Steve Lukather
Wywiady
Steve Lukather

Toto wznosi toast z okazji czterdziestej rocznicy, wydając hitową składankę „40 Trips Around The Sun” i zapełniając największe sceny, a gitarzysta Luke szczypie sam siebie z niedowierzaniem dodając: Życie jest dobre!

2018-09-12

Robienie wywiadu z Lukatherem ma w sobie coś z ujeżdżania byka na arenie. Pojawiasz się ze starannie wyselekcjonowaną listą pytań, mając nadzieję na refleksje gitarzysty w temacie jego 40-letniego dorobku i „metamorfozującego” (popularny wśród polskich blogerów przymiotnik) arsenału sprzętowego. Po chwili orientujesz się, że znalazłeś się na kursie survivalowym dla dziennikarzy, a głównym wysiłkiem staje się przeżycie na wzbierających falach jego piętrowych dygresji. „Mój lekarz…” – Steve wpada w jedną z nich – „…powiedział, że powinienem się częściej masturbować.”

No cóż, rozkojarzenie, jest w przypadku tego artysty zrozumiałe. Minęły 4 dekady odkąd najlepsi z najlepszych muzyków sesyjnych LA zebrało się razem pod szyldem Toto (którego nasz rozmówca nigdy nie lubił). Ponadprzeciętna muzykalność tego składu nie przeszkodziła zespołowi osiągnąć milionowych nakładów płyt i opanowania list przebojów. Szczególnie jeśli chodzi o album „Toto IV”, na którym zadomowiły się takie hity jak „Rosanna”, czy „Africa”. Zespół nigdy nie był jednak faworytem krytyków i jakkolwiek wirtuozeria Lukathera lśniła mocnym blaskiem przez te wszystkie dekady, każdy hazardzista obstawiałby tezę, że ich złote lata już dawno minęły. Biorąc to pod uwagę, Steve jest bardzo zaskoczony faktem, że utwór „Africa” trafił do mp3-playerów młodych ludzi, inspirując ich do eksploracji starszego dorobku Toto, prowokując wydawnictwo płytowe do stworzenia pakietu hitów na 40-lecie grupy („40 Trips Around The Sun”) i zapewniając im występy na największych od lat scenach. „Zapełniamy całe areny!” – wtrąca dziarsko 60-latek – „Sprzedaliśmy całą Royal Albert Hall. Nigdy wcześniej nie mieliśmy aż takiego wzięcia, więc naszą reakcją jest: ‘Serio? Dopiero teraz?’. Brzmi to jak jakiś podstępny żarcik… ale, właściwie to jestem tak naprawdę kurewsko wdzięczny.”

Rok 1982: Toto (od lewej do prawej) – Steve Porcaro, David Hungate, Steve Lukather, Bobby Kimball, David Paich i Jeff Porcaro. Zaledwie kilka tygodni po wydaniu „Toto IV”, które podbiło listy przebojów.

Gitarzysta: Czy masz jakieś ulubione przystanki na płycie „40 Trips...”?

Steve Lukather: Hmm… wbrew pozorom jest to dość trudne pytanie. Mam czwórkę dzieci – czy któreś z nich kocham bardziej niż inne? Niemniej są jaśniejsze miejsca, gdzie słyszę młodość w swojej grze na gitarze, jak np. w „Hold The Line”. Naszym znakiem firmowym wg mnie zawsze była „Rosanna”. To był taki typowy „Toto-numer”, w którym każdy z nas miał okazję pokazać się z najlepszej strony. Wiele z tych nut nadal brzmi świetnie po latach. Ale są też kompozycje, co do których nigdy nie byłem przekonany w 100%, a do których wydawania zmuszały nas koncerny płytowe. Nieważne człowieku, nie obchodzi mnie jak nas nazwiecie. Gramy swoją muzę, a ludzie nadal przychodzą na koncerty. Nie wiem nawet w jakim stylu gramy. Toto mogło grać rocka, potem piosenkę popową, a po niej zarzucić groove funky. To dlatego krytycy nigdy nie kumali o co nam chodzi. A przed sesjami foto naszymi fryzurami zajmowały się stylistki, wiesz? Patrzę na te stare zdjęcia i zastanawiam się: „Co nam strzeliło do łba?”

