Maciej Korczak (Drown My Day)
Wywiady
Maciej Korczak (Drown My Day)

Na przestrzeni ostatniej dekady krajowy nowoczesny death metal miał co najmniej kilku reprezentantów mogących zawojować zachodnie rynki. The John Doe’s Burial, Dust’n’Brush czy Blast Rites pchały ten wózek w najbardziej skrajne rejony, czerpiąc garściami z dorobku The Black Dahlia Murder, Whitechapel i im podobnych.

Grzegorz Pindor
2018-10-30

Równolegle w Krakowie Drown My Day stawiało coraz śmielsze kroki, począwszy od melodyjnego, mocno niemieckiego metalcore’a aż po deathcore jaki znamy z początku ubiegłej dekady. Jako jedni z nielicznych przetarli szlaki dla takiego grania, czujnie obserwując zmieniające się trendy. Po dwunastu latach na scenie przyszedł czas na podsumowań, a nie ma lepszej okazji niż premiera najnowszej płyty zespołu „The Ghost Tales”.

Grzegorz Pindor: Gdy z perspektywy czasu patrzę na rozwój Drown My Day, to wydaje mi się, że by taki moment kiedy chcieliście aż za bardzo przebić się do szerszej świadomości. Mniej nagrań studyjnych, więcej koncertów, kolabo ze Słoniem - sporo się działo. Czasy "Koszmaru" wcale nie zwiastowały ani zwrotu w kierunku deathcore, na dalszych etapach rozwoju, ani obniżenia stroju i zabaw w groove. Jak wspominasz początki Drown My Day, zostało coś z tamtego oblicza zespołu, czy lepiej puścić je w niepamięć (śmiech)?

Maciej Korczak: Ciągle jesteśmy tymi samymi ludźmi, to się nie zmieniło. Tak naprawdę skład zespołu też niewiele się zmienił. W 2011 roku przyszedł do nas Sławek na drugą gitarę, a dwa lata temu Adama za bębnami zamienił Kuba Homik z Totem. Przez dwanaście lat ciągłego grania koncertów czy też nagrywania nowych rzeczy po prostu delikatnie się zestarzeliśmy (śmiech), ale to rzecz przed którą niestety nie uciekniesz. Ten deathcore o którym mówisz pojawił się już w 2008 roku przy okazji materiału "One Step Away From Silence", którego sporą część napisaliśmy jeszcze zanim na świat wyszło Demo z przywołanym przez Ciebie "Koszmarem". Czasami spotykam się z opiniami, że jesteśmy pierwszą kapelą w Polsce, która zaczęła w tym kraju grać coś zbliżonego do Despised Icon, Carnifex czy też All Shall Perish. W sumie poniekąd to fajne uczucie, że przecieraliśmy szlaki. Wspomniałbym jednak tutaj chociażby o takich kapelach jak Alienacja czy Angelreich, którzy byli parę lat przed nami.

Co do tego, że sporo się działo - tak, było na to dużo więcej czasu niż teraz. Mając dwadzieścia lat masz zdecydowanie mniej obowiązków, a co za tym idzie więcej wolnego czasu niż kiedy masz trzy dychy na karku, a dorosłe i odpowiedzialne życie to raczej Twoje życiowe priorytety. Początki kapeli były bardzo ważne, pozwoliły nam na to, żeby sporo osób na scenie metalowej czy też hardcore zaczęło kojarzyć nazwę Drown My Day. Nigdy nie odcinaliśmy się od przeszłości, ani też nie zrobiliśmy czegoś czego byśmy się wstydzili. Przez te dwanaście lat nigdy też nie nagraliśmy czegoś, czego później byśmy żałowali. Jako zespół jesteśmy konsekwentni.

Celowo wspominam też o koncertach, bo mieliście okazję zagrać z prawdziwą śmietanką takiego młócenia. Zawsze zastanawiało mnie, czy tak naprawdę da się czegoś nauczyć od bardziej doświadczonych kolegów, czy po prostu tych, którzy grają lepiej/mocniej/bardziej technicznie? Czy owo podpatrywanie innych na trasie to mit?

