Wojciech Ciuraj (Walfad)
Wywiady
Wojciech Ciuraj (Walfad)

Zespół Walfad z Wodzisławia Śląskiego z albumu na album coraz śmielej poczyna sobie na scenie polskiego progresywnego rocka.

Grzegorz Bryk
2018-01-23

Mimo trzech krążków na karku, to wciąż grupa bardzo młodych i przede wszystkim ambitnych muzyków. Okazja by porozmawiać z Wojciechem Ciurajem – gitarzystą, wokalistą, kompozytorem i ogólnie spiritus movens Walfad jest podwójna. Po pierwsze, Walfad wypuścili anglojęzyczną wersję świetnie przyjętego albumu „Momentum”; po drugie, Wojciech Ciuraj zadebiutował właśnie solowym krążkiem „Ballady bez romansów”.

Grzegorz Bryk: Kiedy słucham rzeczy, które nagrałeś z Walfad i solowo, to samo rzuca się na myśl, że jesteś uczniem starej szkoły progresywnego rocka.

Wojciech Ciuraj: To prawda, największy wpływ miały na mnie zespoły, które dziś zaliczamy do klasyki rocka. Moją największą miłością odkąd poważnie interesuję się muzyką jest Led Zeppelin i choć słucham naprawdę różnych gatunków, czasem zupełnie nie gitarowych, to mój numer jeden raczej się już nie zmieni. Natomiast jeśli chodzi o starą szkołę rocka progresywnego to najbardziej cenię Yes, Rush, King Crimson i Camel.

Gdy grupa Walfad debiutowała albumem "Ab Ovo" (2013), "śląskim koncept albumem", miałeś zaledwie 19 lat. Co się działo wcześniej?

WC: Jak większość młodych kapel szukaliśmy własnej tożsamości. Graliśmy covery o dość szerokim spektrum stylistycznym, bo od Cream po Muse... Pamiętam, że pracujący w naszym Liceum Ogólnokształcącym wuefista śmiał się z nas, że przez dwa miesiące gramy na próbach jeden utwór – był to „Tom Sawyer” zespołu Rush. Niestety, jako człowiek sportu nie dostrzegał jak wymagająca jest to kompozycja (śmiech). Pod koniec szkoły okazało się, że plany życiowe części zespołu nie pozwalają na dalszą grę w Walfad, więc zdecydowaliśmy się nagrać nasze najwcześniejsze kompozycje i tak powstało „Ab Ovo” - album niezbyt udany, ale na pewno oryginalny, a przede wszystkim cementujący skład i kładący podwaliny pod „nowożytny” Walfad.

Walfad to skrót od We Are Looking For A Drummer. Rzeczywiście tak ciężko było tego perkusistę znaleźć?

WC: Poszukiwania nie były tak trudne. Trudniej było sprowadzić go na próbę (śmiech). Trwało to kilka miesięcy. Nazwa zespołu generuje mnóstwo zabawnych sytuacji, co jakiś czas odzywają się do nas perkusiści z całego świata, najczęściej z Azji, pytając czy oferta jest dalej aktualna. Odpowiadamy, że absolutnie nie, bo jesteśmy bardzo zadowoleni z naszego bębniarza.

Od początku byliście pod pieleszami krakowskiego Lynx Music. Jak wyglądała wasza współpraca z Ryszardem Kramarskim?

WC: Trafiliśmy do Lynx Music jako bardzo młodzi wykonawcy i dzięki wydanym tam płytom porządnie rozpoczęliśmy naszą muzyczną przygodę. Rysiek bardzo nam pomógł, szczególnie przy drugim albumie, który choć wydaje się dość odległy od naszej dzisiejszej twórczości, nadal się broni i dostarcza wzruszeń naszym fanom.

Dość szybko zabraliście się do roboty i już w rok po "Ab Ovo" pojawił się "An Unsung Hero, Salty Rains & Him" (2014). Album, który nie przeszedł bez echa. Został zauważony przez progresywno i art-rockowy światek, a o samym Walfad zaczęło się robić głośniej. Jako zespół odczuliście ten wzrost zainteresowania?

WC: Myślę, że to właśnie od daty premiery "An Unsung Hero, Salty Rains & Him" należy mierzyć historię zespołu, wtedy też na poważnie zaczęliśmy koncertować i tempo grania wyznaczone wówczas ciągle sobie podkręcamy (śmiech). Tym albumem zwróciliśmy uwagę wielu osób, które dotychczas nie były nam przychylne. Świetnie wspominam tamten czas, udowodniliśmy sobie i innym, że to co robimy ma sens.

 

Przy okazji tego krążka pojawiła się inicjatywa, by wydać go w dwóch wersjach językowych jednocześnie. Po co właściwie ten zabieg?

WC: Rysiek gorąco namawiał nas na płytę anglojęzyczną, która miałaby większą siłę przebicia na świecie. Ja natomiast do końca broniłem, także przed własnym zespołem, polskiej wersji i tak udało się osiągnąć wydawniczy i artystyczny kompromis. "An Unsung Hero, Salty Rains & Him" został bardzo ciepło przyjęty za granicą, a polska wersja językowa ma wielką rzeszę zwolenników w naszym kraju.

Później był polskojęzyczny "Momentum", który pachnie już mocno współczesną neoprogresją w guście Pendragon i Pallas.

WC: To ciekawe, bo ja uważam „Momentum” za brutalne odcięcie się od neoprogresywnej stylistyki. Moim zdaniem to mocny, rockowy album nawiązujący do tradycji lat '70. Takie w każdym razie były nasze założenia. Walfad jest zespołem poszukującym i chcemy by każda nasza płyta była inna. „Momentum” można uznać za kolejny przełom w naszej historii – dzięki temu albumowi wystąpiliśmy przed Marillion, Procol Harum, Rayem Wilsonem, zagraliśmy prestiżową trasę po studiach koncertowych Polskiego Radia, zaczęliśmy funkcjonować w świadomości fanów rocka progresywnego już nie jako młodzi zdolni, a jako młodzi, bardzo zdolni i gotowi na podbój świata.