 

Jak opisałbyś siebie samego, jako gitarzystę, w roku 1978?

Myślałem, że jestem świetny dopóki nie ukazała się pierwsza płyta Van Halen (śmiech). Pamiętam, że David Paich [klawiszowiec] puścił mi „Eruption” tuż przed nagraniem solówki do „Girl Goodbye”. Powiedziałem wtedy: „Kim kuźwa jest ten kot?” Ale zainspirowało mnie to momentalnie. Grałem wtedy na moim Goldtopie z 1958, rozkręconym w studio na full i… rozwaliłem w drobny mak jedno z tych dużych szklanych okien, które często spotykało się w studiach w latach 70. Po prostu wybuchło pod ciśnieniem dźwięku. I to była ostatnia zagrywka nagrywana w tym kawałku. Udało mi się tam wydobyć flażolet, którego nie dam rady powtórzyć w ciągu najbliższego miliona lat. Czysty przypadek.

Byłeś asem wśród muzyków sesyjnych. Czy nawyki tego zawodu nie utrudniały kontroli nad własnymi trackami w Toto?

Ech, nie oszukuj się, że David czy Jeff byli łatwi w obyciu. David był specyficzny. On miał swoją wizję, a ja byłem „zaspokajaczem” cudzych potrzeb: „Co chcesz żebym zrobił, Dave?” Obaj pracowaliśmy na najwyższych obrotach. Jeff nigdy się nie obcyndalał, jeśli chodzi o groove. Od razu walił prosto z mostu jeśli coś się nie zgadzało i wyżymał cię jak cytrynę, żebyś dał z siebie wszystko. Kiedy słucham tej muzyki, moje myśli automatycznie przenoszą się do tamtych czasów. Czuję dym papierosa w studio. Widzę całe pomieszczenie. Wiem kto przyszedł popatrzyć jak nagrywamy, z czego się śmiejemy, jaki ma wyraz twarzy Jeff, kiedy kładzie kolejny soczysty groove. Zamykam oczy i widzę to wszystko.

Pamiętasz więc, czego używałeś do nagrania Toto IV?

Oczywiście mojego Bursta z 1959 roku, wpiętego do Rivery, podrasowanego Blackface ‘64 lub Deluxe reverb ‘65. Z odrobiną kompresji i pogłosu Sunset Sound. Po nagraniu każdego tracka dublowałem swoje partie. Jeśli chodzi o akustyki, to marnowałem mnóstwo czasu pieprząc się z małymi detalami i wstawkami, które tak czy inaczej wtopiły się w miks. Ale bez nich ta płyta nie brzmiałaby w ten sposób. Eksperymentowaliśmy z Davidem, mieszając różne dziwne motywy rytmiczne, które jak maleńkie bańki mydlane unosiły całą piosenkę, ale których słuchacze tak naprawdę nie zauważają.

Jak zmieniało się twoje podejście do sprzętu w Toto?

Przeszedłem chyba każdy możliwy etap, od minimalizmu do podrasowywanych Fenderów, do Marshalli, do rigów Bradshawa, wyglądających jak statki kosmiczne, potem z powrotem do podstaw i nagrywania całej płyty na Marshallu wielkości radia… Zrobiłem wszystko co tylko dało się zrobić. Obecnie gram na parze Bognerów Ecstasy-101B. Nic wyszukanego. W gruncie rzeczy postanowiłem dźwigać ze sobą mniej tego szitu. Nie chce mi się już tym zajmować.

Czy popełniłeś jakieś sprzętowe błędy na przestrzeni tych lat?

