Vader, Marduk - 31.08.2018 - Warszawa

Relacje

Szymon Kubicki

Vader, Marduk - 31.08.2018 - Warszawa

35 lat chaosu! Pod takim szyldem zawitał Vader do warszawskiej Progresji na pierwszy z dziewięciu polskich koncertów w ramach nowej trasy.

Przed gwiazdą wieczoru wystąpili Insidius, Arkona oraz Marduk. Marduk, który pod wpływem wokalisty Mortuusa nagrywa bardziej zróżnicowane i klimatyczne krążki niż na początku kariery, na żywo wciąż pozostaje autentycznym żywiołem, uwielbiającym pęd do przodu na złamanie karku. Czyli to, czym zasłynął dzięki takim płytom, jak "Panzer Division Marduk" (tytułowa kompozycja otworzyła zresztą koncert). Szwedzi przyjechali do Polski w ramach promocji najnowszego albumu "Viktoria", który utrzymuje bardzo wysoki poziom co najmniej kilku ostatnich wydawnictw, ale program z tej płyty nie zdominował piątkowego koncertu. Doliczyłem się bodaj dwóch utworów pochodzących ze wspomnianego krążka, resztę setu wypełnił natomiast nowszy i starszy materiał z kilku wcześniejszych albumów, w tym takie starocie, jak choćby "Burn My Coffin" z "Those of the Unlight" (1993) czy świetnie sprawdzający się na żywo galopujący "Of Hell's Fire" z późniejszego o pięć lat "Nightwing". Osobiście wolę oblicze Marduk prezentowane na materiałach wydanych z Mortuusem, tym bardziej, że do sensownego zaprezentowania archetypicznych blackmetalowych galopad przydałaby się wyższa selektywność brzmienia. A tego akurat kolejny raz w Progresji bardzo słyszalnie zabrakło (podobnie zresztą jak sensownej gry świateł, która - choć niektórym trudno w to uwierzyć - naprawdę stanowi istotny element show). Całość zlała się w jeden wielki - nomen omen – chaos, w którym wyróżniły się jedynie tak charakterystyczne kawałki, jak napędzany specyficznym beatem perkusji "The Blond Beast" z "Frontschwein".

Nie widziałem Vader na żywo od dobrych kilku lat i muszę przyznać, że zespół wciąż emanuje niezłą żywotnością, być może dzięki świeżej krwi wniesionej przez Jamesa Stewarta. Perkusista urodził się ledwie dwa lata przed premierą debiutanckiego "The Ultimate Incantation" i siedem lat po powstaniu grupy, która świętowała tą trasą 35-lecie. A skoro mowa o debiucie - wbrew zapowiedziom organizatora wcale nie usłyszeliśmy go w całości ani nawet w połowie. Równie dużo miejsca Peter i spółka poświęcili choćby "Black to the Blind" czy ostatniemu w dyskografii "The Empire". Kapela zaprezentowała także solidny przekrój przez dotychczasową karierę (na szczęście z pominięciem takich potworków, jak "The Beast"), co zresztą w pełni usprawiedliwione jest nazwą trasy. Całkiem udany koncert z elementami pirotechniki, lepszymi światłami i odrobinę lepszym dźwiękiem.