Łukasz Bodura
Wywiady
Łukasz Bodura

Kiedyś najmłodszy basista punkowy na Podhalu, później gitarzysta De Press a następnie współtwórca folk-rockowej grupy InoRos.

Wojtek Wytrążek
2017-11-30

Z Łukaszem Bodurą rozmawiamy o świecie punk rocka, tworzeniu piosenek w tandemie gitarzysta-kompozytor – wokalistka-autorka tekstów, tajemnicach dobrego brzmienia i o tym, jaka powinna być dobra gitara.

Wojtek Wytrążek: Co spowodowało, że zacząłeś grać na gitarze?

Łukasz Bodura: Miałem kreatywnego dziadka, który grał na skrzypcach i akordeonie, on mnie zaraził muzyką. Pogrywał też trochę na gitarze, a ja mając 12 lat chwyciłem jego gitarę, która leżała na strychu i zacząłem grać. To był pierwszy instrument, jaki wziąłem do ręki; brzdąkałem, bawiłem się dźwiękami. Dostęp do materiałów nie był taki jak teraz, kiedy mamy YouTube i szkoły na wyciągnięcie ręki, bardziej to się odbywało na zasadzie odsłuchiwania kaset magnetofonowych i uczenia się podstawowych riffów. Próbowałem wyłapywać piosenki nie mając pojęcia o czymś takim jak skale muzyczne. Wszystko na słuch i w ten sposób opracowywałem utwory np. Jimi Hendrixa – pociągało mnie takie granie bluesowo-rockowe.

Pamiętasz swoją pierwszą gitarę i pierwszy koncert?

Pierwsza została kupiona na targu, na jarmarku – Rosjanie przyjeżdżali handlować, kupiłem ją za 150000 zł przed denominacją. Była tak beznadziejna, że aż palce puchły, ale miałem wielki zapał do grania i wszelkie niewygody nie przeszkadzały mi w tym, żeby grać i uczyć się piosenek. Wracałem ze szkoły, brałem gitarę i grałem do wieczora. Moją pierwszą prawdziwą gitarą był Mensfeld Fingertip z fabryki w Nowym Targu, którą dostałem od ojca na urodziny. Pierwszy koncert zagrałem w wieku 13 lat na basie z punk rockową grupą S.P.D.S. – Stereofoniczna Pralka Do Szycia – nie mieli basisty, więc pożyczyłem instrument od kolegi. Wzmacniacze i perkusję użyczyła nam norweska grupa Punishment Park. Scena punk rockowa prężnie działała a ja byłem najmniejszym grającym punkowcem na Podhalu – 13 lat, skóra, glany, bas większy ode mnie; nie mogłem dosięgnąć do I pozycji. O dziwo ten nasz materiał wydało niezależne wydawnictwo TKA w 1995 roku – to była kaseta nagrana w kiepskich warunkach, ale jakaś pamiątka w nakładzie 200 egzemplarzy wyszła. Graliśmy normalne koncerty, występowaliśmy też z zespołami Homomilitia, Apatia, Oi Polloi, w Katowicach z Włochatym chyba w 1995 r. Cieszyliśmy się, nie patrzyłem na nic, czy nam zapłacą czy nie, byłem w stanie nawet dopłacić do imprezy, byle tylko pojechać i zagrać.

Punk rock to swego rodzaju świat równoległy.

W 1994 r. zaliczyłem ostatni Jarocin. Mamie powiedziałem, że jadę do babci. Na pierwszym przystanku wysiadłem z autobusu, wróciłem piechotą na dworzec w Nowym Targu i wieczorem z kumplami pojechaliśmy na festiwal, o czym nikt nie wiedział, bo wszyscy myśleli, że pojechaliśmy do swoich rodzin. Nie było takiej komunikacji jak teraz, moja mama nie mogła zadzwonić do babci i sprawdzić czy tam jestem. Wtedy Jarocin się skończył, szkoda mówić jaka była zadyma z Policją, praktycznie połowa miasta została zniszczona. Wszystko się wtedy skończyło, ale dla mnie osobiście to było niesamowite doświadczenie, kiedy widziałem co wyprawiali ludzie z różnych subkultur. Dużo pamiętam z tego wyjazdu, bo wszystko było na trzeźwo, w trakcie trwania festiwalu obowiązywała prohibicja. Niby pozytywne wspomnienia, ale z drugiej strony Sodoma i Gomora. Byli tacy co pili denaturat, albo pakowali w siebie inne substancje, ludzie się nawzajem okradali i tłukli po ryjach bez powodu, jak ktoś spał pijany to ściągali mu glany i i zabierali wszystko co miał przy sobie. Przetrwać taki festiwal pojedynczo nie należało do łatwych zadań. Pamiętam jak wracał z nami gość z Zakopanego bez butów, z podbitym okiem, bez pieniędzy. Pierwszy nocleg był w lesie, ale na drugi dzień wpadł z zaskoczenia gość z wiatrówką i powiedział: brać mi się stąd albo wystrzelam jak kaczki! Zamieniliśmy hotel leśny na przystanek autobusowy 2 km za miastem.