No oczywiście. Weźmy okolice roku 1985, dzień w którym dostałem swój nowy zestaw Bradshawa, wraz z Tri-Stereo Chorusem i innymi wodotryskami. Jestem gdzieś w połowie leczenia kaca i akurat nagrywam wideo „Starlicks” – którego notabene nie chciałem robić. Powłączałem wtedy wszystkie dostępne przyciski. No i mamy rezultat, który można by nazwać ucieleśnieniem tego co poszło nie tak w przebajerzeniu cyfrowych zabawek lat 80. Grałem też koncert w Japonii z Jeffem Beckiem, na tym samym sprzęcie. Wzięli ode mnie sam sygnał „wet”, czyli same efekty. Całość brzmiała jakbym grał na kazoo. To było żenujące. Pocieszam się, że to przeszłość: „Przecież to było 35 lat temu! Nigdy nie popełniliście w życiu błędu?” To coś jak ze spadaniem ze schodów – nie zamierzałeś tego robić, a jednak się stało.

Od strony studyjnej, najdziwniejszym brzmieniem był „Fahrenheit” z 1986. Do dziś mnie to martwi. Chciałbym nagrać część partii na tej płycie zupełnie na nowo, bez tych wszystkich dziwacznych efektów. Oczywiście Bob Bradshaw nie jest tu niczemu winien. To ja byłem sprawcą. On robi niewiarygodnie dobry sprzęt, ale nie mówi ci potem, na które guziki masz nie naciskać. Tak czy inaczej, w latach 80. wszyscy wszystkiego nadużywali.

Toto wkrótce rusza w trasę. Które piosenki są największym wyzwaniem?

Największym wyzwaniem nie jest dla mnie żadna z partii gitarowych, a raczej fakt, że na starych nagraniach nakładałem do sześciu różnych tracków. Tak więc teraz zmagam się z przearanżowaniem tych kawałków tak, by mógł je zagrać jeden gitarzysta. Wiesz, to dość zabawne, ale nigdy nie przypuszczałem, że kiedy osiągnę sześćdziesiątkę, nadal będę grał „Hold The Line”. Miałem zaledwie 19 lat kiedy grałem to po raz pierwszy. Miałem potworną tremę. Byłem dzieciakiem, a przede mną pod sceną stali goście z minami w stylu: „Lepiej dla ciebie kurwa żebyś zagrał dobrze!” Od tamtej pory zagrałem ten kawałek jakiś milion razy. Na żywo zwykle zastanawiałem się, czy zagrać solo tak samo jak na pierwszej płycie, żeby ludziom opadły szczęki, czy po prostu grać to co czuję.

Nowa kompilacja zawiera także kawałki odnalezione w archiwum i przerobione, prawda?

Tak. Odnaleźliśmy pięć wykopalisk, które odrestaurowaliśmy, naprawiliśmy, przerobiliśmy i złożyliśmy do kupy na nowo. Zagranie z Jeffem 25 lat po jego odejściu było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Takim „słodko-gorzkim”. Granie z samym sobą młodszym o 20 lat także było dziwaczne… sposób w jaki obecnie podchodzę do instrumentu jest zupełnie inny niż 40 lat temu.

Czy masz teraz odmienne podejście do techniki?

Kiedy grasz w dużej hali, musisz sobie zdawać sprawę z tego, co odbija się od jej ścian. Wiesz, Dave Gilmour wychodzi na środek sceny, gra jedną pieprzoną nutę i wyciska łzy z twoich oczu. Jeśli wyjdziesz tam grając szred, nie będziesz w stanie usłyszeć poszczególnych nut, które zginą w brzmieniu tej hali. Będzie to brzmiało jak kakofonia. Musisz grać odpowiednio do miejsca, w którym występujesz. Jeśli masz dżoba fusion w małym klubie, idź na całość. Tam zabrzmi to dobrze.

