Robert Szewczuga
Wywiady
Robert Szewczuga

Basista, kompozytor, nauczyciel i popularyzator gry na basie, członek Golec uOrkiestra oraz Apostolis Anthimos Trio. Od 2011 roku jest liderem własnego tria jazzowego, z którym w lutym 2018 r. wydał swój debiutancki album „Moonrise”...

Wojciech Wytrążek
2018-11-16

W swoim dorobku ma koncerty z takimi postaciami jazzu jak Tomasz Szukalski, Jan Ptaszyn Wróblewski, Jarosław Śmietana, Wojciech Karolak, Janusz Muniak, Frank Parker oraz wieloma innymi artystami. W wywiadzie opowiada o tym, co najbardziej ceni u muzyków i jak ćwiczyć, aby zespół uzyskał groove.

Wojtek Wytrążek: Co spowodowało, że zostałeś muzykiem?

Robert Szewczuga: Myślę, że głównie jest to zasługa moich rodziców. Mama chodziła do szkoły muzycznej, grała na skrzypcach, na gitarze akustycznej i śpiewała (obecnie nie gra, ale dzielnie słucha moich dźwięków), mój tata jest czynnym perkusistą, z którym zdarza mi się koncertować. Rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej i tak się zaczęło. Pod koniec szkoły podstawowej pojawił się mały kryzys. Byłem w klasie wiolonczeli u Pani profesor Urszuli Mizi, która nomen omen obecnie uczy grać na wiolonczeli moją córkę Wiktorię. Zacząłem wtedy jeździć na rolkach uprawiając aggressive (dokładnie pamiętam moje ukochane rolki Roces Majestic) i wydawało mi się, że nie ma w życiu nic lepszego, do momentu kiedy tata wysłał mnie z pierwszą basówką w 1997 roku na warsztaty jazzowe do Puław. Zderzyłem się nagle z kolegami typu Krzysiu Pacan, Bartek Wojciechowski, Wojtek Witczak czy Michał Grott, którzy na basie robili rzeczy, o których wtedy nie miałem bladego pojęcia! Dialog wyglądał mniej więcej tak – klangujesz? Na co ja odpowiadam – a co to jest? I tak poznając kilka basowych sytuacji zakochałem się w tym instrumencie totalnie i ta miłość trwa do dzisiaj, a nawet z roku na rok jest coraz większa. Boję się co może się wydarzyć jak będę starszy – wybuchnę z miłości do basu?! Dzisiaj z pełną świadomością mogę stwierdzić, że uwielbiam grać na basówce i robię to zawsze z wielką, szczerą, nielimitowaną przyjemnością!

Jak rozwijała się Twoja muzyczna droga?

W czasach liceum pojawiły się pierwsze jazzowe składy i zaczęło się koncertowanie. To wszystko toczyło się naturalnie. Na pewno od początku było dla mnie ważne (i na szczęście nadal jest!) ćwiczenie i ciągły rozwój. Pierwsze poważniejsze składy to: Beata Przybytek Quintet, Szy Szy Kaan Jazz Group, Kamil Kuźnik Funk Machine (Juliusz Kamil), składy z Łukaszem Golec i Pawłem Golec (jeszcze przed powstaniem Golec uOrkiestry) oraz granie w różnych konfiguracjach z Krzysztofem Dziedzicem i muszę zaznaczyć, że temu Szanownemu Koledze zawdzięczam bardzo dużo! Gramy nadal w przeróżnych opcjach. Pewnego bardzo późnego popołudnia 2002 roku wpadł do bielskiego klubu Piwnica Zamkowa, który notabene był kiedyś klubem festiwalowym Bielskiej Zadymki Jazzowej, Apostolis Anthimos i zaprosił mnie do współpracy. Nie znałem wtedy Apostolisa (to grzech!), ale jak zbadałem kim jest, to nogi mi lekko zmiękły. Tak zaczęła się nasza wspólna muzyczna przygoda, która trwa już ponad 15 lat. Mamy za sobą dwie płyty autorskie Apostolisa – „Miniatures” oraz „Parallel Worlds” – oraz moją pierwszą autorską płytę „Moonrise”, na której znajduje się utwór pt. „Apo” poświęcony właśnie Apostolisowi.

