Łukasz Zieliński (Virgin Snatch)
Wywiady
Łukasz Zieliński (Virgin Snatch)

Krakowski Virgin Snatch tuż po premierze najnowszej płyty i koncertach w ramach Knockout Tour padł ofiarą krytyki. Nie za słabe występy, nie za marną płytę (a wrócili naprawdę w formie!), co za manifestację poglądów i przemyśleń dotyczących aktualnych wydarzeń w kraju.

Grzegorz Pindor
2019-01-22

Sytuację podkręcają singlowe „G.A.W.R.O.N.Y” wraz z bardzo wymownym wideo klipem. O zespole zrobiło się głośno i był to doskonały moment aby przeprowadzić wywiad. Naszym rozmówca był Łukasz Zieliński – wokalista formacji.

Grzegorz Pindor: Można szczerze stwierdzić, że wasz najnowszy album to jedno z większych zaskoczeń ubiegłego roku. Wróciliście z głowami pełnymi pomysłów dalece wykraczających poza formułę thrash/death spod znaku Testament. Obecnie do grona drogowskazów brzmienia Virgin Snatch można by dorzucić Lamb of God i Nevermore. Przyszedł czas na odświeżenie brzmienia czy to rezultat powierzenia obowiązków głównego kompozytora w ręce Pawła (Paska)?

Łukasz Zieliński: Dzięki za miłe słowa! Na „We Serve No One” niektórzy porównywali nas do Nevermore ze względu na mój czysty śpiew, który kojarzył się co poniektórym z Warrelem Dane, ale jeżeli chodzi o brzmienie to na pewno „Vote is a Bullet” ma inny sound niż ten, który dotychczas produkowali dla nas chłopcy z Hertz Studio. Gitary są mniej szorstkie a stopa miękka i tłusta jak pączek. Taki obrót sprawy to efekt kolaboracji z Zed Studio ale oczywiście też nasze oczekiwania względem tego jak nowa płyta powinna ‘gadać’. Same kompozycje to myśl twórcza zespołu. W tym wypadku drogowskazów trzymał się celująco i zgodnie z zadami muzykowania - Pavlo vel Paweł Pasek.

W odróżnieniu od waszych poprzednich albumów, szósty w dorobku krążek poza zmianą stylu, a raczej jego poszerzeniem o nowe elementy, cechuje zupełnie inne, mniej intensywne brzmienie. Więcej tu basu Anioła, zmieniła się dynamika, modyfikacjom uległa również kompresja bębnów.

To co różni tę płytę to przede wszystkim nacisk na przestrzenność kompozycji. Bas słychać tak jak należy, mimo że nie jest podbijany czy przesterowany, a całość jest inaczej zmiksowana tak aby wszystkie instrumenty były obecne ale nie przekrzykiwały się nawzajem. Bębny to zasługa Pawła, który zaprosił Kerima Lechnera (ex Decapitated, Septic Flesh) do współpracy, co zaowocowało naprawdę świetnymi i zaawansowanymi ścieżkami. Same wiosła są bardziej bzyczące przez co mroczniejsze. Molowych nut jest tu znacznie więcej, a więc melodii mniej, ale bez uszczerbku na nośności jak sądzę… W każdym razie nam się podoba.

W zespole doszło do zmian w szeregach. Oficjalnie rozstaliście się z Jacko, który przez blisko piętnaście lat okładał bębny. Jego miejsce zastąpił sprawdzony w bojach na jesiennej trasie - Łukasz Icanraz Sarnacki (Corruption, ex-Devilish Impressions). To nie pierwszy raz kiedy rozstajecie się z Jackiem, tym razem jednak na stałe i po nagraniu dobrze przyjętej płyty. Stracił zapał do thrashu czy obecnie lepiej sprawdza się w studiu?