Później zmieniłeś klimaty muzyczne. Jak trafiłeś do zespołu De Press?

Jeździłem na różnego rodzaju jam sessions do Krakowa, gdzie poznawałem środowisko muzyczne. Interesowałem się bluesem, grałem w klubach muzykę opartą na standardach bluesowo-rockowych. Lubiłem przebywać w sklepie muzycznym w Nowym Targu, testować różne gitary, efekty. Któregoś dnia zawitał tam Andrzej Dziubek – lider De Press – usłyszał jak gram na gitarze i spodobał mu się mój styl grania. Akurat szukał gitarzysty i spytał czy ruszyłbym z nim w trasę koncertową. Dla mnie to było coś niesamowitego, bo nawet bym nie pomyślał, że mogę zagrać z taką grupą. Zgodziłem się od razu, Andrzej przysłał mi materiał, którego szybko się nauczyłem, odbyło się parę prób i ruszyłem w trasę.

To opowieść jak ze snu!

American dream – to odbyło się bardzo spontanicznie. Wydarzyło się bardzo wiele ciekawych rzeczy, zobaczyłem wielkie koncerty, grałem obok znanych grup. Największy koncert jaki zagrałem miał miejsce na Przystanku Woodstock w 2002 roku – pamiętam jak mi się nogi uginały kiedy miałem wyjść przed 100000 ludzi. Drugi bardzo istotny dla mnie koncert odbył się z Filharmonią Wrocławską i chórami we Wrocławiu – to był koncert bożonarodzeniowy, który też organizował Jurek Owsiak. Były też występy telewizyjne, które przygotowali bracia Pospieszalscy, np. na Dniach Papieskich w Teatrze Narodowym w 2003 r., gdzie wystąpiła też Anna Maria Jopek, Arka Noego, 2 Tm 2,3. Andrzej Dziubek śpiewał, ja grałem na gitarze, na basie Marcin Pospieszalski, na perkusji Piotr „Stopa” Żyżelewicz, nad wszystkim czuwał Janek Pospieszalski. Zagraliśmy „Cy bocycie Świnty Ojce”. Miło było tam zagrać, przygotowania trwały trzy dni, bo była to transmisja telewizyjna na żywo i każdy szczegół musiał być dograny. Pamiętam jak Janek Pospieszalski zza kulis dopingował mnie, żebym grał mocniej.

Foto: Ewelina Stożek

Wystąpiłeś swego czasu w programie „Must Be the Music” – czy tego typu programy są potrzebne muzykom, czy to show dla publiczności?

Z mojego doświadczenia wynika, że taki program przyciąga wielu zdolnych ludzi, ale w momencie gdy kończy się edycja, te zespoły i soliści wracają do wcześniejszego egzystowania. Telewizja nie pomaga w tym, by ci ludzie mogli dalej się rozwijać i wznosić się na lepszy poziom w polskim showbiznesie. Rusza następna edycja a wykonawcy z poprzedniej są zapominani. Jest to niewątpliwie dobry wstępny krok do tego, żeby pokazać się szerszej publiczności i próbować, ale w 80% nie wynika z tego nic konkretnego, jeżeli się nie wygra takiego programu. Znam wielu artystów, którzy tam byli – nadal grają, ale bez rozmachu. To jest chwilowa euforia i dobry początek do tego, żeby się zmobilizować i pracować dalej, jednak trzeba włożyć w to dużo pracy, bo telewizja wysysa potencjał, nakręca tych ludzi, ale tak naprawdę to jest show na potrzebę chwili.

Współpracowałeś z różnymi artystami, między innymi z Dianą Świder.

