Wywiady
John Petrucci

Lord rezydent sześciu strun w kolektywie Dream Theater używa nadmiaru czasu generowanego przez lockdown, by nagrać kilka soczystych instrumentali wraz ze swym kumotrem Majkiem Portnoyem...

2021-03-15

Na początku roku 2020, kiedy Dream Theater podróżował po Europie celebrując zarówno nowy album ‘Distance Over Time’, jak i 20-lecie wydania ‘Scenes from a Memory’, John Petrucci nie miał bliżej sprecyzowanych planów pilnego ukończenia pracy nad swoim drugim solowym wydawnictwem, nad którym pracował sporadycznie przez ostatnich kilka lat, w przerwach od głównego swego zajęcia. Wówczas miał tyle zajęć, że czasem trudno było skupić myśli. Zespół miał zabookowane koncerty co najmniej do końca kwietnia, a potem planowano dyskusję nad następcą albumu ‘Distance Over Time’. Niestety, jak w przypadku pozostałych artystów, zespół został uziemiony pod koniec lutego z powodu pandemii COVID-19.

Muzycy nie tylko nie byli w stanie grać koncertów, ale nawet ćwiczyć razem, bez czego ciężko mówić o efektywnej pracy nad nowym materiałem. Petrucci na Long Island – James LaBrie w Toronto, pozostawała praca zdalna, ale tego muzycy ideowo nie chcieli. Efektywnie odizolowany Petrucci postanowił wykorzystać tę przerwę, by powrócić do pomysłu swojego studyjnego albumu solowego – Terminal Velocity – drugiego, po wydanym w roku 2005 ‘Suspended Animation’. Tak jak poprzednio, nowe wydawnictwo pełne jest niczym nieskrępowanej wirtuozerii i technicznych, gitarowych wycieczek.

Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że muzyka jest odzwierciedleniem napięć w ogarniętej pandemią rzeczywistości. Wręcz przeciwnie, Petrucci potraktował swój czas w studio jako ucieczkę i odcięcie się od zewnętrznego świata, jako panaceum na dezorientację, którą poczuł kiedy włączył media i usłyszał newsy, a także jako sposobność na ofiarowanie słuchaczom ekscytującej muzyki, która choć na chwilę dałaby im ten sam duchowy azyl. „To napięcie jest obecne na poziomie energetycznym tych dźwięków, ale kiedy już zamknąłem się w swoim świecie i zacząłem tworzyć, poczułem jakby ktoś pstryknął przełącznikiem – znalazłem się w intymnej strefie, gdzie chodziło już tylko o muzykę.” – mówi John – „Myślę więc, że utwory są ekscytujące, a nie agresywne, a płyta ma pozytywny wydźwięk. Ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął, byłoby nagranie pierwszej od 15 lat płyty, która miałaby negatywną energię.”

Mając pod ręką w studio cały swój sprzęt, Petrucci starał się jednak utrzymać prostotę. Cały album nagrany został na gitarach Ernie Ball Music Man – 2019 Emerald Green Enchanted Forest i Majesty Purple Nebula – wyposażonych w przystawki DiMarzio Rainmaker pod gryfem i Dreamcatcher pod mostkiem. Jakkolwiek John znany jest z zamiłowania do 7-strunówek, na tej płycie skomponował na siódemce tylko jeden kawałek: ‘Temple of Circadia’. Wszystkie gitary podłączał do wzmacniacza JP Mesa/Boogie z paczkami 4x12 i preampów Neve.

Jeśli chodzi o komponowanie, celem Petrucciego były partie gitarowe pełne łatwych do zapamiętania, melodyjnych motywów, okraszone nastrojowymi solówkami. Oczywiście utwory zawierają odpowiednią ilość fragmentów, które będą wywoływać okrzyki „WOW” na gitarowych klinikach, to właśnie melodyjność była tym, na co stawiał John podczas tworzenia materiału. „Kocham piosenki, a te z reguły mają wokal.” – mówi Petrucci – „Kiedy więc komponuję utwór instrumentalny, gitara zastępuje wokalistę. Jeśli utwór opierałby się nie na melodii, a na solówkach i popisach, całość szybko by nużyła.”