Jacek wziął sobie urlop, który z różnych względów skończył się opuszczeniem szeregów VS. Uprzedzam pytanie: na pewno nie z powodów politycznych! Myślę, że już niedługo dowiecie się gdzie będzie z powodzeniem walił w bęben i życzę mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze „bicia”. Jego następcą został wspomniany Icanraz, który jest równie zdolny jak jego poprzednik. Witamy na pokładzie!

Chciałbym cofnąć się do czasu „In The Name of Blood”. Był to pierwszy album, którego treść miała być wycelowana w układ polityczny. Swoją niechęć do systemu rozwijałeś na kolejnych płytach, a z czasem dawałeś upust swojemu niezadowoleniu w mediach społecznościowych – nierzadko prowokując „scenę”. Jak bardzo zmieniły się Twoje poglądy od tamtej pory?

Wiesz, to nie jest kwestia poglądów bo tylko przysłowiowa krowa ich nie ma. Ważne by były one w zgodzie z regułami, które określa prawo, a więc zasadami ustanowionymi przez Państwo i jego obywateli! Dopuszczam więc każde, nawet najbardziej odmienne zdanie, ale po to jest konstytucja aby jej przestrzegać, bo ta chroni tę część świata w której się znajdujemy! To samo dotyczy historii naszego kraju i kierunku geopolitycznego. Nie ma więc mojej zgody na fałszowanie historii i wychodzenie ze struktur europejskich tylko dlatego, że komuś wydaje się, ze lepiej będzie nam na Białorusi.

Antypolityczny manifest to jeden z nieodłącznych elementów wizerunku Virgin Snatch, który, jak pokazują ostatnie tygodnie jest kością niezgody. Zarówno niektórzy fani jak i postronni obserwatorzy zdają się toczyć wojenkę na temat tego, czy aby na pewno zespół thrash metalowych miał prawo mówić co dobre, a co złe i której opcji ufać. Na ostatnich koncertach występowałeś w koszulce z napisem Konstytucja. To jasny sygnał budzący wiele kontrowersji nawet w środowisku metalowym.

Niekoniecznie anty, a raczej apolityczny - w tym sensie, że nie mam zamiaru piętnować wyborów politycznych, bo każdy ma do nich niezbywalne i zapisane w Konstytucji prawo. Ten najważniejszy dokument, bez względu na obóz polityczny, który akurat sprawuje władzę, nie może być „poprawiany” w imię doraźnych celów politycznych. Wiąże się to bowiem z ryzykiem zmian, które najczęściej i w prostej linii prowadzi w kierunku autorytaryzmu. To żadna wojenka a przestroga przed wejściem w gówno, tym bardziej, że thrash metal zawsze interesował się polityką i problemami społecznymi. „Bezstronni obserwatorzy” tak mocni w sieci i mniej lub bardziej oficjalnych przybudówkach partyjnych to w dużej mierze trolle internetowe, zdeklarowani fanatycy lub nie do końca zdający sobie sprawę co się dzieje ludzie. Oczywiście, nie odmawiam nikomu własnego zdania, bo uwielbiam się twórczo kłócić i dyskutować. Zawsze z nadzieją by spotkać się po środku z konsensusem w ręku. Nie będę jednak udawał, że nic się nie dzieje w sytuacji podwyższonego ryzyka, które prowadzi do trwałego podziału społeczeństwa, oddalania nas od Europy i utraty tego co zdobyliśmy w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat transformacji ustrojowej.

 

Mamy jednak ten przywilej, iż w naszym kraju – przynajmniej w sferze artystycznej – cenzura (raczej) nie istnieje (czego nie można powiedzieć np. o Białorusi czy wschodniej części Ukrainy). Między innymi dzięki temu „G.A.W.R.O.N.Y” uwierającą popleczników obecnego systemu, gotowych pisać historię RP na nowo. Nie kusiło Cię aby nieco wzmocnić ten przekaz? Rozprzestrzeniający się skrajny nacjonalizm w parze z neofaszyzmem aż się o to prosi.

