko wypływa przecież z wnętrza gitarzysty…

Myślę, że to samo do nas przychodzi. A kiedy już się zjawia – uderza z ogromną mocą. Kiedy coś mnie zainspiruje zapominam o bożym świecie. Przestaję jeść i wyłączam telefon. Po prostu chcę trwać w tym stanie jak najdłużej. Czasami do ostatniej chwili odwlekam nawet wizyty w toalecie. Prawdziwa inspiracja naprawdę potrafi przejąć nad nami kontrolę!

Powiązane artykuły