Następne składy to totalne a przy tym absolutnie miłe niespodzianki i topowe szkoły gry. Mówię tu o takich nazwiskach jak Wojtek Karolak, Tomasz Szukalski, Jarek Śmietana, Leszek Cichoński, Paweł Serafiński, Janusz Skowron, Irek Dudek, Iwona Loranc, Maria Koterbska, Stan Skibby, Carlos Johnson, Frank Parker i wielu, wielu innych równie wspaniałych. Przy tym pytaniu muszę wspomnieć o festiwalu Bielska Zadymka Jazzowa (Lotos Jazz Festiwal). Z tym festiwalem jestem związany od jego początku, czyli od pierwszej edycji, która miała miejsce 20 lat temu. Jerzy Batycki, Ewa Czernek-Batycka, Mirek Szklarski, Andrzej Herman, Henryk Malesa to ludzie, którzy robią kosmiczną robotę i dzięki nim miałem przyjemność jamowania – a to również świetna szkoła – z artystami z najwyższej półki światowej. Zresztą premierę swojej wymarzonej, pierwszej płyty wykonałem na Zadymce 2018 i – tu ciekawostka – moje trio zajęło 38 śladów!

Jakim cudem aż tyle?

Dlatego, że zaprosiłem na premierowy koncert wszystkich gości specjalnych, którzy pojawili się na płycie, a są nimi: Krzysztof Maciejowski (skrzypce), Apostolis Anthimos (gitara), Dawid Broszczakowski (piano oraz produkcja „The Middle of Nothning”), Jarek Krużołek (wokal) oraz Ghostman (wokal). Koncert premierowy zagraliśmy w składzie: Michał Rorat – piano, Tomek Torres – perkusja, ja na basie oraz wyżej wymienieni goście. Nie obyło się bez niespodzianek, a największą zrobił mi nasz perkusista Tomek zapraszając swojego tatę Jose Torresa, wybitnego specjalistę od instrumentów perkusyjnych. Mimo mojego stresu związanego z premierą, grało się w moim odczuciu wybitnie, nie wspominając już o topowym after party! To wszystko działo się w przecudownym miejscu liczącym się już na mapie topowych jazzowych miejscówek w Polsce. Mówię tu o Metrum Jazz Club w Bielsku Białej, którego właściciele Bogna Kozłowska oraz Marian Kozłowski robią mega robotę i dodam, że są m.in. sponsorami mojej płyty. Jakie to piękne, że są w dzisiejszych czasach ludzie, którzy inwestują w jazz!

Jak już jesteśmy przy jazzie to nie mogę nie zapytać o dwóch nieodżałowanych artystów – czego nauczyłeś się od Jarka Śmietany i Tomasza Szukalskiego, z którymi miałeś okazję współpracować?

Granie z tymi Panami, to była wielka szkoła i absolutna przyjemność. I nie mam tu na myśli tylko koncertowania. Samo przebywanie czy rozmowy z nimi, to była totalna magia! Jest coś takiego u starszych, bardziej doświadczonych muzyków, autorytetów, że potrafią właśnie przez rozmowę przekazać bardzo ważne rzeczy, które później można przełożyć na granie. Tak właśnie było w tych przypadkach. Ci „starsi Panowie dwaj” nauczyli mnie między innymi kultury w graniu w zespole, a to rzecz bardzo istotna. Ciężko opisać to słowami. To są takie rzeczy, które dostajesz w prezencie od mistrzów, a zdajesz sobie z tego sprawę czasami wiele lat później i nagle jarzysz, i mówisz o ku**wa! Oni już wtedy dokładnie o tym mówili. To jest potężny cios. Wszystko zależy od świadomości i dojrzałości, ale mając styczność z takimi muzykami otrzymujesz to tu i teraz. To jest piękne, budujące i bardzo inspirujące doświadczenie. Absolutny szacunek dla nieżyjących już Jarka Śmietany oraz Tomasza „Szakala”, a w naszym gronie „Wujka”, Szukalskiego.

Jakich muzyków cenisz i za co?

Cenię głównie muzyków, którzy mają swój język, swój styl. Nie musi to być jakieś techniczne, szybkie granie. Nie ma to w ogóle znaczenia czy grasz szybko czy wolno. Najważniejsze jest to, że włączając płytę po kilku dźwiękach jesteś w stanie rozpoznać kto gra. Na to składa się wiele czynników typu artykulacja, dynamika, rytmika, sound itd. Pracuję nad tym tematem i mam nadzieję, że uda mi się to kiedyś osiągnąć i po odpaleniu płyty (bez podglądania okładki), będzie jasne, że gra Szewczuga. To bardzo ciężki i złożony temat, bo jest wielu świetnych muzyków, ale nie zwracają uwagi na istotne rzeczy. Elementy, które wymieniłem są absolutną podstawą do tego, żeby ogarnąć temat fachowo. Wiesz, jest na przykład zajebisty Marcus Miller i jest nieokreślona liczba ludzi, którzy naśladują Jego granie i czasami robią to dobrze. OK, ale Marcus jest jeden jedyny! Nie trzeba następnego, ani jego świetnej podróbki. Szukajmy swojego wyrazu, swojego języka, swojego stylu w graniu. Tędy droga! Nie bójmy się swojej własnej wrażliwości.

