Gitarzysta i basista Ken Adrews o dramatycznie rozrywających serce brzmieniach i okolicznościach powstania kosmicznej odysei tria z Los Angeles z 1996 roku – Fantastic Planet.
Trio z Los Angeles, Failure, kończyło właśnie światową trasę, która narobiła im sporo szumu – u boku zaprzyjaźnionego zespołu Tool – gdy w połowie lat 90. zabrali się za realizację ambitnego, definiującego ich karierę albumu Fantastic Planet. Po największych koncertach w swojej dotychczasowej historii gitarzyści i basiści Ken Andrews i Greg Edwards oraz perkusista Kellii Scott zaszyli się w domu metalowej bogini Lity Ford w Tujunga w Kalifornii, by nagrać trzeci długogrający album. Efekt był nie z tej ziemi.
Ekosystem 17-utworowego Fantastic Planet tętni życiem w odcieniach neonowej lilii, alternatywnego gloomgaze’u („Heliotropic”), dramatycznych zwrotów akordowych („Pitiful”) oraz przesterowanych brzmień, które brzmią tak, jakby zostały wyczarowane z najbardziej melancholijnego silnika odrzutowego („Stuck On You”). Odzwierciedlając odmienne filozofie rytmiczne, Edwards wnosił do partii kontrabasu elegancką elastyczność, podczas gdy Andrews kotwiczył utwory stabilnymi, niskimi akordami basowymi – choćby w hipnotycznym, zapętlonym groovie „Another Space Song”.
Choć album był częściowo inspirowany francuskim filmem science fiction Fantastyczna planeta z 1973 roku, teksty Edwardsa odzwierciedlały alienację wynikającą z rozwijającego się uzależnienia od heroiny. Opisywał on naloty narkotykowe i policyjne zastraszanie („Sergeant Politeness”), a najbardziej ikoniczny numer zespołu – „The Nurse Who Loved Me” – to tragicznie piękna, przesiąknięta phaserem glamowa ballada, w której pracownica służby zdrowia wychwalana jest za wręczenie narratorowi „kluczy do apteki”. Romantyczne – w dość pokręcony sposób.
Andrews uważał szeroko zakrojoną, niebiańską odyseję Failure za „najlepszą płytę, jaką do tej pory nagraliśmy”, ale gdy ich wytwórnia upadła, Fantastic Planet utknęło w zawieszeniu na 18 miesięcy. To było przygnębiające, jednak Andrews, Edwards oraz ówczesny basista Toola, Paul D’Amour, zabijali czas w domu Ford, przewrotnie przerabiając nowofalowe hity jako Replicants. Kiedy latem 1996 roku Warner Bros. przejęło Fantastic Planet, Failure zaprosili do składu przyszłego gitarzystę Queens of the Stone Age, Troya Van Leeuwena, by wzmocnić brzmienie koncertowe – choć konflikty personalne doprowadziły do rozpadu kwartetu w ciągu roku.
Mimo to mitologia Failure eksplodowała w latach 2000. dzięki serwisom do wymiany plików oraz głośnym coverom zespołów A Perfect Circle (współzałożonego przez Van Leeuwena; Edwards dołączył do nich jako muzyk koncertowy w 2018 roku) oraz Paramore. Po niemal dwóch dekadach pracy osobno Edwards, Andrews i Scott ponownie połączyli siły w 2014 roku, od tamtej pory wydając jeszcze trzy albumy pełne refleksyjnego, osobistego space rocka.
Andrews opowiada nam, jak pozostawienie sobie pełnej swobody – i własnych nałogów – doprowadziło Failure na najdalsze orbity ich Fantastic Planet.
Failure na promocyjnym zdjęciu z 1996 roku
(Troy Van Leeuwen, Edwards, Ken Andrews i Kellii Scott).
Jak doszło do tego, że wynajęliście dom Lity Ford?