Nasz rozmówca jest dumny ze swojej nowej płyty, której stylistyka rozpięta jest pomiędzy bluesowym charakterem ‘Out of the Blue’, a typowo gitarowym sprintem ‘Terminal Velocity’. Ma świadomość, że fani Dream Theater potraktują te nagrania jako pomost do kolejnej płyty swego ulubionego zespołu i to mu odpowiada. Ale mówi też szczerze, że dużo bardziej wolałby nadal być w trasie po świecie i wstrzymać ten projekt, kończąc go stopniowo w przerwach. „Ludzie pytają mnie dlaczego zrobienie drugiego albumu solowego zajęło mi aż 15 lat. Odpowiedź jest prosta: bo nigdy nie miałem odpowiedniej ilości czasu, by zrobić to tak jak należy. Szczerze mówiąc, nigdy nie miałem też na to parcia i dłubałem sobie przy tym na spokojnie od czasu do czasu. Ale teraz jestem z tej płyty zadowolony i cieszę się, że w końcu to zrobiłem.”

Poprzednie wydawnictwo gitarzysty także wynikało bardziej z pragmatyzmu, niż z krystalicznie boskiej inspiracji. W roku 2001 John został zaproszony przez Joe Satrianiego do udziału w trasie G3 i jakkolwiek sam pomysł był dla niego ekscytujący, to brakowało czysto instrumentalnego materiału, którym mógłby samodzielnie wypełnić set. Z potrzeby chwili szybko skomponował setlistę, która zadebiutowała na koncertach. „Zebrałem te utwory, dodając instrumentalny kawałek Dream Theater i dało mi to 45 minut materiału.” – mówi – „Dopiero później pomyślałem, że skoro już to mam, to można by to wydać na płycie. Ale to była myśl post factum.”

Połowicznie podobnie było z Terminal Velocity – niemal ‘połowicznie’, bowiem 4 z 9 kompozycji zostały napisane z myślą o trasie G3 w roku 2007, gdzie dzielił scenę z Joe Satrianim i Paulem Gilbertem. Są to utwory ‘Gemini’, ‘Happy Song’, ‘Glassy-Eyed Zombies’ i ‘The Way Things Fall’. Ci, którzy mieli okazję zobaczyć Johna na klinikach gitarowych, prawdopodobnie także znają ten materiał. Najstarszy utwór na nowej płycie – ‘Gemini’ – pochodzi z niemal zapomnianej demówki, którą artysta wykorzystywał podczas klinik jeszcze w latach 90. „Części tego utworu pojawiły się także na moim wideo instruktażowym ‘Rock Discipline’ – mówi Petrucci – „Grałem go też dość często przy różnych okazjach, więc fani mogą kojarzyć dźwięki z filmików na YouTube.” ‘Glassy Eyed Zombie’ oraz “Happy Song” także można wyśledzić w social mediach, ale już ‘The Way Things Fall’ nie zadebiutował na scenie koncertowej, pomimo skomponowania go na G3. „Zapomniałem o tej kompozycji na jakiś czas.” – zwierza się John – „Ale kiedy zbierałem myśli na nowy krążek, znalazłem pełne jej demo, które mi się naprawdę spodobało. Sam nie wiem, czemu nie grałem tego wcześniej na żywo.”

Petrucci zgrał te starsze kompozycje ze świeżo zaprogramowanymi trackami perkusyjnymi, a potem dodał do całości bas. Zamiast ponownego nagrywania partii gitary, wykorzystał istniejące już ślady bez żadnych dogrywek. Ale jeśli chodzi o pozostałe utwory z tej płyty, zdecydował się na nieco głębsze zanurkowanie w banku swych riffów, w którym od wielu lat gromadzi różne rytmy, arpeggia i fragmenty solówek, nagrywane w momentach natchnienia na rozmaitych nośnikach, rejestratorach, nagrywarkach, smartfonach czy sekretarkach telefonicznych, w zależności co aktualnie jest pod ręką. Wcześniej napadał na ten ‘bank’, by wydobyć z niego pomysły do nowych kompozycji Dream Theater – teraz wykorzystał go do zbudowania setlisty ‘Terminal Velocity’.

Takie fragmenty kompozycji i rozmaite pomysły, John określa mianem „piosenkowych nasion” – to z nich wyrastają później gotowe utwory. Tym razem pracował nad nimi z inżynierem, Jamesem Meslinem, znanym także jako ‘Jimmy T’, który programował bity pobudzające kreatywność gitarzysty. „Kończyliśmy jeden pasaż, by od razu rzucić się do pracy z kolejnym.” – mówi Petrucci – „Taki sposób pracy dostarcza mnóstwo frajdy, bo nigdy nie wiesz do końca w jakim kierunku zmierzają kompozycje. Wszystko naturalnie rozwija się i objawia w czasie.”