Można się nauczyć i to naprawdę sporo. Może niekoniecznie mam tutaj na myśli jakieś umiejętności pod kątem muzycznym, ale samą organizację oraz dojście do ładu i składu ze swoim zespołem. Wiesz, kiedy zaczynaliśmy grać koncerty, nie widziałem problemu w tym, aby jeśli gramy koncert o godzinie 22 zjawić się w klubie nie wcześniej niż o 20. Brak rozgrzewki, jakiegoś chociażby krótkiego soundchecku… no po prostu głupota, ale każdy przechodzi przez ten etap. Ważną sprawą jest również samo dbanie o siebie i o własne zdrowie w trakcie trwania trasy koncertowej. Nie raz, nie dwa przerabiałem temat kiedy zaraz po zagranym koncercie wychodziłem cały zgrzany na zewnątrz, co w konsekwencji prowadziło do tego, że resztę trasy byłem potwornie chory. Młodociana głupota. Pod względem organizacyjnym i takiego po prostu "ogaru trasowego" - zawsze warto, chociażby na moment, popatrzeć na starszych i bardziej doświadczonych kolegów.

Po dwunastu latach na rynku zebrało się na tyle dużo doświadczenia aby wiedzieć, iż nie liczy się ilość a jakość. To samo można powiedzieć o waszych płytach, inne zespoły z gatunku są dużo bardziej płodne, ale nie przekłada się to na jakość. W waszym przypadku mniej, znaczy więcej – ale za każdym razem w nieco innej stylistyce. I tu pojawia się pytanie, czy to stały rozwój czy bezpieczne modyfikowanie elementów, które przez lata podobały się zarówno wam, jak i fanom?

To jest naprawdę spora zaleta! Nasza muzyka cały czas w jakiś sposób ewoluuje. Nieważne czy ktoś nazwie to metalcorem, nową falą death metalu, deathcorem czy też czymkolwiek innym. Słuchając naszych nagrań, na przykład tych sprzed dekady, nie będziesz miał problemu usłyszeć, że to cały czas ten sam zespół. To jest moim zdaniem bardzo fajne. Z jednej strony każdy materiał jest inny, a z drugiej zawsze znajdziesz jakiś wspólny mianownik. Zdecydowanie wolę wydawać jeden, mocny longplay raz na trzy lata, niż w przeciągu tych trzech lat wydać dwie, średnie i takie same płyty.

Tym bardziej, że kompletnie zmienił się środek ciężkości, a i wachlarz narzędzi zniszczenia jakby się skurczył. Obecnie stawiacie na groove zamiast technicznych popisów, o blastach nie wspominając. To efekt kolektywnej decyzji i hołdu dla grup pokroju Emmure, czy znudziło się wam ściganie z dużo szybszą konkurencją?

Nigdy nie mieliśmy predyspozycji, aby "ścigać się w metal" z bardziej uzdolnionymi kolegami (śmiech). Wiem też, że chłopaki tym razem woleli postawić na skomponowanie materiału, z którego czerpaliby większą radochę odgrywając go na żywo. Mamy w dorobku kilka takich utworów, gdzie po prostu wszystko musi się zgadzać w punkt, przez co, czy to Sergiusz czy Sławek musieli być maksymalnie skupieni, zamiast po prostu bawić się muzyką na żywo. To jest błąd, który dość często popełnia wiele młodych kapel już na starcie. Wiele osób stara się, żeby jego materiał był nie wiadomo jak bardzo zaawansowany technicznie, a potem najzwyczajniej nie jest w stanie go udźwignąć na żywo, lub robi to po prostu bardzo przeciętnie. Trzeba znaleźć granicę pomiędzy tym co chcesz zagrać, a tym co umiesz zagrać (śmiech). Nowy materiał jest zdecydowanie bardziej koncertowy. Do płyt Emmure faktycznie zdarza się nam często wracać, echa tych inspiracji można usłyszeć przykładowo w "Nightmare Becomes Reality" czy też "Land Of Misery".

 

Jeden z numerów pokazuje was z zupełnie innej strony. Nie po raz pierwszy zresztą sięgacie do japońskiego bohatera, któremu dedykujecie najbardziej melodyjny utwór na płycie. Pamiętam, że miałeś bzika na punkcie horrorów, skąd zatem mitologiczny bard Hoichi i duszek Yurei?

Tak jak "Hoichi The Earless" wyróżniał się stylistycznie na "Confessions", tak "Yurei's Revenge" wyróżnia się na "The Ghost Tales". Można nawet śmiało nazwać Yurei muzyczną kontynuacją tego pierwszego. Jest to poniekąd również nasz ukłon w stronę naszych początkowych muzycznych fascynacji i poszukiwań. Melodyjny metalcore pełną gębą. Bardzo lubię azjatyckie kino grozy, na swoim koncie mam nawet licencjat na ten temat. Postarałem się, aby ta tematyka była motywem przewodnim tekstów Drown My Day. Bardzo fajny i mocno rozbudowany temat. Nie czuję się mocnym tekściarzem, raczej bardzo rzadko bawię się tutaj w nie wiadomo jak wysublimowane przenośnie czy jakiś ukryty przekaz. Znalazłem swój obszar zainteresowań i pisanie na ten temat przychodzi mi naturalnie i sprawia radość. Na "The Ghost Tales" jest całkiem sporo japońskiego klimatu, począwszy od samego tytułu płyty, przez oprawę graficzną, a na tekstach skończywszy.