Szerzenie nienawiści w przestrzeni publicznej, oswajanie nacjonalizmu i hołdowanie ksenofobi to rzeczy, które znamy z kart historii, i które zawsze kończą się bardzo źle. Trudno więc bym „siedział cicho i zajął się muzyką…”. Musimy sobie jasno powiedzieć, że od kilku lat bocznymi drzwiami wchodzą do politycznego mainstreamu ludzie i poglądy, którym daleko jest od cywilizowanych form wymiany myśli. Pod płaszczykiem patriotyzmu i troski o swoje państwo (skądinąd słusznych idei) daje się przyzwolenie na postawy, które nie mają nic wspólnego z dbałością o kraj i ich obywateli. Jak inaczej bowiem nazwać kolaboracje polityczną z quasi-faszyzującymi grupami, które w swoim „menu” mają hasła pokroju „śmierć wrogom ojczyzny” i inne dużo bardziej bezpośrednie formy nienawiści. Hejt stworzony na potrzeby politycznego rozdania bo to przecież głosy wyborcze. Szubienice, „zdradzieckie mordy” czy golenie głów to nie jest zwykła satyra uwierz mi. Nie rozumiem, jak można świadomie zniekształcać i obrzydzać to co z powodzeniem od lat robi Jurek Owsiak i Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Permanentne i świadome sugerowanie przekrętów i niecnych działań tej niesamowitej i wspaniałej formy niesienia pomocy innym to nie tyle paranoja (choć pewnie umiejętnie podkręcana też) co ohydne kłamstwa. Do jasnej cholery, przecież im więcej empatii tym lepiej i wszyscy pomieścimy się zarówno z Caritasem jak i każdym innym podmiotem, dającym nadzieje i wparcie tym, którzy tego potrzebują. Nie pojmuję również jak w trzecim tysiącleciu i po takich doświadczeniach z przeszłości można wrócić do uprawiania tak szeroko pojętej, natarczywej propagandy w publicznym radiu, telewizji czy partyjnej prasie. Oczywiście takie rzeczy dzieją się nie od wczoraj bez względu na nazwę ugrupowań politycznych, ale w takim stopniu i z taką determinacją ogłupiał społeczeństwo, nie przymierzając - towarzysz Gomułka. Zauważam zresztą dużo więcej kalek z poprzedniego systemu, gdzie wiedza i doświadczenie to co najwyżej dodatek do resortowych nominacji z politycznego nadania. Dotyczy to nie tylko ław sejmowych, co całego systemu rekrutacji państwowych gdzie aplikanci mają być wiernymi wykonawcami poleceń z góry. Próby pisania historii pod dyktando kolejnej władzy to przecież też metody wyjęte z lamusa.

Swoją drogą, wydaje mi się, że słuchacze muzyki rockowej, a przynajmniej dzisiejsi, nie chcą aby wciągano ich w wojenki pomiędzy ideologicznymi frakcjami. Mało tego, wolą przejść zupełnie obojętnie obok społecznych bolączek, o których mówi się ze sceny (i/lub z głośników) ze względu na to, iż ludzie są zwyczajnie zmęczeni. Koncerty i muzyka mają być stymulantem, odskocznią. Z jednej strony to rozumiem – bo ciężko dziś o przekaz, który wcisnąłby słuchacza w fotel, z drugiej w muzyce alternatywnej, nieważne czy mówimy o metalu, punku czy hc, niemal nadrzędną wartością był tekst. To znak czasów, że słowa stały się tłem dla muzyki?

