Forge of Clous
Wywiady
Forge of Clous

Premiera trzeciej dużej płyty śląskiego Forge of Clouds to doskonała okazja, aby sprawdzić czy powrotów jednego z nielicznych post-metalowych zespołów w kraju to nie jednorazowy zryw.

Grzegorz Pindor
2019-03-05

O (above) i losach zespołu w ostatnich latach rozmawiamy z całym składem, który krytycznie odnosi się do przypisywanych im łatek. Czy Forge of Clouds to nasza odpowiedź na ISIS?

Grzegorz Pindor: Po pierwsze chyba warto pogratulować wam niemałego osiągnięcia, jakim jest przetrwanie ponad dekady na polskim rynku. W tym czasie wydaliście trzy pełne płyty, trzymając się konwencji, która tylko okresowo przeżywała zainteresowanie wśród krajowych słuchaczy. Obecnie nastąpił wzrost popularności wszystkiego co post/prog/awangardowe – upatrujecie w tym szansę, aby o Forge of Clouds wreszcie było głośniej?

Filip Dąbrowski: Biorąc pod uwagę frekwencję, jaka występuje na koncertach, trudno mówić realnie o szansie na wypłynięcie się na szersze wody. Oczywiście, nadzieję zawsze mieć można.

Wojciech Lichota: Dzięki. Nie odczuwamy jakiegoś większego zainteresowania, wręcz przeciwnie. np. takie Asymmetry Festival umarło, Ketha kończy zabawę. My gramy, bo lubimy to robić, a wydawać płyty w taki sposób jak my może każdy.

Wojciech Kałuża: Tak jak Wojtek mówi - zainteresowanie taką muzyką to obecnie kwestia bardzo względna, również nie odczuwam boomu na takie granie. Ale właśnie to chcemy razem tworzyć. Zapełnianie sal koncertowych zostawmy heavy metalowym śmieszkom.

Z jednej strony zgoda – uśmiercenie Ketha czy Asymmetry Festival wcale nie sprzyja temu aby rozpostrzeć skrzydła na krajowym rynku, ale z drugiej strony fenomenalne przyjęcie (live jak i w studio) zespołów takich jak Spoiwo, Obscure Sphinx czy Entropia pozwala wierzyć w sens proga. O ile powyższe zespoły mocno poszukują własnej drogi, wy kurczowo trzymacie się jasno wytyczonego kierunku. Nie kusiło was, żeby w ciągu tych 11 lat zerwać z łatką „post” i spróbować sił na innym, może nawet znacznie wścieklejszym terytorium?

WL: Tu też się poróżnimy. Dla mnie każdy kawałek to inny nurt, a zwykle wiele nurtów w jednym. Mamy nowe utwory wynikające z mojej fascynacji Oathbreaker czy Turbowolf, ale na próbach okazuje się, że inni słyszą to inaczej. W zasadzie nie wiem o jakim nurcie mówisz, bo jeśli chodzi o post-metal, dla mnie oznacza on wszystko, w czym umieścisz przesterowaną gitarę i nie jest czymś oczywistym.

FD: Uważam, że każdy z nas gra/grał muzykę z innych gatunków, w innych projektach. W Forge of Clouds robimy po prostu to, co w nas siedzi. Nie zmienia to faktu, że tworzona muzyka w naturalny sposób ewoluuje w różnych kierunkach. Tak jak Wojtek mówił, w zależności od tego, z czego akurat w danej chwili czerpiemy inspiracje.

Jakub Hanusa: A ja myślę, że nie ma szans na to, żebyśmy nagle doszli do wniosku typu "zagrajmy ostrzej/lżej/bardziej stonerowo/blackowo/jazzowo/countrycore to wtedy nas zauważą!". Bo graliśmy i gramy od zawsze tak jak czujemy. "Łatka-post" to taka pułapka, bo dla każdego ów "post" jest czymś innym. I na przykład, miłych skądinąd porównań do ISIS, już od czasów debiutu nie rozumiem kompletnie, bo nie widzę/słyszę monolityczności nie tylko w obrębie naszych trzech płyt ale nawet poszczególnych kawałków, choćby na "(above)".

WK: Za kolegami - w Forge of Clouds nigdy nie chodziło o zerkanie, które trendy akurat są popularne i próbowanie przełożenia ich na naszą muzykę. Najnowszy album mocno różni się od poprzednich, nie tylko że względu na wokal. Ale mam wrażenie, że zakorzeniony jest w tych samych fascynacjach, przez które ten zespół w ogóle powstał. Może dla niektórych będzie to przebrzmiałe już granie, nas to raczej średnio obchodzi. A wracając do przykładu Entropii - chłopaki mają na tyle charakterystyczną jazdę, że nie sądzę, żeby groziła nam w najbliższym czasie plaga ich klonów. I bardzo dobrze, niech będą jedyni w swoim rodzaju. My zamiast kogokolwiek kopiować, też wolimy postawić na naturalny rozwój naszej muzyki.

W zespole zmieniali się głównie wokaliści, był też czas kiedy było o was zupełnie cicho, co wykorzystali m.in. koledzy z Moanaa, którzy w (stosunkowo) zbliżonej stylistyce zaliczyli znaczący progres grając suporty u boku dużych zespołów. Teraz kiedy w składzie pojawił się Suseł istnieje duża szansa, że zespół nabierze wiatru w żagle. Jak doszło do współpracy z ostatnio niezwykle zajętym wokalistą? Nie baliście się, że to co robi w J.D Overdrive, a zwłaszcza Mentor może rozmyć się z wizją "(above)"?

