Marcin Patrzałek
Wywiady
Marcin Patrzałek

Młody muzyk sprawnie poruszający się w obszarze gitary klasycznej, flamenco i fingerstyle; kompozytor i aranżer z nowatorskim podejściem do artykulacji, często wykorzystujący efekty perkusyjne. W 2016 r. został zwycięzcą programu „Must Be the Music” i wydał debiutancki album „Hush”.

Wojciech Wytrążek
2018-06-14

Wojciech Wytrążek: Co zaważyło na tym, że grasz na gitarze?

Marcin Patrzałek: To było absolutnie przypadkowe, w sumie to ciekawa historia. Mój tata chciał, żebym spróbował gry na gitarze, więc właściwie nie wypłynęło to z mojej własnej inicjatywy. Gdy miałem 9 lat, w wakacje tata zapisał mnie na dziesięciodniowy prywatny kurs w Studium Gitary Klasycznej pana Jerzego Pikora w Kielcach, który powiedział, że widzi duży potencjał, że to dobra droga. Z panem Jerzym jeździłem na różne konkursy, gdzie odnosiłem pierwsze sukcesy. Początki były bardzo ciekawe. Uważam, że muzyka klasyczna powinna być podstawą nauki każdego instrumentu dla każdego muzyka. W moim przypadku zagłębienie się w gitarze klasycznej niezwykle rozwinęło technikę i co może jeszcze ważniejsze wyraz i smak muzyczny, więc bardzo dobrze, że tak to się zaczęło. Cały czas ogromna liczba technik w moim stylu opiera się na klasyce.

Po dość krótkim czasie jednak zdałem sobie sprawę, że muzyka klasyczna i granie utworów sprzed niejednokrotnie kilkuset lat to nie cel, a jedynie etap w moim muzycznym życiu. Moment przełomowy nadszedł gdy miałem 13 lat – pojechałem na warsztaty gitarowe w Krzyżowej, gdzie poznałem hiszpańskiego gitarzystę Carlosa Pinanę – jednego z guru gitary flamenco. Wtedy otworzył się dla mnie świat ognistej i bardzo ciekawej muzyki. Poczułem, że można pokazywać emocje i tworzyć na gitarze popisowe rzeczy, nie zamykając się w repertuarze stricte klasycznym. Carlos Pinana okazał się być ogromnie miłym człowiekiem i po dwóch tygodniach spędzonych razem zaproponował, żebyśmy mieli lekcje przez Skype. To było świetne rozwiązanie, ale zanim do tego doszło pracowałem przez rok nad utworami, które mi zadał jako „roczną pracę domową”. Po roku, kiedy płynnie opanowałem granie tańca farruca, ponownie spotkaliśmy się w Krzyżowej, a następnie, regularnie co dwa tygodnie przez Skype pokazywał mi tajniki gitary flamenco. Wydaje mi się, że to największy i najbogatszy zbiór technik gitarowych jaki istnieje. W każdym rodzaju muzyki gitarowej, nawet jeśli mówimy o gitarze elektrycznej, technika gry lewą ręką oraz niezwykle wymagające, unikatowe wręcz techniki prawej ręki wyniesione z flamenco są dla mnie nieocenione. W moich obecnych aranżacjach, także metalowych, są słyszalne elementy flamenco, za co jestem bardzo wdzięczny Carlosowi.

Ludzie często mylą gitarę klasyczną z gitarą flamenco, bo obie są gitarami hiszpańskimi. Czy mógłbyś wskazać główne różnice między nimi?

Te gitary są fizycznie bardzo podobne, jednak największa różnica tkwi w tym jak człowiek się czuje grając na nich. Biorąc do ręki gitarę flamenco od razu zauważymy, że gryf i ustawienie strun umożliwiają bardzo szybką grę. W gitarze klasycznej pudło jest zazwyczaj nieco większe i głębsze, w gitarze flamenco wszystko jest bardzo smukłe i dopasowane. Na gitarze flamenco można grać znacznie szybciej nie wkładając w to tak dużego wysiłku jak w przypadku gitary klasycznej, choć zazwyczaj te gitary są nieco cichsze od klasycznych.

Kolejnym ważnym momentem w Twoim rozwoju muzycznym było rozpoczęcie gry na gitarze akustycznej. Czyżby zaważył na tym Tommy Emmanuel?