Zawsze w głębi duszy chciałem tworzyć własne kompozycje, niekoniecznie oparte na samych wirtuozerskich gitarach, żeby połaskotać słuchaczy umiejętnościami. Raczej starałem się patrzeć na to całościowo. Dużo pisałem z InoRos, ale miałem też pomysły na własne utwory – pomysły na singielki, które nie wiązały się z nagraniem płyty – po prostu dla zaspokojenia własnych potrzeb, bez żadnych oczekiwań. Nagrywałem coś takiego w Krakowie z raperem, który napisał świetne zwrotki, ale do całości była nam potrzebna wokalistka i tekst na refreny. Z producentem doszliśmy do wniosku, że najlepiej nadawałaby się Diana Świder – ze względu na rewelacyjny głos i wrażliwość muzyczną. Zadzwoniłem do Diany i zapytałem czy mogłaby nam pomóc ogarnąć tekst w refrenach i zaśpiewać, odpowiedź brzmiała tak, więc zabraliśmy się za nagranie tego singla a następnie pojechaliśmy do Warszawy i nagraliśmy teledysk do piosenki „Niełatwo mnie kochać”. Owocnie wspominam współpracę z Dianą Świder.

W gronie Twoich współpracowników jest też Monika Gawrońska.

Tak, to prawda, Monika jest wokalistką, kompozytorką i pisze dobre teksty, ma na koncie wiele nagrań studyjnych. Nagrywała m.in. z Jackiem Królikiem i innymi świetnymi muzykami. Współpracujemy od jakiegoś czasu i dążymy do nagrania płyty i grania koncertów, ale jeszcze sporo pracy nas czeka. Ja mam pomysły na muzykę, Monika pisze świetne teksty, ale nie mamy jeszcze ugruntowanego stałego składu – muzycy zawsze są tam, gdzie jest perspektywa zarobkowa, nikt nie chce zostawiać zajęcia, które daje utrzymanie. Zbudowanie czegoś od zera wymaga dużego zaangażowania i motywacji, ale jestem dobrej myśli i uważam, że wszystkie sprawy pójdą w dobrym kierunku.

Nad czym pracujesz obecnie?

W obecnej chwili montujemy teledysk do mojego kolejnego singla, który zrobiłem z wokalistką z Los Angeles Katie McGhie, sporo pracy to wszystko wymaga, bo dzieli nas duża odległość i wszystkie sprawy odbywają się za pomocą internetu, ale dajemy radę. Planuję wypuścić tego singla w listopadzie. Równolegle nagrywam w studiu razem z Moniką Gawrońską i trochę koncertuję grając bluesa z kumplami z Podhala.

Skąd bierzesz pomysły na piosenki?

One biorą się z głębi mnie, wychodzą z wewnątrz – biorę gitarę, siadam do pianina, szukam melodii, bo ona jest dla mnie najważniejsza. Szukam melodii, która mnie inspiruje i jest adekwatna do danej sytuacji, którą przeżywam. Jeśli melodia mnie „chwyci”, zaczynam krążyć wokół niej, dorzucam akordy, w głowie powstaje zarys całego utworu. Później szukam wokalistek lub wokalistów, którzy są w stanie poczuć to i napisać tekst. Z taką ilością muzyki, jaka obecnie powstaje, ciężko jest wymyślić coś świeżego, nowatorskiego. Nie staram się robić czegoś na siłę czy szukać inspiracji u innych artystów. To, co jest we mnie, i co czuję, przelewam na dźwięki i coś z tego zawsze powstanie, czasami lepszego czasami gorszego. Najważniejsze, żeby była radość z tego co się robi.

Kogo lubisz słuchać?

Jestem wychowany na starych, klasycznych zespołach – stare klimaty począwszy od Led Zeppelin, przez Pink Floyd, Queen, Toto, nawet Beatlesów; lubię słuchać Boba Dylana, Marka Knopflera – to wciąż robi na mnie potężne wrażenie. Te kompozycje mają dla mnie ogromną wartość muzyczną i tekstową. Dziś jest inaczej – wychodzi hit, robi robotę przez dwa miesiące w radiu, a potem znika i nikt do niego nie wraca, a stare wciąż trwają. Weźmy nawet Boney M. – Bobby Farrell pisał dla nich takie kompozycje, że do dziś na imprezach tanecznych ludzie świetnie się przy tym bawią.

Podobnie chociażby Abba.

To była fabryka hitów – proste kompozycje, często oparte na trzech akordach, ale jest w nich bardzo unikatowa melodia, która nigdy się nie nudzi. Trzeba mieć mega umiejętności, albo być geniuszem, żeby pisać ponadczasowe melodie. Bobby Farrell bez wątpienia miał taki dar i umiejętność. Czy myślisz, że można się tego w jakiś sposób nauczyć? Myślę, że tak, ale dużą rolę odgrywają tu wrodzone zdolności – talent, dar. Jeśli w człowieku jest pasja do muzyki, do komponowania, to zaczyna tworzyć i bawić się dźwiękami. Rzeczą jasną jest, że człowiek uczy się całe życie na błędach i wyciąga z tego wnioski. Najważniejsze żeby się podjąć tego wyzwania i nie zwracać uwagi co inni na ten temat sądzą, iść swoją drogą i robić muzykę. Na początku rzeczą jasną jest, że utwory są słabe ale z czasem powstają coraz lepsze rzeczy.