Nie wszyscy chyba wiedzą, ale ucierpiałem w wyniku wypadku busa w 2016. Miałem starte mięśnie po lewej stronie od ramion do łokci. Także dzięki temu stałem się bardziej minimalistyczny w grze. Ironią losu, wielu ludzi mówi mi, że moje granie teraz podoba im się znacznie bardziej. Właściwie to jestem szczęściarzem, że nadal mogę grać. Także w aspekcie wieku – dojrzałości – możesz powiedzieć więcej, za pomocą mniejszej ilości nut. Wiesz, na YT znajdziesz 12-letnią dziewczynkę, która gra szybko jak mało kto. Widziałem ją w Japonii i było to powalające. Ale potem sobie myślę: „Gdzie w tym jest melodia?”

Czy szczyty popularności Toto sprawiały ci frajdę?

Ludziom wydaje się, że bycie sławnym jest fajne. Nie, nie jest. Nawet odrobina sławy nie jest. To dziwaczne, ale mam taką zasadę: „Nigdy nie czytaj o sobie niczego online”. Uwierz mi bracie, prędzej odciąłbym sobie własnego fiuta niż zaczął przeglądać to gówno. To trucizna. Na świecie jest tylu nieszczęśliwych ludzi. I z jakiegoś powodu, muszą wyżyć swoje frustracje właśnie na mnie. Nawet w przypadku mojej mikro kariery, muszę zbudować porządną bramę do swojej sfery prywatnej, jeśli wiesz co mam na myśli.

Jak odbierasz swoje dziedzictwo jako gitarzysty?

Nie staram się popisywać, by przekonać wszystkich, że to właśnie ja jestem najlepszym wioślarzem na świecie. Bo nie jestem. Nie jestem nawet blisko tego. W hierarchii gitarowej jestem gdzieś na poziomie czeladnika. Ale jestem dumny z tego czego dokonałem i z tego co umiem. Jestem tym kolesiem, po którego dzwonisz jak coś się pieprzy, albo po to by wymyślił dobrą gitarową partię. Chciałbym móc powiedzieć, że zmieniłem świat, jak Jimi Hendrix, ale nie dokonałem tego. Na świecie jest wielu kotów lepszych ode mnie, ale muzyka to nie igrzyska sportowe. Moja kariera była naprawdę spoko. Ciężko pracowałem, by wypracować sobie najlepszy możliwy los. Ale za żadne skarby nie porównałbym siebie do jednego z tych, których czcimy na panteonie gitary. Nie jestem Allanem Holdsworthem. To jest kompletnie nie fair, że gość taki jak on nie miał statusu Mozarta. Allan był naszym gitarowym Coltranem i wg mnie, nie doceniono go tak jak na to zasługiwał. Możesz się domyślić o co mi chodzi: czemu ja, a nie ktoś inny. Czasem, życie się nie rymuje. Tak po prostu jest.

Niemniej mówiąc to brzmisz jak ktoś spełniony i szczęśliwy…

Po prostu cieszę się, że miałem swoją karierę, bracie. Nie biorę już udziału w tym wyścigu. To dość odprężające uczucie, mieć 60 lat i nie martwić się, czy nadal jestem wystarczająco dobry. Nie jestem już tego typu kolesiem. Te 40 lat z Toto były super, a i moja solowa kariera dostarczyła mi sporo zabawy. Grałem ze wszystkimi, których uważałem za gitarowych herosów. Nadal ćwiczę i interesuję się tym wszystkim. Nadal się uczę. Ale mam wszystko czego potrzebuję i nie jestem chciwy. Dbam o rodzinę i ludzi, którzy potrzebują pomocy. Wiesz, to jest teraz dla mnie naprawdę ważne. Mam spoko dom, jeżdżę Teslą, odbieram dzieciaki ze szkoły jak inni ludzie. Jestem takim „gitarzystą z twojego sąsiedztwa”.

Dzięki za wywiad Steve!

Dzięki! I próbuj sprawić bym nie zabrzmiał w tym wywiadzie jak kompletny dupek. Jestem tylko niegroźnym, starszym panem, który od czasu do czasu palnie jakąś głupotę...

Zdjęcia z koncertu: Dariusz Ptaszyński

Powiązane artykuły