Gitarę akustyczną dostałem od rodziców na gwiazdkę. To pierwszy instrument, na którym byłem całkowicie samoukiem. Nie miałem nauczyciela, który by mnie prowadził, ale wiadomo, że jeśli spotykałem profesjonalistów to podpatrywałem jak grają i pytałem o różne rzeczy, sporo nauczyłem się z internetu. Fingerstyle to muzyka, która ciągle się rozwija, a ten styl jest nieokiełznany na tyle, że niektóre nowe techniki nie są jeszcze opisane słowami i każdy nazywa je inaczej. Tommy Emmanuel był dla mnie pierwszym mistrzem tego instrumentu. „Classical Gas” Masona Williamsa w jego aranżacji oczarował mnie i od razu chciałem grać tak, jak on, choć ostatnio poszedłem w trochę innym kierunku. Zacząłem zgłębiać perkusyjne style gry i opracowałem własną technikę. Wszystko bardzo dobrze się ułożyło, bo podstawy jakie dała mi gitara klasyczna i gitara flamenco pozwoliły mi iść całkowicie swoją drogą w gitarze akustycznej, czerpiąc inspiracje od absolutnych mistrzów i przekładać je na coś swojego; rozwijać własną drogę, a nie poruszać się tylko po wytyczonych wcześniej ścieżkach.

 

Co jest dla Ciebie ważne w obcowaniu z muzyką i jak odnajdujesz swoją drogę?

Słucham różnych rzeczy, np. muzyki filmowej czy elektronicznej. Dla mnie najważniejsze jest by czerpać inspiracje z całego spektrum muzyki. Jeśli by zamknąć się tylko w gitarze, to nic nowego się nie stanie. Jeśli ktoś słucha mojej płyty „Hush” zauważy, że nie tylko gitara jest na niej ważna, pojawiają się jakieś smyczki, trochę elektroniki w tle – to większa przestrzeń. Moimi inspiracjami są takie zespoły jak Alt-J czy Hiatus Kaiyote. Jestem też ogromnym fanem metalu. Nawet słuchanie rzeczy niezwiązanych z gitarą daje inspiracje i przełożenie tego na gitarę powoduje, że powstają nowe brzmienia – to jest dla mnie ważne, bo nie siedzę tylko w muzyce gitarowej. To by zablokowało wyraz artystyczny, a tego nie chcę.

Patrząc na okładkę Twojej płyty i znając Cię z telewizji można się spodziewać albumu stricte gitarowego, a tymczasem jest na nim spory przekrój stylistyczny i brzmieniowy.

Słuchanie płyt stricte gitarowych po kilkunastu utworach może być nużące. Dla mnie wydanie pierwszej płyty było ogromnie ważnym przedsięwzięciem – to coś zupełnie nowego, więc dlaczego nie miałoby to być nowe także w sferze gitary? Dla mnie najprzyjemniejszym komplementem było gdy ludzie mówili mi, że puszczając tę płytę na przykład w samochodzie czuli się wspaniale, albo podobała im się gdy słuchali jej spacerując po mieście. Grono gitarzystów to grupa niszowa – oceniamy muzykę trochę od strony technicznej, specjalistycznej, ale muzyka nie jest po to. Ja słucham muzyki, żeby czuć emocje – dobrze się bawić albo przeżywać mocne wrażenia. Granie czysto techniczne nie może tego dać. Bardzo się cieszę, że dla słuchaczy było to takim atutem jak dla mnie.

Jak postrzegasz program „Must Be the Music”?

