Kobong

Chmury nie było

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Kobong
Recenzje
Grzegorz Bryk
2019-02-01
Kobong - Chmury nie było Kobong - Chmury nie było
Nasza ocena:
9 /10

"Chmury nie było", czyli druga część nawałnicy dźwięków od warszawskiej legendy Kobong, która tylko pozornie zdaje się być chaosem nieomal z pola bitewnego, w istocie odznacza się natomiast elegancją wzoru matematycznego.

Kobong dzięki wznowieniom płyt przez Universal Music powstał z grobu i dostał drugie życie. To nawet niesamowite, że tak undergroundowe, alternatywne i eksperymentalne do szpiku kości dźwięki, we współczesnych czasach są w stanie dostać się na listę sprzedaży OLIS. Kobong w XXI wieku udało się to, co okazało się niemożliwe w dniu premiery w 1997 roku. Najwidoczniej słuchacze musieli do tej muzyki dojrzeć, kolejne kapele pokroju Meshuggah, The Dillinger Escape Plan, Converge czy Mr. Bungle musiały położyć Polakom grunt pod docenienie Kobong. Bo tak już jest, że Polak musi usłyszeć wpierw od zagranicy, że coś jest dobre, by uwierzył, że tak w istocie jest. Niewiele się zresztą od końca lat dziewięćdziesiątych zmieniło, wciąż psioczymy po mediach społecznościowych, że rodzima muzyka się nie liczy, że nic fajnego się u nas nie gra. Jeśli się słucha radia, to prawdopodobnie tak właśnie jest. Tyle że jeśli jedynym oknem słuchacza na dobre granie jest radio, to raczej nie powinien zabierać głosu, nawet w mediach społecznościowych, które przyjmą każdą bzdurę, może nawet dostaną kilka lajków. Teraz doceniliśmy Kobong sprzed ponad dwudziestu lat, a zaledwie parę chwil wcześniej daliśmy skonać krakowskiej Ketha.

Nie zrozumcie mnie źle, Kobong to nie jest kapela, której słucha się z uśmiechem na ustach - już zresztą sam egzystencjalny, nihilistyczny charakter niejako na to nie pozwala. Słuchając kolejnych kawałków z "Chmury nie było" myśli się raczej, że to jakaś totalna młócka, chaos, dysharmonia, bez ładu i składu napierdalanie, byle głośniej i dziwniej. To mogło wielu odstraszyć. Słuchacze dopiero wiele lat później dostrzegli to, za co Kobong chwalony był nawet w swoich czasach przez bardziej osłuchaną krytykę: oryginalną strukturę utworów, techniczny warsztat muzyków (mimo że wyłącznie Robert Sadowski mógł pochwalić się jakimkolwiek muzycznym doświadczeniem), świadome granie dysonansami i łamanie kompozycji na wszelkie możliwe sposoby, nagłe zmiany dynamik i ekspresję graniczącą ze wściekłością. Dziś, gdy jesteśmy oswojeni z progresywnym metalcorem i djentem, mało tego, gatunki te mają swoją dużą widownię, "Chmury nie było" zdaje się być o wiele mocniej dla odbiorcy zrozumiałe, słuchalne. Głównie z tego względu, że nie wywołuje już takiego poznawczego szoku jak dwadzieścia lat temu.

Słuchając krążka bez perspektywy historycznej, można się zastanawiać o co z tym Kobong tyle szumu, przecież nie ma tu nic nowego. Ale wielkość Kobong można zrozumieć dopiero w zestawieniu z przeszłością, bo choć materiał nie postarzał się prawie wcale (remastery Adama Toczko rewelacyjnie wciągnęły materiał w XXI wiek), to trzeba sobie uświadomić, że powstał jeszcze w poprzednim millenium i w tamtym momencie wyprzedził epokę. Właśnie dlatego o wznowieniach płyt Kobong pisze się z taką emfazą i nieomal bezkrytycznie. Był to zespół, który dał światowej muzyce coś zupełnie nowego, a mimo to został z tego wynalazku "okradziony" przez słynniejsze, mające łatwiejszy dostęp do światowego przemysłu muzycznego nazwy i w ostateczności zapomniany na całe dekady.

Prócz mathcorowej nawałnicy mamy tu bardzo jazzową grę perkusji Wojtka Szymańskiego, utrzymany w orientalnych klimatach "Banjo", elektroniczny przerywnik "FX" będący wstępem do grunge'owego akustyka "Przeciwko" czy ambientowy "Impro" - ambientowe wątki pojawią się też w "I'll Wallow". W duchu mrocznego flamenco zagra "PRBDA" (akustyczna przeróbka numeru z debiutu) a grindcorem zapachnie "Miara". Industrialny, prog-metal to choćby "Uroboro", gdzie pojawiają się gitarowe warkocze jakby z późnego King Crimson. Słowem, inspiracji jest tu co nie miara, a wszystkie spajają się w oryginalną mieszankę jaką bez wątpienia jest "Chmury nie było". Twórcy czerpali z wszystkiego co mieli pod ręką, jednocześnie tworząc nową jakość na scenie alternatywnego metalu.