Pod tym względem to chyba pierwszy materiał mający jakiś głębszy, konceptualny kontekst. Chciałbyś pociągnąć temat jeszcze bardziej? Wybrać konkretny motyw z japońskiej popkultury i ubrać w death metalowe ramy? Chociaż Babymetal już to zrobili, tylko bardziej w formie kabaretu (śmiech)

Kiedy byłem gdzieś w połowie pisania wokali i tekstów na nową płytę sam sobie zadałem pytanie, w którym kierunku chciałbym pokierować ten materiał. Stwierdziłem, że fajnym pomysłem będzie zaprezentowanie płyty jako krótkiego "zbioru opowiadań", mojego własnego "horror stories". Każdy utwór na płycie to inna, fikcyjna historia, choć sporą część z nich napisałem pod wpływem inspiracji jakimś filmem, książką czy zasłyszaną historią. Potem do głowy wpadł mi pomysł, aby okładka oraz cała oprawa graficzna wyglądała bardziej książkowo. Wydaje mi się, że jest to spójne i fajnie współgra ze sobą. Jest duża szansa na to, że w podobny sposób powstaną następne rzeczy od Drown My Day.

Przed wami jedno z największych wyzwań w karierze, duża trasa u boku Decapitated i Frontside. Z tymi drugimi niejednokrotnie dzieliliście scenę. To jeden z zespołów, od których można się uczyć?

Tak, nie możemy się już doczekać tej trasy! Tak naprawdę to będą nasze pierwsze, większe koncerty od prawie dwóch lat, kiedy postanowiliśmy na jakiś czas pozostać na uboczu i przestać aktywnie koncertować, aby skupić się na doszlifowaniu nowego materiału w salce prób. Z Frontside znamy się bardzo dobrze, graliśmy już z nimi wspólnie trasę Deathcore Legion Tour, która odbyła się w 2012 roku. Zdecydowanie to jedna z tych grup, którą można podpatrywać. Są maksymalnie profesjonalni w tym co robią. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, jeśli jesteś na scenie dwadzieścia pięć lat, na koncie masz prawie dziesięć dużych albumów studyjnych, a w dodatku jesteś jedną z tych kapel, której nazwę kojarzy każdy fan ciężkiej muzyki w kraju, to po prostu musi znaczyć, że robisz to dobrze (śmiech). A jak uczyć się, to tylko od najlepszych.

Na koniec jeszcze raz chciałbym wrócić do przeszłości. Nie wiem, czy pamiętasz ale poznaliśmy się w czasach kiedy to Myspace był wyznacznikiem być albo nie być na rynku. Starsi od nas wspominają tape trading, my bookowanie gigów i sprzedawania merchu za pośrednictwem majsa (śmiech). Nie sądzisz, że wtedy było… może nie łatwiej, ale scena jakby bardziej się trzymała?

Pamiętam te czasy i czasami trochę za nimi tęsknię. Ludzie byli wtedy bardziej otwarci na szukanie nowej muzyki niż obecnie. Teraz wszystko masz podane na tacy, co w konsekwencji rozleniwia ludzi do granic możliwości i sprawia, że najzwyczajniej nie chce im się szukać nowości. Dlaczego? No dlatego, że nawet gdy ich nie szukają, to sami na nie wpadają. Co do trzymania się sceny. Prawda jest niestety taka, że 90% kapel metalcore'owych czy też deathcore'owych, które 10 lat temu aktywnie grały koncerty, teraz albo nie istnieje, albo nie gra prawie w ogóle. Zaczynaliśmy mniej więcej w tym samym czasie co poznańskie Final Sacrifice oraz Before A Burning Earth. Jedni grają, ale chyba bardzo rzadko, drudzy nie istnieją już od dobrych kilku lat. Starsze kapele? Faust Again i Angelreich już niestety nie grają. Może po prostu ta scena się nie trzyma, bo tej sceny już po prostu nie ma (śmiech)? Mówię tutaj oczywiście tylko i wyłącznie o metalcore i deathcore w Polsce. Scenę metalową mamy bardzo mocną i widzę, że kapele cały czas się wspierają. Wiadomo, chciałoby się tutaj rzucić typowo "januszowym" zwrotem "kurła, kiedyś to było"... ale ileż można (śmiech)?

Rozmawiał: Grzegorz Pindor

Powiązane artykuły