Steven Van Zandt
Wywiady
Steven Van Zandt

Prawa ręka Bruce’a Springsteena w zespole The E Street Band odpowiada na 10 pytań dotyczących gitary i jego muzycznej kariery.

2018-11-07

Jak trafiła w twoje ręce pierwsza gitara i co to był za instrument?

To był Epiphone, ale nie pamiętam już dokładnej nazwy modelu. Pochodził gdzieś z okolic 1965 roku. Bardzo żałuję, że nie ma jej już ze mną, ale nie do końca sobie z nią wówczas radziłem. To był model semi-hollowbody. W tamtych czasach nie potrafiłem rozgryźć specyfiki takiego instrumentu. Epiphona zamieniłem na Telecastera, który towarzyszył mi później przez trzy albo cztery lata. W tamtych czasach gitara była integralną częścią osobowości muzyka. Już wtedy przyjaźniliśmy się Brucem. Pamiętam, że któregoś dnia przyszedł do mnie i powiedział, że myśli o tym żeby przerzucić się na Telecastera i pytał czy miałbym coś przeciwko. Czuł się zobowiązany do tego, żeby zapytać mnie o zgodę. To tylko pokazuje jak bardzo gitara była identyfikowana z tym kim jesteś. Bruce przeskoczył więc na Telecastera a ja zacząłem grać na „Stracie”.

Załóżmy, że twoja kolekcja gitar płonie i możesz uratować tylko jeden instrument. Który wybierasz?

Mój techniczny, który towarzyszy mi właściwie od początku kariery, pożyczył mi kiedyś Les Paula, którego nigdy mu nie oddałem. To instrument z ’55 albo ’56 roku; naprawdę cenny egzemplarz. Ta gitara jest na tyle wyjątkowa, że nie zabieram jej ze sobą w trasy. Korzystałem z niej w studio podczas nagrywania mojej solowej płyty „Born Again Savage”. Ten czarny Les Paul to jeden z pierwszych modeli. Jest duża szansa, że instrument pochodzi nawet z 1954 roku. Tamte gitary miały zupełnie inne brzmienie.

Która z twoich gitar jest najstarsza?

Myślę, że to właśnie wspomniany wcześniej Les Paul. Gwoli ścisłości, to wciąż nie jest mój instrument (śmiech). Dla porządku muszę więc nawiązać do tych gitar, które są w stu procentach moje. Myślę, że najstarsze „wiosło” to Stratocaster z 1999 roku, który jest kopią modelu z ’57. Pamiętam też fantastyczną gitarę z ‘63. To również był Stratocaster, ale chwilę po tym jak dołączyłem do E Street Band został skradziony. Od tego czasu stwierdziłem, że nie chcę brać w trasy żadnych wyjątkowo cennych instrumentów. Wtedy wybrałem po prostu tego Stratocastera, który akurat się nawinął. Minęło prawie 20 lat i zasadniczo on również nabrał ogromnej wartości!

 

Kiedy ostatnio ćwiczyłeś grę na gitarze i co wtedy grałeś?

Zadzwonił do mnie Paul McCartney, powiedział, że grają w Madison Square Garden i zapytał czy nie chciałbym zaszczycić ich na scenie swoją obecnością. Z radością przyjąłem zaproszenie. Zagraliśmy „Saw Her Standing There” do którego musiałem nauczyć się solówki. George Harrison był moim zdaniem jednym z najbardziej niedocenionych gitarzystów na świecie. Może nie był szczególnie wszechstronny, ale to co robił było niesamowite! Jego artykulacja i wspaniałe wyczucie są właściwie nie do podrobienia!

Kiedy ostatnio sam zmieniałeś struny w gitarze?

Wydaje mi się, że było to jeszcze w latach siedemdziesiątych… nie żartuję! Mało tego. Od tamtego czasu nie miałem nawet okazji samodzielnie nastroić gitary! Wiem, że brzmię w tym momencie jak jakaś diva, ale umiejętności techniczne nie są moją mocną stroną. Jeśli chodzi o zmianę strun i strojenie gitary mam z tym styczność tylko podczas ćwiczeń i pisania piosenek w domu.

Gdybyś mógł zmienić jedną rzecz na któreś z płyt jakie współtworzyłeś, co by to było?

Myślę, że człowiek uczy się całe życie i wszystkie błędy wpisane są w ten proces. Pamiętam pierwszą płytę jaką wyprodukowałem – Southside Johnny And The Asbury Juke’s – I Don’t Want To Go Home. Mam wrażenie, że mogłem obdarzyć wówczas większym zaufaniem swój słuch. Żałuję, że zespół nie brzmi tam bardziej tak jak podczas koncertów na żywo. Potrzebowałem sporo czasu, żeby złapać odpowiedni balans pomiędzy brzmieniami studyjnymi a graniem na scenie. W przypadku The E Street Band nagraliśmy pięć płyt, zanim udało nam się osiągnąć w pełni satysfakcjonujące rezultaty na „The River”. Właśnie tam udało się uchwycić magię grania na żywo. Wcześniej, nasze nagrania były za czyste a poszczególne instrumenty grały trochę obok siebie.

 

Co robisz na pięć minut przed wejściem na scenę i pięć minut po jej opuszczeniu?

Nie towarzyszą mi żadne rytuały. Czasami na ostatnią chwilę udzielam wywiadów, ale nie odbywa się to oczywiście pięć minut przed koncertem. Kiedy ma się zacząć występ, przebieram się i jakby nigdy nic… idę do pracy. Po koncercie rozmawiamy przez chwilę o tym jak nam poszło. Analizujemy co się udało a co nie. Później wracam do hotelu, biorę prysznic i idę z chłopakami na kolację.

Jaki akustyczny utwór przychodzi ci do głowy w pierwszej kolejności jeśli chodzi o granie na gitarze przy ognisku?

O Boże. Trafiliście na niewłaściwą osobę. Nigdy nie zobaczycie mnie z akustykiem przy ognisku. Jestem stworzony do grania w zespole i póki co, nie zanosi się, żeby to się zmieniło.

Co w swoim graniu na gitarze chciałbyś udoskonalić?

Pamiętam koncert upamiętniający Lesa Paula w The Iridium na którym Jeff Beck i Brian Setzer grali razem. To było coś niesamowitego. Goście są tak kurewsko dobrzy w stylu rockabilly, że naprawdę pozazdrościłem im tej techniki. Chciałbym grać tak jak oni bo to było naprawdę coś!

Czy jest jakiś mit dotyczący twojej osoby, który chciałbyś sprostować?

Kiedy The E Street Band zaczął grać z Brucem Springsteenem, ten często opowiadał ze sceny niestworzone historie, które bawiły publiczność, ale były całkowicie zmyślone. Jedna z nich dotyczyła tego, że nieustannie ćwiczę granie na gitarze. To o tyle zabawne, że nigdy tego nie robię. Czasami pomiędzy trasami koncertowymi w ogóle nie biorę do ręki gitary!