Jednym z zespołów z naszego kręgu była formacja Medicine. Wydaje mi się, że spotkałem [gitarzystę i wokalistę] Brada Lanera na jakiejś imprezie w Los Angeles. Powiedziałem mu, że właśnie dostaliśmy zielone światło od Slash Records na samodzielną produkcję trzeciej płyty i że dali nam pieniądze na zakup własnego sprzętu nagraniowego. Szukaliśmy miejsca do wynajęcia, a on na to: „To zabawne, bo właśnie wynająłem mały domek w Tujunga na miesiąc i skończyliśmy tam nową płytę Medicine”.
To nie była luksusowa rezydencja. Fundamenty popękały w wyniku trzęsienia ziemi Northridge w 1994 roku. [Lita] tam nie mieszkała – był to jej pierwszy, trzypokojowy dom, kupiony za pieniądze z początku kariery muzycznej. Nie mogła go sprzedać, więc szukała kogokolwiek do wynajmu. Wprowadziliśmy się tydzień po tym, jak Medicine się wyprowadzili. Spędziliśmy tam sześć miesięcy z Failure, a potem kolejne trzy, nagrywając płytę Replicants.
Co najbardziej podobało ci się w tym miejscu?
Płaciliśmy 2000 dolarów miesięcznie – tyle kosztował w Los Angeles jeden dzień w zwykłym studiu nagraniowym. Cała idea zakupu sprzętu i wynajęcia taniego domu polegała na zniesieniu presji czasu i umożliwieniu nam komponowania bezpośrednio w studiu.
Wspomniałeś o zakupie sprzętu nagraniowego przed wprowadzką, ale czy rozbudowaliście też arsenał gitarowy?
Zdecydowanie kupiliśmy kilka nowych gitar. Nie wiem, co stało się z główną gitarą, na której grałem na pierwszych dwóch płytach [Comfort z 1992 i Magnified z 1994 roku] – czy została zgubiona, czy skradziona – ale miała wyjątkowe brzmienie. Złożyłem ją z części zamówionych wysyłkowo z Warmoth. Korpus i gryf w stylu Stratocastera, humbucker przy mostku i singiel przy gryfie – coś w klimacie Van Halena. Humbucker był autorstwa Billa Lawrence’a. To nie był pickup o bardzo wysokim gainie, ale balansował na granicy. Za każdym razem, gdy słucham starych dem lub pierwszych dwóch płyt, słyszę właśnie to przetwornikowe brzmienie. Brak tej gitary do dziś mnie boli.
Najważniejszym zakupem przed przeprowadzką do „domu Fantastic Planet” był Les Paul Standard z 1976 roku, kupiony przy Sunset Boulevard w świetnym sklepie vintage. Ta gitara zwróciła się z nawiązką – do dziś jest filarem brzmienia zespołu. Na Fantastic Planet jest jednak także mnóstwo singli – to albo Jazzmaster, albo Telecaster.
A jeśli chodzi o rig – co dokładnie słychać na tej płycie?
Mój koncertowy zestaw w tamtym czasie to był rack, okablowany przez Boba Bradshawa. Marshall JMP MIDI Preamp – ten złoty – wpięty w multiefekt Rocktron Intellifex. Często Intellifex szedł dalej do ogromnej, rackowej stereofonicznej lampowej końcówki mocy VHT, a stamtąd do dwóch paczek Marshall 4x12. Na jednej z nich stał Fender Twin, z którego korzystałem do czystych brzmień. Miałem też potężny crunch, uzyskiwany przez Big Muffa wpiętego w Twina. Big Muff i Twin razem dają bardzo „wycięte” brzmienie. Połączenie tego z Marshallem było kluczowe dla potęgi power chordów na Fantastic Planet.
Ty i Greg często zamieniacie się rolami między basem a gitarą. Jakie są różnice w waszym podejściu do obu instrumentów?
Greg jest znacznie bardziej zaawansowanym basistą niż ja. Ja gram na basie jak gitarzysta rytmiczny – używam wielu akordów. Jeśli pojawia się bieg basowy albo bardziej wyszukany riff przejściowy, zwykle to nie ja go gram. Za to na gitarze obaj uwielbiamy dziwne, dysonansowe riffy i ambientowe faktury.