Na czym grasz i jakie jest Twoje podeście do sprzętu?

Mam dwie ulubione gitary. Pierwsza to Epiphone Les Paul Custom, jeszcze stara koreańska produkcja, którą z USA przysłał mi Maciej Mensfeld. Jako lutnik umiał znaleźć świetnie brzmiące egzemplarze gitar. Wyrzuciłem z tej gitary praktycznie wszystko, wstawiłem niemieckie przystawki Häussel, fenderowskie potencjometry, klucze Schallera, wymieniłem progi. Dziś ten Epiphone nie ustępuje Gibsonowi. Gitara jest rozegrana i stabilna, nawet jeśli na koncercie pęknie struna, pozostałe stroją idealnie. Druga gitara to PRS Custom 24. Szukałem dla siebie lepszego instrumentu z tremolem i jedyną gitarą, która dobrze mi leżała w ręce był ten PRS. To fajna gitara, ale sentymentalnie wolę grać na Epiphonie. Nie przywiązuję wagi do marki – instrument ma mi grać. Staram się unikać efekciarstwa. Mam wzmacniacz Engl Screamer 50. Kiedyś na próbie dźwięku przed jakimś koncertem podszedł do mnie gitarzysta mający potężnego racka ze sterowaniem MIDI i spytał co ja mam, że to tak brzmi. Popatrzył na podłogę, a tam był tylko sterownik od wzmacniacza, pedał głośności i dwie kostki BOSSa (chorus i delay). Spytał – z tego masz taką petardę? Ja na to powiedziałem, że jak mnie uczyli starzy bluesmani, brzmienie ma być z ręki – to jest podstawa, a reszta to tylko dodatki. Potem zaczęliśmy rozmawiać o majstrach typu Stevie Ray Vaughan, który miał skromny zestaw. Źródło musi być potężne, a dopiero do tego efekty, a nie odwrotnie, kiedy kupowaniu kolejnych kostek nie ma końca, a nie przekłada się to na lepszy dźwięk. Ja jestem zwolennikiem prostego, klasycznego brzmienia, czyli dobra gitara, własne umiejętności, kabel i dobry wzmacniacz – tylko tyle.

Foto: David Ancew

Tylko tyle i aż tyle.

Staram się rozwijać to, co czuje najlepiej skupiając się na mocnych stronach. Nie dążę do tak szybkiego grania jak np. Guthrie Govan. Są gitarzyści, którzy tak nie wymiatają, grają wolno, ale ma to sens i duszę. Kiedyś czytałem wypowiedź Davida Gilmoura, który mówił, że zawsze chciał być szybki, ćwiczył i mu to nie wychodziło, więc stwierdził że skupi się na długich melodycznych dźwiękach i jak słychać robi to genialnie. Muszę rozwijać to, co mi wychodzi najlepiej i nie porównywać się do innych gitarzystów, bo to nie ma sensu. Nie gram po to , żeby się popisywać umiejętnościami. Gram, bo lubię i tyle w temacie.

To ważna myśl, bo czasem muzycy zniechęcają się widząc postępy innych. Co doradziłbyś młodszym kolegom?

Radziłbym przede wszystkim wypracować dobre brzmienie z ręki – to jest podstawa, kwintesencja grania i grać to co się czuje najlepiej. Później dobrać sobie gitarę, ale nie na zasadzie Jeff Beck gra na Fenderze, to ja też będę grał na Fenderze. Dobrać sobie taki instrument, z którym człowiek dobrze się czuje i jest w stanie przerzucić to co umie na tę gitarę. Później pomyśleć o dobrym wzmacniaczu, a efekty na razie odstawić, bo one zamydlają definicję dźwięku, tuszują wiele błędów. Ja przez 10 lat ćwiczyłem bez niczego – tylko gitara, kabel, wzmacniacz. Pracowałem nad precyzją dźwięku. Nie jestem tak sterylny jak wielu współczesnych gitarzystów, bo też lubię brudne, bluesowe dźwięki. Jeżeli nie wychodzi takie sterylne granie, to trzeba grać brudnym dźwiękiem – tak ma być.

Zdjęcia: David Ancew i Ewelina Stożek