Nie podchodzę do niego w cyniczny sposób, że to komercja, ale też nie wszystko jest bajkowe, więc trzeba trochę rezerwy. Nie będę mówił o innych programach, ale wydaje mi się, że z biegiem czasu, w kolejnych edycjach „Must Be the Music” pojawiała się coraz większa różnorodność i coraz więcej było prawdziwej sztuki. Nie muszę mówić o edycji, w której brałem udział, bo byłbym nieobiektywny, ale patrząc na wcześniejszą, czyli VIII edycję, wygrał ją post rockowy zespół Besides. To nie był zespół komercyjny, utwory były bardzo dobre i według mnie zwycięstwo im się należało. Nie wygrała piosenkarka jak miliony innych. Nie chcę podchodzić do tego arogancko, ale fakt był taki, że wchodząc na scenę pytano mnie, co będę śpiewał – to pokazuje, że ludzie spodziewali się czegoś innego niż tylko jedna gitara. Jednak muzyka instrumentalna przyjęła się, a jurorzy byli przychylni. W ścisłym finale była ze mną dziewczyna, która będąc wokalistką również robiła nieoczywistą muzykę – utwory wchodzące w ambient, elektronikę. Wszystko co działo się w kolejnych edycjach było dla mnie bardzo ciekawe. Wcześniej był zespół Materia, który zaprezentował metalową aranżację „Na Wojtusia z popielnika”, potem wydali świetną metalową płytę, na której grają m.in. struktury polirytmiczne. Uważam, że ten program był najlepszy w Polsce, bardzo różnorodny, tolerancyjny muzycznie i w żadnym wypadku nie można go sprowadzić do określenia „komercyjny”.

Jak wygrana w tym programie zmieniła Twoje życie?

Patrząc na ostatnie półtora roku wszystko rozwija się w bardzo dobrą stronę. Do sukcesu w „Must Be the Music” byłem takim „pokojowym” gitarzystą, grającym od czasu do czasu na konkursach gitarowych. Teraz jest kosmos, który pojawił się po wydaniu paru wideoklipów, które udostępnił dalej Metal Hammer. Dzięki temu nagrania poszły w świat uzyskując w sumie około 30 milionów wyświetleń.

Porozmawiajmy o warsztacie muzycznym i twórczości – w jaki sposób pracujesz?

Moja twórczość dzieli się na dwa tory: kompozycje i aranżacje. Te drugie są prostsze i bardzo je lubię, także z tego względu na fakt, że są dobrze przyjmowane przez słuchaczy. Wybieram utwór, który mi się podoba i próbuję przekazać jego treść w indywidualny sposób. Wszystko co robię spisuję na bieżąco w Guitar Pro 6. To ciężka sprawa, bo trzeba się pomęczyć, żeby zapisać wszystkie uderzenia perkusyjne. Z drugiej strony to też jest przystępne, bo mogę obserwować co skomponował autor, uczę się tego na gitarze, jednocześnie robiąc aranż, więc jest to bardzo płynny proces. W aranżacji jest dana baza, a komponując siada się przed pustą kartką. W tej sferze inspiracje nie przychodzą ze świata gitary, tylko z innych gatunków muzyki, których słucham codziennie. Lubię czerpać z nieoczywistych rzeczy, nawet z polskiego folkloru. Ważne jest, by pracując nad utworem perkusja grana na gitarze nie stłamsiła melodii. Wcześniej bardzo mnie ciągnęło, by pokazywać trudne rzeczy perkusyjne i techniczne, a melodia schodziła na drugi plan i to był błąd. Utwór powinien być ciekawy technicznie i popisowy, ale liczą się przede wszystkim wrażenia soniczne. Do ballad na razie chyba nie mam serca.

 

Jak długo ćwiczysz? Czy masz jakiś system?

Nie mam określonego grafiku, nie potrafię do końca tak funkcjonować. Jestem wyznawcą zasady, że jakość jest lepsza niż ilość, także jeśli chodzi o ćwiczenie na instrumencie. Jeśli grając coś nie czuję się swobodnie, spędzam nad tym utworem czy techniką więcej czasu. Różnie to wychodzi każdego dnia, bo muszę balansować między trzema gatunkami – gitarą akustyczną, flamenco, a od niedawna także jazzem, który jest dla mnie sprawą rozwojową. Średnio trzy godziny dziennie to wystarczająca ilość czasu. Dla mnie ważne jest, by być ciągle zanurzonym w muzyce – jeśli nie ćwiczę, to chcę czytać o tym, słuchać różnych ludzi, rozmawiać o sprawach muzycznych. Najważniejsze jest, by słuchać muzyki, bo to bardzo rozwija świadomość.

Jakich instrumentów i efektów używasz?