„The Nurse Who Loved Me” ma w sobie gorzko-słodki, glamowy rozmach. Skąd to się wzięło?
Greg miał bardzo nietypowe demo tego utworu jeszcze przed wprowadzką do domu. Słychać było akustyczną gitarę grającą akordy i Grega śpiewającego coś, ale wszystko było owinięte w dziwne efekty dźwiękowe. Na początku nie byłem pewien, czy w ogóle jest tam piosenka, ale gdy dotarłem do końca, pomyślałem: „O cholera, to jest niesamowite”.
Zasugerowałem, żeby zrobić z tego raczej utwór fortepianowy niż gitarowy – właśnie znaleźliśmy cyfrowe pianino Lity, Korga, który leżał pod łóżkiem. Greg ma świetne wyczucie rytmu na klawiszach, więc ostatecznie nagraliśmy podstawę tylko z Kelliiem na perkusji i Gregiem na pianinie. Nie używaliśmy metronomu. Chcieliśmy, żeby tempo naturalnie falowało wraz ze zmianami akordów, z bardzo konkretnymi spowolnieniami w wybranych momentach.
Solo gitarowe na płycie zagrał Greg. Ja grałem gitary rytmiczne i pomyślałem, że spróbuję dograć solo. Przez pół godziny próbowałem, ale nic mi się nie podobało – było zbyt sentymentalne. Oddałem więc gitarę Gregowi i włączyłem nagrywanie. Nawet nie wiem, czy tego dnia wcześniej grał na gitarze. To było pierwsze podejście, czysty strumień świadomości. Pewnie połowa dźwięków nie jest w tonacji, ale uważam to za genialne solo. Teraz gram je na żywo.
„Dirty Blue Balloons” też ma solo, które wychodzi poza tonację i do niej wraca.
To akurat moje solo! Można by pomyśleć, że ta sama osoba zagrała solo w „Nurse”, ale to nieprawda. Łączy je jednak ta sama filozofia. Jedną z płyt, których wtedy słuchałem i które uwielbiam pod kątem solówek, było Scary Monsters Davida Bowiego, z Robertem Frippem i Carlosem Alomarem. Ich sola są bardzo „artschoolowe” – antysolowe. Nie opierają się na bluesowej skali. Są eksperymentalne, łamią mnóstwo zasad. Właśnie takie sola mnie wtedy interesowały.
Podczas pracy nad Fantastic Planet członkowie zespołu zaczęli zmagać się z uzależnieniem. Na ile byliście tego świadomi?
Używanie heroiny przez Grega się nasilało, ale wciąż był to dla niego „miesiąc miodowy”. Nie wiem, czy chodziło o znoszenie barier w pisaniu i eksplorowaniu samego siebie jako tematu tekstów… Zaczynałem się martwić, ale jednocześnie tworzył niesamowity materiał. Jego wkład był dla mnie absolutnie zdumiewający.
Kiedy [Failure] zaczęli brać heroinę, robiliśmy to wszyscy razem. Było w tym pewne poczucie bezpieczeństwa – nikt nie przesadzał. Ale potem Kellii i ja zauważyliśmy, że Greg zaczął brać z innymi ludźmi, i wtedy naprawdę zaczęliśmy się niepokoić. Ta ciemność była obecna. A jakieś pięć miesięcy po rozpoczęciu pracy nad płytą zadzwonił nasz menedżer i powiedział: „Wiem, że jesteście już prawie na finiszu, ale mam złe wieści. Slash Records próbują sprzedać wytwórnię… Jest bardzo możliwe, że nowy właściciel nie będzie miał żadnego obowiązku wydania tej płyty”. To wpędziło mnie w głęboką depresję.
Utwory, które wtedy nie były jeszcze skończone, to dwa ostatnie na albumie – „Heliotropic” i „Daylight”. W pewnym sensie są to najciemniejsze momenty płyty. Kiedy słyszę „Daylight”, słyszę rozpacz i smutek. Ostatnio na nowo analizowałem tekst, który do niego napisałem, i jego fundamentem jest świadomość, że ta płyta może nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Myślę, że „Heliotropic” to moment, w którym Greg przyznaje: „Tak, jestem uzależniony. Jeśli nie byłem na początku płyty, to jestem teraz”.