Wisienką na torcie był moment, w którym w studio pojawił się Mike Portnoy - ex - bębniarz Dream Theater, który nie nagrywał z Johnem od roku 2010 – i dograł swoje partie do złożonych tracków gitarowych. To odwróciło do góry nogami standardowy proces rejestracji materiału, w którym perkusista jako pierwszy nagrywa swoje partie albo do kliku, albo do tzw. ‘pilotów’, jeszcze zanim gitarzysta zarejestruje swoje finalne ścieżki. Portnoy poczuł się w tej sytuacji jak ryba w wodzie.

„To był dość interesujący sposób pracy.” – mówi Petrucci – „Nie robiłem nigdy nic w tym stylu. Mike wbił swoje rytmy w ciągu sześciu dni, co jest niesamowite, biorąc pod uwagę wszystkie te zmiany tempa i szalone arpeggia, przeplatane zmianami stylistyki. Jego gra jest tak żywa i uduchowiona, z powalającą dozą energii. Całe to doświadczenie było wspaniałe.”

Fani Dream Theater mają oczywiście nadzieję, że ta kolaboracja może położyć podwaliny pod powrót bębniarza do zespołu, ale może ona okazać się płonna. Jakkolwiek Johnowi dobrze pracowało się z Portnoyem przy ‘Terminal Velocity’, to najprawdopodobniej powrotu nie będzie. „Wiem, że ludzie spekulują na ten temat, ale to coś o czym w ogóle nie rozmawialiśmy.” – zdradza Petrucci – „Chciałem mieć Mike’a Portnoya na tej płycie po to, by ludzie mogli usłyszeć genialnego bębniarza, bo czemu nie? Nawet jeśli odszedł z zespołu lata temu, nadal pozostajemy w przyjacielskich relacjach, a nasze rodziny przyjaźnią się od zawsze. Nasze żony grały w tym samym zespole, a nasze dzieciaki razem się bawiły. Zawsze będziemy rodziną, a nie tylko kolegami ze sceny.”

Ironicznie, jakkolwiek COVID-19 umożliwił Petrucciemu skupienie się na skończeniu następcy albumu ‘Suspended Animation’, wirus wirtualnie zagwarantował mu, że nie będzie w stanie promować swojego wydawnictwa na trasach koncertowych, kiedy wszystko już wróci do normy. „Naprawdę się cieszę, że te kawałki poszły do ludzi.” – mówi – „To na razie musi wystarczyć, bo na świecie jest jak jest. Dla Dream Theater priorytetem jest nowa płyta. Zaczęliśmy już nad nią pracować, a kiedy tylko okoliczności będą temu sprzyjać, znowu wyruszymy w świat grać koncerty.”

TERMINAL VELOCITY - kawałek po kawałku

Od kosmicznie brzmiących gitarowych efektów, energetycznych riffów i wpadających do ucha melodii utworu tytułowego po majestatyczną podróż muzyczną zamykającego płytę „Temple of Cicadia”, który wlewa szerokie fale sześciostrunowych pasaży na twarde skały arytmicznych riffów – Terminal Velocity to majstersztyk na poziomie, do którego przyzwyczaił nas John Petrucci. To zróżnicowana i inspirująca ilustracja tego, co Frank Zappa nazywał „nierealnymi partiami gitarowymi”. Cały album prezentuje sprawność gitarzysty Dream Theater i kreatywność łączenia rozmaitych wpływów, jakie inspirowały go poprzez dekady – muzyki zakorzenionej w bluesie, latynoskiej, metalu z lat 80., czy thrashu. Petrucci oferuje słuchaczowi wehikuł, którym można odbyć tę jazdę bez trzymanki.

„W przypadku większości gitarowej muzyki instrumentalnej, czas jaki jesteś w stanie z nią spędzić jest zwykle ograniczony.” – mówi John – „Czułem więc, że te utwory muszą być jak piosenki i dążyć w jakimś konkretnym kierunku. Muszą przemawiać, mieć jakiś cel i powinny nieść ze sobą jakieś przesłanie. A najlepszym sposobem, aby to wszystko osiągnąć jest melodia.” Gitarzysta starał się osiągnąć to stosując cały wachlarz technik, tworząc kompozycje niepozbawione niespodziewanych zwrotów akcji. „W większości kawałków na tej płycie znajdziesz część brzmiącą jak pewien konkretny rodzaj piosenki, ale potem nastąpi sekcja, której się stylistycznie nie spodziewałeś. Dzięki temu słuchacz zgaduje co będzie dalej i kontynuuje swą podróż przez kolejne etapy muzyczne z zaciekawieniem.”