Problem polega na czymś innym. Muzyka sama w sobie wcale nie musi posiadać ładunku politycznego ale jako sztuka działa na emocje. Emocje to przecież strach, radość, podniecenie czy gniew! Uczucia te często są przyczynkiem do pisania filmu, książek lub właśnie muzyki. Jej integralną częścią jest również tekst oprawiony w instrument czyli wokal. Nie da się przejść obojętnie obok wydarzeń, które tworzą rzeczywistość zarówno w Polsce jak i na całym świecie. Dlaczego? Bo dotyczą każdego z nas. Ktoś powie, ze i tak nie mamy na to wpływu i „że rozgrywają nas wielcy tego świata”. Stanowczo nie zgadzam się z tą tezą. Każdy głos to kolejna kropla wody, która drąży skały. Powoduje, że tworzymy grupy, które mają wpływ na realne zmiany. Wszystko bowiem zaczyna się od jednego głosu, który coraz bardziej doniosły, staje się coraz szerzej słyszalny. Odpoczynek w fotelu w krytycznym momencie to czysty hedonizm by nie powiedzieć tchórzostwo i koniunkturalizm. Takie myślenie prowadzi do tego, ze odpuszczamy pozwalając szerzyć się niesprawiedliwości, nienawiści i tandety w każdym tego słowa znaczeniu. Jakkolwiek banalnie to brzmi! Życie bowiem to oprócz wspaniałej zabawy również a może przede wszystkim obowiązki, ciężka praca i cierpienie. Moje przesłanie to próba uczciwej konfrontacji z zastaną rzeczywistością. Nie potrafię kłamać lub udawać, że nic się nie dzieje…. Ziemia nie jest płaska i trudno tego nie zauważyć.

 

Kujecie żelazo póki gorąco i po udanej trasie u boku Frontside i Decapitated ruszacie na podbój kraju na własny rachunek. Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę rekordowe wręcz frekwencje na metalowych koncertach jestem spokojny o jej rezultat. Co zatem z festiwalami, czy niedzielni fani metalu będą mieli okazję zobaczyć was na dużych scenach?

Knock Out tour to bardzo udana trasa w doborowym towarzystwie. Wszyscy dobrze się znamy i nie raz graliśmy wspólnie więc trudno było to zepsuć. Festiwale, na pewno ale gdzie i kiedy to kwestia czasu, wszystko się właśnie rozstrzyga. Nie chcemy grać dużo, aczkolwiek systematycznie, by dać odpocząć zarówno fanom jak i mieć chwilę czasu dla naszych rodzin.

Skoro o koncertach mowa, największym wydarzeniem nadchodzących miesięcy będzie nie koncert Metallica i Ghost na Stadionie Narodowym, ani nie Rammstein w Chorzowie, a wskrzeszony siłami trzech agencji Mystic Festival. Miałeś okazję wystąpić na ostatniej edycji imprezy, której headlinerem był Slayer w katowickim Spodku. Jak wspominasz to wydarzenie i czy rozmach z jakim powraca ta impreza, wbrew temu o czym mówiłem wcześniej, nie jest próbą porwania się z motyką na słońce? Metalowcy jednak nie chcą płacić dużych pieniędzy za dwudniowy festiwal, bo dla diehardów jest „tylko King Diamond”, a dla „młokosów” Slipknot i Sabaton.

Uważam, że jest miejsce na taki festiwal i potwierdzają to frekwencje. Właściwie wszystkie duże imprezy w naszym kraju sprzedają się na pniu a jest ich nieporównywanie więcej niż kiedykolwiek. Co tydzień ktoś anonsuje Kiss, Toola, Slayera czy Metallice. Polska na stałe wróciła na koncertowe mapy muzycznego świata, z czego bardzo się cieszę. Diamentowy król gra swoje najlepsze płyty, Slipknot kochają małolaty a Testament czy Amon Amarth to sprawdzone w bojach maszyny koncertowe. Wszędzie na świecie takie miksy są na porządku dziennym więc czas by zakorzenić w polskich słuchaczach taki festiwal. Wiesz, raz na rock kilka dni wspólnego hałasowania to sama radość.

Rozmawiał: Grzegorz Pindor
Zdjęcia: Ilona Matuszewska i Dariusz Ptaszyński (koncert)