A wersja angielska "Momentum"? Nagrana została dopiero po roku od premiery polskojęzycznej.

WC: Angielska wersja została nagrana właściwie w tym samym czasie co polska, ale bardzo długo walczyliśmy o wydanie tego albumu za granicą. Nie udało się właściwie na ostatniej prostej, stąd późniejsza premiera tej płyty. Mamy nadzieję, że nasz czwarty album zostanie już wydany w Europie Zachodniej. Zanim to jednak nastąpi zagramy kilka koncertów za granicą o czym niedługo poinformujemy za pośrednictwem naszej strony na Facebooku.

 

Pod koniec ubiegłego roku udało Ci się zrealizować projekt, na który niektórzy muzycy czekają pół kariery, a czasem i dłużej. Solowy krążek "Ballady bez romansów" to muzycznie trochę inna bajka niż Walfad.

WC: Wiem, że ci muzycy, których przywołałeś w pierwszej części pytania z lekkim rozbawieniem śledzili zapowiedzi tego albumu. Ale ja nie jestem typem osoby, która ogląda się na innych. Tytuł miał przewrotnie nawiązywać do mickiewiczowskich „Ballad i Romansów” i powstał na długo przed pierwszymi szkicami. W ciągu kilku miesięcy napisałem moim zdaniem ciekawy materiał, różniący się od tego co robię na co dzień z Walfad, stąd został wydany pod moim nazwiskiem. Do nagrań zaprosiłem moje koleżanki i kolegów, z którymi znam się od lat, ale nie mieliśmy okazji razem muzykować: (Zofia Neugebauer – flet, Klaudia Wachtarczyk – gitara basowa, Dawid Klimuszko – perkusja, Paweł Kukla – instrumenty klawiszowe, Piotrek Rachwał – skrzypce, Daniel Arendarski – gitara solowa). Fajna atmosfera podczas nagrań, a także to, że moi muzycy nie pochodzili z progresywnego świata pozwoliło nam nagrać piękną płytę.

 

Przy okazji nowego roku powiedziałeś: "choć muzyczny skok w bok bardzo mi się spodobał to jednak zespół szukający perkusisty będzie zawsze najważniejszy". Rozumiem, że o Walfad martwić się póki co nie powinniśmy?

WC: Walfad to zespół mojego życia, niesamowita szkoła ciężkiej pracy i walki o swoje marzenia. Takich projektów się nie porzuca (śmiech).

W paru miejscach już widziałem porównania Twojego głosu, do Bryana Adamsa. Nie denerwuje Cię to porównanie?

WC: Bryan Adams jest fantastycznym wokalistą i takie porównania odbieram jako komplement. Posiadam dość charakterystyczną barwę, stąd często słyszę znacznie gorsze porównania niż do Bryana Adamsa... (śmiech) Ze śpiewaniem jest trochę jak ze skokami narciarskimi – każdy kiedyś widział w telewizji i jest pewien, że ma kompetencje do nieomylnych ocen techniki, stylu itd. Nie przejmuję się tym i robię swoje.

W Walfad jesteś kompozytorem, tekściarzem, wokalistą, ale i gitarzystą. Opowiedz proszę o swoim sprzęcie.

WC: Przyznam szczerze, że sprawy sprzętowe nigdy mnie specjalnie nie interesowały. To jest pułapka, w którą wpada wielu gitarzystów. Zaczynałem od kopii Les Paula Petera Greena z Fleetowood Mac firmy Vintage i już nieprodukowanego Voxa VT50. To był fajny zestaw i pozwolił mi wykształcić zalążki własnego brzmienia. Do moich ukochanych gitarzystów należą Eric Clapton, Jimmy Page, Gary Moore, Andy Latimer i Steve Howe stąd oczywistym marzeniem sprzętowym zawsze był dla mnie prawdziwy, pachnący Ameryką Gibson. Marzenie to spełniłem w 2015 kiedy nabyłem moją pierwszą porządną gitarę - Gibson Les Paul Classic z tegoż roku, natomiast jeśli chodzi o wzmacniacz to jestem wierny zestawowi, który przygotowała dla mnie firma Laboga. Alligator to fantastyczny wzmacniacz, a specjalne, charakterystyczne wykończenie sprawia, że ludzie wiedzą, że gram dzisiaj w ich mieście już przy wejściu do klubu (śmiech).

Kilka solówek zarówno z ostatniego albumu Walfad jak i "Ballad bez romansów" zagrał dla Ciebie Daniel Arendarski, który swoją drogą wyprodukował Twoją solową płytę. A jak tam u Ciebie ze sztuką szaleństw po gryfie?

WC: Daniel jest gitarzystą wybitnym i każdy zagrany przez niego dźwięk jest wartością dodaną, stąd chętnie korzystałem z jego talentu. Jeśli chodzi o mnie to raczej nie myślę o sobie jako instrumentaliście. Myślę, że jestem raczej kimś kto porozumiewa się ze światem za pomocą gitary, na której pisze swoje kompozycje. Mimo to sądzę, że jestem niezłym gitarzystą, dużo nad sobą pracuję, a dzięki graniu z lepszymi od siebie bardzo szybko się rozwijam.

Rozumiem, że teraz będzie nowy materiał od Walfad?

WC: Tak, w zespole panuje dobra atmosfera i chcemy przelać tą energię na nowy album. Myślę, że jesienią 2018 należy spodziewać się czwartej płyty Walfad.