J.D. Overdrive

Wendigo

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy J.D. Overdrive
Recenzje
Grzegorz Bryk
2017-12-13
J.D. Overdrive - Wendigo J.D. Overdrive - Wendigo
Nasza ocena:
7 /10

Niczym stado spłoszonych przez kojoty bizonów galopujących piaszczystymi stepami folguje sobie katowicki J.D. Overdrive.

To już dekada. Zespół konsekwentnie trzyma się obranej na debiucie stylistyki i kolejne krążki zapełnia materiałem przynależącym do gatunku pustynnego southern i stoner metalu. Tłuste riffy, masywna sekcja, drapieżny, agresywny wokal - znaki rozpoznawcze katowiczan nie zmieniły się ani o jotę. Niech więc nie rozczarują się ci, którzy oczekiwali, że "Wendigo" przyniesie jakieś zmiany w poczynaniach J.D. Overdrive. To po prostu nie tej kategorii zespół, żeby coś niepotrzebnie kombinować. Chyba, że brzmienie, bo tu rzeczywiście J.D. robi progres z krążka na krążek. "Fortune Favors The Brave" było zbyt sterylne, studyjne i cyfrowe. "The Kindest of Deaths" już porządnie przytłuszczono i nadano masy. "Wendigo" to kolejny krok naprzód ekipy z Satanic Audio, która odpowiedzialna była przecież także za brzmienie poprzednich albumów formacji i najwidoczniej coraz lepiej rozumie, że tu trzeba mięsistości, niskiego basu i bardziej żywego, koncertowego soundu. Pod tym względem to zdecydowanie najlepsza blaszeczka katowiczan.

Zaryzykuję też stwierdzenie, że z muzyków najwięcej na jakości zyskał Wojciech Kałuża. Wokalnie dzieje się na "Wendigo" kilka naprawdę świetnych rzeczy. Suseł zawsze dawał z siebie wszystko, ale tu jego gardło zostało wystawione na ciężką próbę. Śpiewa rock'n'rollowo, metalowo, growluje, potrafi zejść naprawdę nisko, by zaraz wystrzelić w górne rejestry - nie mówię tu oczywiście o falsecie, nie ten ciężar gatunkowy. Instrumentalnie nie zmieniło się praktycznie nic. Ciężkie, toporne riffy, solówki z wah-wahem, średnie tempa sekcji (bardzo in plus wypada perkusja Łukasza Jurewicza, który nieustannie szaleje za zestawem), grobowy, może nawet black sabbathowy nastrój kompozycji dodatkowo mocno podkurwionych przez Kałużę. Jest solidnie i zawodowo. I właściwie chciałoby się tylko czegoś ponad tę gatunkową poprawność.

Sporo można było sobie obiecywać po rozpoczynającym album "The Creature is Alive", bo gitarowy riff bliższy jest tu heavy niż southern metalowi. Myślę, że zespół powinien od czasu do czasu przyspieszyć tak jak w tym kawałku, wyrwać się z sideł średnich temp i porządnie się rozpędzić. Album zyskałby wtedy na atrakcyjności, bo w perspektywie całego krążka, "Wendigo" za mocno przytłacza, obraca się wciąż w podobnej stylistyce, przez co ciężko zaczerpnąć oddechu, odróżnić kolejne koncepty kapeli i się w nich rozsmakować.

Daleko szukać nie trzeba, dobrze by było gdyby metalowa ekipa J.D. zerknęła chociażby na polskie podwórko gatunku southern i stoner metalu. Już nie mówię nawet o Corruption, ale kapelach typu Death Denied czy Traffic Junky - szczególnie ten drugi na debiutanckim "Desert Carnivale" pokazał jak bawić się gatunkiem, jednocześnie nie "zdradzając" stylu. J.D. Overdrive mają dużo solidniejsze papiery na takie granie, lepsze brzmienie, ale mniej pomysłów na to jak urozmaicać kompozycje. Można też było głębiej wniknąć w tematykę tytułu krążka - w mitologii Indian Algonkinów wendigo to lubujący się w ludzkim mięsie upiór powstały z człowieka odrzuconego przez ukochanego. Pole do popisu spore, zespół mógł podrążyć temat, chociażby zajrzeć na półkę z klasykami grozy i odkurzyć zapomniane utwory Algernona Blackwooda. Zespół mi o Blackwoodzie przypomniał i sam przewertowałem sobie chyba jedyne dostępne na polskim rynku wydanie autora od wydawnictwa C&T ze świetnymi ilustracjami Antoniego Sobeckiego.

To o czym się rozpisuję to oczywiście mniej lub bardziej poważne niuanse. W istocie "Wendigo" to kawał rzetelnego, solidnego i profesjonalnego southern metalu. Ciężkiego, dusznego, odpowiednio piaszczystego i pieprznego. Być może J.D. Overdrive stać na więcej, ale to wciąż najwyższa liga tego typu grania w Polsce.