Na koncertach używam czasem gitary flamenco – mam świetny instrument, który zbudował lutnik z Walencji Ricardo Sanchis Carpio. Byliśmy w jego pracowni z Carlosem Pinaną – cudowne miejsce, w warsztacie pachnie drewno, gitary tam dojrzewają – to niezapomniane przeżycie. W kwestii sprzętu bardzo ważny jest dla mnie delay i reverb, bo dzięki nim w utworach zaznaczam ambience i nastrój, trochę jak w jaskini, często też stosuję efekt reverse. Do tej pory na koncertach używałem procesora BOSSa ME-70. Z kolei w gitarze akustycznej korzystam z elektroniki, która pozwala na zbieranie wszystkich niezidentyfikowanych dźwięków z pudła – to system K&K Trinity z mikrofonem pojemnościowym i trzema przetwornikami, który przekazuje nawet najmniejsze szurnięcia, nawet gdy mikrofon jest wyłączony (a tak jest praktycznie przez 90% czasu gry). Zwykle podłączam się do nagłośnienia, które jest w sali, ale szukam też niewielkiego i dobrze brzmiącego wzmacniacza. Podczas nagrywania używamy z tatą programu Logic Pro X.

Patrząc na Twoją wysłużoną gitarę widać, że grasz na niej bardzo intensywnie, w niektórych miejscach już nie ma na niej lakieru.

Faktycznie, w stylu, w którym gram, szurnięcia, drapania i uderzenia replikują perkusję na pudle gitary, co odbija się wizualnie. Mnie to nie przeszkadza, a wręcz się podoba – wiadomo, że na tej gitarze coś się dzieje. Drzazgi zaczynają z niej lecieć i prawie wybiłem w niej dziurę, ale już ją odkładam na bok, ponieważ po mojej aranżacji „Toxicity” System Of a Down oraz “Master of Puppets” zespołu Metallica odezwali się do mnie przedstawiciele firmy Ibanez proponując umowę endorserską. Jestem ogromnie szczęśliwy z powodu tego wyróżnienia. Skutkiem tego właśnie nastąpiła zmiana instrumentu na dwa nowe, które brzmią znakomicie – to Ibanez AE900 NT i AVD80 NT.

Grasz wyjątkowo dynamicznie, więc muszę zapytać jak często łamią Ci się paznokcie i co robisz, by utrzymać je w dobrej kondycji?

Jestem między młotem a kowadłem. Jeśli grałbym tylko flamenco, nie robiłbym nic z paznokciami – miałyby odpowiednią długość, dźwięk byłby świetny i tak bym sobie grał. Ponieważ gram na gitarze akustycznej, na metalowych grubych strunach, to choć mam w miarę mocne paznokcie, muszę je utwardzać. To był duży problem, bo jak poszedłem do „Must Be the Music” i zagrałem swoją aranżację utworu „Asturias”, zadziałała adrenalina i dopiero po zejściu ze sceny zobaczyłem, że paznokcie mam połamane i nie jestem w stanie już nic więcej zagrać. Uczę się na błędach i doświadczeniach i od tamtej pory je utwardzam. Tu dochodzimy do wstydliwego tematu – chodzę do kosmetyczki, siadam, rozmawiam z panią, która mi robi paznokcie. Jednak ze śmiechem muszę przyznać, że to dobry relaks raz na miesiąc albo półtora.

 

Co zamierzasz robić w najbliższym czasie?

Planuję nadal wydawać swoje kompozycje i aranżacje. Spora ilość jest w fazie roboczej, więc niebawem można się spodziewać wielu nowości. Niedawno wydarzyła się rzecz, której w ogóle się nie spodziewałem, bowiem dostałem propozycję współtworzenia ścieżki dźwiękowej do filmu australijskiego i zagrania dublera w tymże filmie, bo główny bohater jest gitarzystą, a grający go aktor nie potrafi grać na gitarze. Dostałem mail z zaproszeniem do Australii i w pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś żart. To jednak prawda i jestem bardzo podekscytowany, ale też do końca nie wiem czego się spodziewać. W każdym razie praca na planie filmowym to doświadczenie, które z przyjemnością wykorzystam. Otrzymałem też kilka propozycji koncertowych za granicą.

Jaki jest Twój najważniejszy cel muzyczny w dalszej perspektywie?

Najważniejszym celem jest dla mnie wyjazd do Stanów Zjednoczonych – chciałbym studiować w Berklee College of Music muzykę filmową i gitarę.

Z całego serca Ci tego życzymy! 

Rozmawiał: Wojciech Wytrążek
Fotografie: Klaudia Kurek