Słuchając Twojej płyty szybko przekonałem się, że wrażliwości Ci nie brakuje i nie chodzi tylko o tytułowy Księżyc, który był jedną z inspiracji do jej tworzenia. Co jeszcze dało Ci natchnienie do nagrania tak pięknego albumu i jak on powstał?

Jestem miłośnikiem przyrody, natury i uwielbiam podróżować, a że jestem muzykiem, to zdarza mi się to często. Inspirowałem się moimi dzieciakami, zachodami i wschodami Księżyca i Słońca, gwiazdami (tymi na niebie, nie tymi z brukowców), zapachem lasu, zapachem poranka, zapachem nocy, deszczem, smutkiem, radością, muzyką świata, kolorami wszystkiego co nas otacza, w wielkim skrócie. Płyta powstawała naturalnie, bez ciśnienia, dlatego trwało to jakiś rok czasu od pierwszego do ostatniego wejścia do studia. Całość zajęła mi osiem dni w studiu przy czym 5 dni z całym bandem i 3 dni w samotności typu dogrywanie drugich głosów, drobna kosmetyka czy nagranie „Bachllady” czyli miniatury dla Jana Sebastiana Bacha, którą wykonuję solo na basówce.

Słuchając „Moonrise” od pierwszych dźwięków czuje się energię i wibracje właściwe nagrywaniu „na setkę”. Jak wyjaśniłbyś młodym adeptom gitary basowej istotę ćwiczenia w zespole?

Najważniejsze w bandzie jest słuchanie innych muzyków. Nie można grać w zespole w sposób „ja sam sobie rzepkę skrobię”. Zespół to jeden organizm i bardzo ważną sprawą jest to, żeby wszystkie elementy typu kręgosłup (perkusja) czy serce (bas) itd., pracowały tak jak należy. Ważne jest również codzienne pracowanie nad swoimi umiejętnościami i to należy robić możliwie najczęściej i w totalnym skupieniu, bo wtedy efekty przychodzą najszybciej. Są to bardzo ważne rzeczy, które powinno się ogarnąć możliwie najwcześniej.

Wiem, że jesteś mocno zżyty z instrumentem i dzień bez ćwiczenia wytrąca Cię z równowagi. Jaki system codziennych ćwiczeń preferujesz?

Tak, jest dokładnie tak! Jestem zły na siebie, jeżeli w ciągu 24 godzin nie spędzę ze swoim instrumentem odpowiedniej ilości czasu. Ćwiczę najróżniejsze rzeczy, od technicznych „pająków”, przez etiudy wiolonczelowe (m.in. Dotzauer, Lee, Wiłkomirski, Duport) granie z płytami, jazzowe sytuacje z iRealbook Pro, do tego praca z metronomem, ćwiczenie w plenerze. To ostatnie uwielbiam, szczególnie w nocy podczas pełni Księżyca. Dużo tego jest. Co jakiś czas zmieniam grafik ćwiczeniowy, żeby nie było zbyt wygodnie. Jeżeli jest pod górkę, to znaczy, że jest dobrze! Przy okazji – najlepsze tempo do ćwiczenia, to takie, które Cię wkurza! Należy opuszczać strefę komfortu podczas ćwiczeń, wtedy efekty przychodzą szybciej.

Takim opuszczeniem strefy komfortu dla niektórych basistów może być sześciostrunowy instrument, który może się okazać trudny do opanowania. Z drugiej strony to również nowe możliwości – co jest dla Ciebie ważne w tego typu gitarze?

Sześciostrunowym basem zaraziłem się od mojego mistrza, basowego guru, Johna Patitucci. Posiadając czterostrunowy bas grałem z Jego płytami i niestety nie miałem możliwości odtworzenia dźwięków w odpowiednim rejestrze, a niżej to już niestety tak ładnie nie brzmiało. Stąd wzięło się u mnie 6 strun. Później odkryłem, że wbrew pozorom jest to instrument bardzo wygodny, bo dużo rzeczy masz pod palcami, w pozycji. Do tego dochodzą szersze możliwości grania akordów i możliwość „śpiewania” wysokich melodii. Poza tym szóstka ma inne alikwoty niż cztero czy pięciostrunowy bas. Jest mniej agresywna, delikatniejsza, bardziej liryczna... I chociaż wiem, że da się to wszystko osiągnąć na 4 strunowym basie, to w najbardziej śpiewnych momentach (chociażby na swojej płycie „Moonrise”), wolę to zagrać na szóstce.