Posłuchajmy co John Petrucii mówi własnymi słowami o kolejnych kompozycjach zamieszczonych na „Terminal Velocity”…

TERMINAL VELOCITY

„Z pięciu nowych utworów, właśnie ten powstał jako pierwszy. To było jedno z tych ‘nasion’, które przechowywałem w swoich archiwach, które zainspirowało mnie jak tylko je sobie odtworzyłem. Zacząłem grać główny motyw i momentalnie zaczęło z tego wychodzić coś fajnego. Specjalne filtry dodają tej muzyce interesującej tekstury. Wiele partii gitar na całej płycie zostało w jakiś sposób poddanych manipulacji, żeby wydobyć z nich więcej głębi i specyficzny charakter. Ten riff przyciągał moją uwagę i od początku brzmiał dla mnie jak otwarcie albumu – tak już zostało.”

 

THE ODDFATHER

„Początek oparty jest na tych skonstruowanych z pojedynczych interwałów akordów, które zaczerpnąłem z wczesnego Queensryche albo z Judas Priest. To dwudźwięki, których zaletą jest to, że można łatwo zmienić ich tryb – durowy, molowy, zmniejszony. W tym wypadku, kiedy gra się je do nuty pedałowej, można efektywnie uzyskać sporo napięcia. Stosuję ten patent często w Dream Theater. Jak sugeruje tytuł, moim celem było uzyskanie tematu o włoskim, sycylijskim charakterze – do tego nawiązuje melodia w intro, grana tremolem tak, jakbym nie grał na gitarze, tylko na mandolinie.”

 

HAPPY SONG

„To kawałek napisany lata temu, który grałem podczas tras G3. Otwierająca zagrywka brzmi jakby pochodziła z jakiegoś programu telewizyjnego, ale oparta jest na progresji rodem z pop-punkowej stylistyki lat 90. Starałem się, aby to brzmiało pozytywnie. Oryginalnie nadałem temu tytuł ‘Cloud 10’, ale pomyślałem, że ‘Szczęśliwa Piosenka’ będzie bardziej bezpośrednie. Mam nadzieję, że ludzie będą się uśmiechać słuchając tej muzyki.”

 

GEMINI

„Ten utwór pochodzi jeszcze z lat 90. Grałem go na klinikach w okolicach roku 1993. Zdecydowanie jest to najstarsza kompozycja na tej płycie, a co ciekawe, nie miałem żadnej nagranej wersji, którą mógłbym potraktować jako bazę. Zawsze na tych klinikach korzystałem z małego sekwencera Yamahy, więc nie miałem żadnego innego demo. Przeszukałem internet w celu znalezienia najlepiej brzmiącego klipu i znalazłem jakieś nagranie z publiczności, gdzie słychać odgłosy rozmów. Przypominanie sobie tego wszystkiego było interesującą podróżą. Jest w tym kawałku taki fragment, gdzie gram podkład pod solo na akustyku i zaczynam grać improwizację na tej gitarze. Pomyślałem, że brzmi to świetnie i postanowiłem połowę solówki zrobić akustycznie, po czym dołączyć z elektrykiem i budować na tym dalej. Skojarzyło mi się to z latynoskimi wpływami Al Di Meoli. Całość wyszła zupełnie inaczej niż stara wersja z klinik. Gitarę gypsy, na której tu gram, sprzedał mi Joscho Stephan.”