FD: Raczej bym powiedział, że to co robi w Mentor i J. D. Overdrive jest jego wizytówką, a nie powodem do obaw w tej kwestii (śmiech) A co do nawiązania współpracy, było tak, że Suseł napisał do Wojtka z propozycją dotyczącą nagrania i wydania tego albumu. Zażarło, więc pchamy ten wózek dalej, razem.

WK: Wiedziałem, że chłopaki mają nagrany już praktycznie cały materiał i że brakuje im tylko wokalu. Znam ich muzykę od pierwszej płyty i nie chciałem, żeby te piosenki trafiły do szuflady, więc zaproponowałem, że wpadnę na próbę i spróbuję coś poryczeć. Wyszło fajnie, nagraliśmy razem album i oto jesteśmy.

 

Album miał swoją premierę na żywo. Koncert w nieistniejącym już chorzowskim Red & Black był zarazem moim pierwszym spotkaniem z waszym zespołem w warunkach scenicznych. W tym niedużym pomieszczeniu przy pomocy skromnego oświetlenia i zestawu nowych piosenek udało się wam kupić niemal wszystkich zebranych. Stąd pojawiają się dwa pytania, czy w dość napiętym kalendarzu Susła uda się wyruszyć w jakąś trasę, i drugie – czy w najbliższej przyszłości będziecie stawiać na sceniczny minimalizm, czy może występy uzupełnicie o np. wizualizacje?

WK: Póki co jakoś to wszystko jestem w stanie pogodzić. Trasa pojawi się wtedy, kiedy nadarzy się ku temu odpowiednia okazja. Nie chcemy koncertować dla samego koncertowania, zależy nam na tym, żeby nazwa Forge of Clouds na nowo pojawiła się wśród odbiorców określonego rodzaju muzyki. Spodziewajcie się niespodziewanego.

FD: Co do grafiku Susła, myślę że wszystkim nam zależy na tym, żeby z tą muzyką wychodzić do ludzi. Nikt z nas nie chce, żeby ten materiał został w szufladzie, ale lepiej zagrać mniej koncertów, ale takich, które w ogóle ludzi obchodzą, niż więcej nic nie wartych, supportując kapele totalnie inne od nas. Co do wizualizacji, to osobiście nie jestem fanem takich tematów.

Kwestia koncertów z taką muzyką to swoją droga dobry temat sam w sobie. Gracie na tyle zróżnicowane dźwięki aby śmiało wyjść do odbiorcy, który nie śledzi sceny metalowej ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę jak zachowawczo tworzone są lineupy imprez, najwyraźniej jesteście skazani na koncerty z metalowymi kapelami.

WK: Nie sądzę, żeby to była dla nas przeszkoda, czy wręcz smutna konieczność, jak ktoś mógłby pomyśleć. Jest wiele gatunkowo trudnych do sklasyfikowania zespołów, które grają u boku typowo metalowych składów i ich twórczość nadal jest odbierana pozytywnie. Wydaje mi się, że muzyka zawsze obroni się sama, jeśli tylko jest wystarczająco wartościowa. Okoliczności to już kwestia drugorzędna.

JH: A ja tak się zastanowiłem i jakby nam zaproponowali Juwenalia jakieś za konkretną stawkę, to chyba bym nie oponował. Albo jakieś Dni Sosnowca z Nocnym Kochankiem na hedlajnie. Ale nam nie zaproponują. (śmiech)

Skoro już o metalu mowa, na koniec jak podsumowalibyście miniony rok w tej muzyce? Pojawiły się jakieś nadzieje dla ciężkiego grania, czy rynek wciąż podtrzymują starzy znani-lubiani?

WK: Jak dla mnie trzeba mieć głowę głęboko we własnej dupie, żeby nie dostrzegać ogromu wartościowych pozycji, które każdego roku pojawiają się na muzycznej scenie w Polsce i za granią. Dla mnie osobiście, jednym z większym odkryć ubiegłego roku byli Brytyjczycy z Idles, którzy w idealny sposób odświeżyli mocno już waląca trupem formułę punk rocka. Tak właśnie widzę tę muzykę w obecnych czasach, w tej formie ma dla mnie najwięcej sensu. Bardzo duże wrażenie zrobił też na mnie album „A Patient Man” zespołu Cult Leader, którzy z punktu wyjścia jakim jest dla nich brutalny, matematyczny metalcore potrafili zrobić przygnębiające dzieło sztuki. Nie zawiodło mnie kilka starych, sprawdzonych ekip z Monster Magnet na czele, a w Polsce tez jest bardzo dobrze – w zeszłym roku dostaliśmy doskonałe płyty The Dog, Voidhanager, Entropii, Lonker See i wielu, wielu innych. Osobiście chyba nie czekam na kolejną „nadzieję” ciężkiego grania, bo nigdy tej nadziei nie straciłem.

FD: Dla mnie miniony rok przede wszystkim zaowocował wydaniem "(above)". Jeśli chodzi o inne rzeczy z 2018 to najlepszym albumem jaki się ukazał, jest zdecydowanie „Feast for Water” Messy.

WL: Cieszy mnie, że dużo się dzieje na polskiej scenie. Takie kapele jak Spaceslug, Black Tundra, Weedpecker może debiutów nie miały w 2018, ale w tym roku je poznałem. Dorzucę zagraniczne Viscera/// i chyba zupełnie nieznany Radien.

JH: To ja też dorzucę swoje typy: oprócz wymienionych przez kolegów, dokładam ostatnie Kriegsmaschine, bo ta perkusja tam to jest kosmos. A spoza miedzy to dla mnie Inter Arma „Paradise Gallows” to płyta roku no i nieskończony szacunek dla Thou za 2018 i całokształt.

Powiązane artykuły