Jakiego sprzętu używasz?

Od wielu lat jestem wierny zestawowi, na który składa się głowa Epifani 902 oraz paczka 4 × 10” Epifani UL2 410. Od niedawna jestem endorserem firmy PTC AUDIO Bartka Gierackiego, który robi absolutnie topowe kolumny. Są one niewiarygodnie mocne i mega lekkie. Szczerze polecam ten sprzęt. Jeżeli chodzi o basówki, to głównie gram na 5 strunowym Fenderze Jazz Bass Deluxe FMT. Gram również na basie Ken Smith 6 20th Anniversary oraz na akustycznej bezprogowej basówce Takamine TB10. Oczywiście w planie mam jeszcze milion basówek, ale najpierw muszę na to zarobić.

Mówi się, że dobry muzyk zagra na wszystkim – miałeś kiedyś epizod z butlobasem. Cóż to za wynalazek?

To była świetna historia i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się powtórzy. Jest w naszym kraju Recycling Band grający na własnoręcznie wykonanych instrumentach, które powstają z odpadów. Polecam sprawdzić wyczyny kolegów, bo są gigantami. Grałem z nimi kilka razy zastępstwo i powiem szczerze, że była to mega przygoda! Po pierwsze, to banda odjechanych muzyków-zajawkowiczów, a po drugie, butlobas brzmi świetnie i gra się na nim całkiem wygodnie. Z ciekawostek – najlepszym narzędziem do strojenia butlobasu jest śrubokręt! Da się?! Da się!

Często udzielasz się pedagogicznie podczas warsztatów, wcześniej uczyłeś też w szkole muzycznej. Czego powinni unikać młodzi basiści, a na co warto zwrócić szczególną uwagę?

Wiesz, prowadząc warsztaty spotykasz całą masę ludzi, którzy zaczynają przygodę z instrumentem, albo już grają, mają bandy, koncertują, postrzegają muzykę i świat podobnie, a czasami zupełnie inaczej. To są bardzo cenne i piękne doświadczenia i ja sam często uczę się od moich uczniów czegoś nowego. Festiwal basowy GrajMiDół w Zgierzu (i tu mega szacun dla ojca dyrektora, którym jest Michał Pietrzak), warsztaty muzyczne Soundela w Lubawie (Lubawska Grupa Muzyków), czy Bass&Beat Festival (Jakub Olejnik) we Wrocławiu, to kilka przykładów opcji, które – jak uważam – są dla młodych adeptów sztuki basowej punktami obowiązkowymi. Spotykasz się z ludźmi, którzy mają tą samą pasję, wymieniasz się doświadczeniami, ćwiczysz, wieczorem wychodzisz na jam session i grasz. I nieważne, czy się pomylisz! Na jamie najważniejsza jest współpraca zespołu i otwarte ucho, czyli słuchanie i czujny radar na kolegów, którzy razem z tobą działają na scenie. Tu zaczyna się prawdziwa muzyka i można się wiele nauczyć. Wszyscy pracują na „dobro” zespołu. Tu przy okazji pozdrawiam „Dobro” czyli wybitnego perkusistę Pawła Dobrowolskiego, który nagrał całą perkę na moją płytę. Poza tym myślę, że podstawowym elementem, na który należy zwrócić uwagę na początku, jest świadome ćwiczenie. Mam tu na myśli skupienie, wykonywanie odpowiednich ćwiczeń rozluźniających i robienie przerw, żeby nie łapać kontuzji, oraz planowanie ćwiczenia czyli np. w tym tygodniu ćwiczę to, to, to i to, w następnym gram z płytami swoich mistrzów itd. W tym przypadku uderzamy w indywidualną kreatywność! Zapisujemy sobie na karteczce taki konkretny plan i działamy. To są podstawowe rzeczy bardzo pomagające w rozwoju.

Proszę dokończ zdanie: muzyka jest dla mnie...

Muzyka jest dla mnie absolutnie magiczną, niekończącą się i nieodkrytą podróżą! Piękne w muzyce jest między innymi to, że jak zaczynasz, to tak jakbyś wypowiedział pierwszą literę alfabetu, czyli „A”. I uwaga – teraz najlepsze! Nie ma litery „Z”! Muzyka się nie kończy! Ćwiczysz, rozwijasz się, słuchasz i poznajesz nowe rzeczy itd. i to może trwać całe życie! To jest coś niebywale pięknego i nigdy mi się nie znudzi!

Mając tę świadomość, nie może być inaczej. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Niech groove będzie z nami wszystkimi! 

Rozmawiał: Wojtek Wytrążek
Zdjęcia: Barbara Adamek

Powiązane artykuły