 

OUT OF THE BLUE

„Na płycie takiej jak ta, wypełnionej technicznymi, energetycznymi riffami, warto jest dodać coś melodyjnego, co będzie kontrastem dla reszty kawałków, a zarazem chwilą wytchnienia. To jest w zasadzie utwór bluesowy, ale nie byłbym sobą, gdybym w środku nie dodał zmiany klimatu. Most do refrenu kojarzy mi się z tym co Steve Morse grał w Dixie Dregs. Moment powrotu do klimatu bluesowego brzmi dramatycznie. Tak więc masz tu tę grę różnych napięć, które oscylują pomiędzy zrelaksowanym swingiem i mocniejszymi klimatami. Ten kawałek jest świetnym przykładem tego, jak wiele różnych barw da się uzyskać ze wzmacniacza JP Mesa/Boogie. Gitara otwierająca numer to pierwszy kanał z Tube Screamerem, by dźwięk lekko przełamać. Potem przełączam się na drugi kanał, by uzyskać pełnię bluesowej barwy, ale bez nadmiaru gainu. Słychać wyraźnie słodycz w każdej nucie. Nagranie tego kawałka było dobrą zabawą, bo grając w Dream Theater nie pokazuję tej strony swej muzycznej osobowości zbyt często. Lubię to jednak, bo można zagrać ekspresyjnie, a jednocześnie pozostać zrelaksowanym.”

 

GLASSY-EYED ZOMBIES

„To jedna z cięższych kompozycji na płycie – nastroiłem gitary o cały ton w dół do ‘D’. Jest tu też więcej shredu niż w pozostałych kawałkach, więc jest to jakby pokazanie drugiej strony mojej natury. Sporo czasu poświęciliśmy na uzyskanie odpowiedniej barwy, aby melodia była dobrze odseparowana od tła. Jimmy T i ja eksperymentowaliśmy z różnymi rodzajami delaya na śladzie gitary, a potem przesyłaliśmy informacje do Andy’ego Sneapa, odpowiedzialnego za miks i mastering. Kiedy Andy odsyłał mi gotową wersję, było to dokładnie to, co słyszałem wcześniej w swojej wyobraźni. Cały ten proces odbywał się zdalnie, więc tym bardziej podziwiam go, że zrobił wszystko tak dobrze. Ten gość jest niesamowity.”

 

THE WAY THINGS FALL

„Skomponowałem to w tym samym okresie co ‘Happy Song’ i ‘Glassy- Eyed Zombies’, ale do tej pory leżało w szufladzie. Pamiętam, że grałem to raz na próbie przed G3, ale nie zażarło, więc zrezygnowałem. Kawałek został zapomniany, ale odnalazłem jego pełne demo. Załadowaliśmy to ponownie do DAW i dograłem co trzeba. Najbardziej lubię tu gitarę akustyczną w zwrotkach. Początkowo miałem tu dograne gitary elektryczne rozstawione w panoramie na prawo i lewo, ale potem zapytałem: ‘A może zobaczymy jak ta melodia zabrzmi na tle samych akustyków?’ Nie ma nic w tym rodzaju w żadnym innym miejscu płyty, więc kawałek zdecydowanie się wyróżnia.”

 

SNAKE IN MY BOOT

„Od bardzo dawna chciałem nagrać coś w tym stylu i cieszę się, że w końcu się udało. Pierwszy pomysł na ten kawałek to bęben taktowy grający przez cały numer i gitara grająca do niego. W głowie miałem taką interakcję z publicznością, jakie zdarzają się podczas koncertów – stąd odgłosy klaskania. W trakcie produkcji płyty rozwinąłem jednak nieco bardziej ten utwór. Niemniej przez większość czasu gra tu tylko jedna gitara.”

 

TEMPLE OF CIRCADIA

„Ta kompozycja powstała na gitarze sześciostrunowej, ale potem zacząłem grać to na siedmiostrunówce, żeby uzyskać cięższe brzmienie. Przełamaniem klimatu wprowadzanego przez otwierający riff jest przejście na czyste i akustyczne barwy. Miałem tam skojarzenia z zespołem Metallica. Jest to kawałek równie mocny jak ‘Terminal Velocity’, więc idealnie zamyka całą płytę. Słuchacz może mieć wrażenie, że w zwrotkach pojawiają się klawisze, albo smyczki, ale wszystko to jest gitara z efektem ‘Crystals’. Nie mam nic do keyboardów i byłbym szczęśliwy umiejąc na nich grać. Jednakże tutaj, wykombinowanie jak uzyskać brzmienie typu ‘pad’ czy ‘organy’ za pomocą samej gitary, dało mi sporo zabawy i satysfakcji. Jeśli chodzi o siedmiostrunówkę, to zaskoczyło mnie samego, że na płycie jest tylko jeden utwór z jej wykorzystaniem. Lubię w tej gitarze to, że można zejść niżej nie tylko z riffem, ale tez melodią i wyjść poza ramy standardowej gitary. Zawsze staram się, aby to co gram było interesujące i pozbawione monotonii.”