Edwards, Andrews i Scott w studiu.
Gdy Fantastic Planet ostatecznie ukazało się nakładem Warnera, zaczęliście koncertować jako kwartet. Jak Troy Van Leeuwen trafił do Failure?
Byłem absolutnie przekonany, że żeby właściwie wesprzeć Fantastic Planet na żywo, potrzebujemy drugiego gitarzysty. Analizowałem brzmienie płyty i widziałem, jak często pojawiają się tam dwie zupełnie różne partie gitarowe grane jednocześnie – a nie tylko jedna rytmiczna, dublująca bas. Wszyscy, którzy słyszeli album, myśleli podobnie. Kellii to osoba w Failure, która zna wszystkich muzyków w Los Angeles. Grał już z Troyem w jednym czy dwóch projektach, więc szybko się zaprzyjaźniliśmy. W pewnym momencie stwierdziliśmy: „Tak, to jest gość, z którym powinniśmy jechać w trasę”.
Jaką energię wniósł do tych utworów?
Dwóch gitarzystów grających power chordy potrafi stworzyć masę i ciężar nie do osiągnięcia w inny sposób. Nie mieliśmy wtedy Fractali, więc uzyskanie naprawdę grubego brzmienia na żywo było trudne. To było super. Oglądam dziś nieliczne nagrania koncertów z lat 1996–97 i słyszę, że Troy był wtedy lepszym gitarzystą ode mnie. Wprowadzał alternatywne wersje riffów lub linii melodycznych, które na płycie były statyczne – zapętlone co cztery takty. Zamieniał instrumentalne fragmenty w coś na kształt solowych momentów.
Jak wspominasz schyłek pierwszego etapu działalności Failure?
Zagraliśmy trzy albo cztery trasy w ostatnim roku promocji Fantastic Planet, kończąc cykl na Lollapaloozie ’97. Ostatni koncert odbył się w San Francisco. Cały ten okres był druzgocący, bo patrzyłem, jak mój najlepszy przyjaciel jest dosłownie pożerany przez heroinę. Zdumiewało mnie, jak bardzo był wyniszczony fizycznie, a mimo to potrafił grać koncerty. Muzycznie rzadko zdarzało się, by narkotyki wpływały na jego grę w sensie złych dźwięków. Bywały jednak momenty, gdy był skupiony na graniu, ale tracił równowagę. Pamiętam, jak członkowie ekipy wybiegali na scenę, by złapać go, zanim spadnie. To nie był dobry czas.
Od dekady jesteście w bardzo twórczej fazie powrotu. Jak, na tle nowego materiału, postrzegasz dziś dziedzictwo Fantastic Planet?
Widzę to wyraźnie jako dwie połowy kariery – lata 90. i to, co robimy teraz – ale Fantastic Planet to album, który tak naprawdę nas do siebie na nowo przyprowadził. Nowi fani odkryli go po rozpadzie zespołu, dzięki wymianie plików i nagrywaniu płyt CD w latach 2000. Ciągle słyszeliśmy plotki, że Failure są dziś bardziej kochani niż w latach 90. Zaczęliśmy znów się spotykać i cieszyć swoim towarzystwem. Mieliśmy dzieci, narkotyki zniknęły z naszego życia. W końcu stwierdziliśmy: „Sprawdźmy, czy te plotki są prawdziwe”. W 2014 roku zarezerwowaliśmy koncert w El Rey w Los Angeles – i wyprzedał się w mniej niż pięć minut. To nigdy nie zdarzyło się w latach 90.
To dość piękna historia – możemy mieć swój własny mały świat i być w nim w pełni zrozumiani oraz docenieni w sposób, w jaki nigdy nie byliśmy w latach 90. Zawsze porównywano nas do zespołów grunge’owych. Coś z tego było w naszym brzmieniu, ale byliśmy czymś innym. Pełne zrozumienie Failure przyszło dopiero po rozpadzie zespołu.

