Tajemniczy Lord Phobos – gitarzysta zespołu TWRP – w swoich kolaboracjach z przymrużeniem oka działającym duetem Ninja Sex Party mierzył się z repertuarem od disco po Def Leppard. W rozmowie z nami opowiada, co decyduje o świetnym coverze – i zdradza, bez której gitary oraz którego efektu nie wyobraża sobie życia.
Rozmawiamy z nim przez maskę balansującą gdzieś między estetyką Daft Punk, Darth Vadera i Power Rangers. Głos przepuszczony przez procesor wokalny – ustawiony prawdopodobnie na najciemniejszy, najbardziej „robotyczny” preset – skutecznie maskuje jego tożsamość. Lord Phobos odpowiada za partie gitarowe w kanadyjskim kwartcie TWRP, który zasłynął jako zespół towarzyszący amerykańskiemu duetowi komediowemu Ninja Sex Party. Oprócz autorskiego materiału obie formacje nagrały serię albumów Under The Covers, na których reinterpretują klasyki Pink Floyd, Van Halen, Bee Gees i wielu innych.
– Praca z Ninja Sex Party to czysta frajda – mówi Phobos. – W zasadzie przygotowujemy im całe podkłady i warstwę instrumentalną. Poznaliśmy się lata temu przez internet i szybko okazało się, że to układ idealny: my dostarczamy solidną muzykę, oni – pomysły i humor. Wybór utworów należy do nich. My przychodzimy, dowiadujemy się, co gramy, i uczymy się numeru. Większość znałem, choć muszę przyznać, że przed coverem „The Burning Down” nie słuchałem zbyt wiele King’s X. Ale to też część zabawy – odkrywasz artystów, ucząc się ich muzyki.
Co możesz powiedzieć o sztuce stworzenia naprawdę dobrego coveru?
Chodzi o znalezienie równowagi między oddaniem sprawiedliwości oryginałowi a próbą nadania mu świeżego charakteru. To zresztą może się zmieniać w zależności od części utworu – możesz mieć refren zagrany dokładnie tak jak w oryginale, a zaraz po nim mostek, który brzmi zupełnie inaczej. Możesz zmienić feeling albo wyobrazić sobie ten sam numer w kompletnie innym gatunku. Możesz nawet zmienić tonację. Lubię pomysł, żeby coś w dur zamienić w moll – albo odwrotnie. Innym razem trafiasz na piosenki tak dobre, że nie chcesz ich ruszać i kończy się na wykonaniu w stylu karaoke, możliwie najwierniej wobec pierwowzoru.
Jaki twoim zdaniem jest najlepszy cover wszech czasów?
Uwielbiam wersję „Here Comes The Sun” w wykonaniu Ghost. To, co zrobili z tym utworem, było naprawdę wyjątkowe…
To rzeczywiście przykład, w którym pogodny, durowy utwór został przerobiony na coś znacznie bardziej mrocznego i mollowego.
Tak, dokładnie o to mi chodziło. Niesamowite jest to, jak wzięli tak znany numer i nadali mu melancholijny charakter. Po prostu to uwielbiam. W ogóle są naprawdę świetni w coverach. Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałem ich wersję „Waiting For The Night” Depeche Mode, nie znając oryginału.
Wróciłem później do pierwowzoru, ale ponieważ najpierw poznałem interpretację Ghost, to właśnie ona wciąż wydaje mi się tą najbardziej „naturalną”. Czasem bardziej przywiązujesz się do czegoś tylko dlatego, że w taki sposób to odkryłeś. Zresztą ja przez długi czas byłem przekonany, że „All Along The Watchtower” napisał Jimi Hendrix – a jednak się myliłem!
Na Under The Covers Volume II zmierzyliście się z hitem Steviego Wondera „I Wish” – dodając przesterowane gitary, których w oryginale zdecydowanie nie było…
To numer mocno oparty na sekcji dętej, a my graliśmy go jako czteroosobowy zespół i próbowaliśmy sprawić, żeby brzmiał pełnie i szeroko. Pamiętam, że zagrałem riff na gitarze – czego w oryginale w ogóle nie było. Chciałem uzyskać przesterowane, lekko „crunchowe” brzmienie w stylu Gibsona wpiętego w Marshalla, które przewijałoby się przez cały utwór. Nasza wersja potrzebowała czegoś innego.
Na tej samej płycie znalazła się wasza wersja „Africa” Toto. W oryginale Steve Lukather wykazuje się ogromną powściągliwością – pilnuje, żeby utwór nie stał się zbyt „gitarowy”…
Tak, zdecydowanie się tam powstrzymał.
Powiedziałbym, że w ogóle jest dla mnie dużą inspiracją. To niezwykle „smakowity” gitarzysta i myślę, że wynika to z jego sesyjnego doświadczenia. Grając na tylu różnych płytach, musiał nauczyć się służyć piosence i grać to, co pasuje – zamiast przez cztery minuty topić wszystkim twarze w shredzie! W „Africa” jest kilka warstw, na przykład funkowa partia w stylu Nile’a Rodgersa w zwrotce. Czasem trudno sprawić, żeby idealnie „usiadła” w pocket. Warto wtedy pomyśleć o zagraniu minimalnie przed lub za beatem, bo bez tego może to nie zabrzmieć właściwie. Takie rzeczy potrafią być trudniejsze niż przelatywanie przez szalone, techniczne zagrywki. Zaczynałem właśnie od takiego grania, ale dziś bardziej interesuje mnie znalezienie właściwego groove’u.
Słychać to też pod koniec innego przeboju Toto – „Rosanna” – gdzie wchodzą w ogromny jam i totalnie się rozluźniają. To jedno z moich ulubionych solówek Steve’a Lukathera. Są momenty, kiedy odpala pełne szaleństwo, ale każe na nie czekać i dokładnie wie, kiedy zabrzmią najmocniej.
Lubię brać coś w dur i zamieniać to w moll.
Na trzeciej płycie z coverami nagraliście własną wersję „Closer To The Heart” Rush. Niesamowite, jak szerokie spektrum potrafi ogarnąć Alex Lifeson – w pewnym sensie jest sam dla siebie gitarzystą rytmicznym.
Zdecydowanie! To był bardzo przyjemny numer do nagrania. Rejestrowaliśmy go w studiu Sonic Ranch w El Paso. Mieli tam absolutnie wszystko, czego tylko możesz potrzebować. Chcesz Les Paula z 1977 roku? Jest. Les Paula z 1959? Też jest – ale nie ma mowy, żebym go dotykał. Nie, dziękuję… to już odpowiedzialność! (śmiech) Za to możliwość eksperymentowania z różnymi gitarami i wzmacniaczami była fantastyczna. Ostatecznie użyłem 335.
Uwielbiam moment, kiedy wchodzi ten crunchy rytm – przez sporą część utworu buduje napięcie dwunastostrunowa gitara, a kiedy pojawiają się te duże akordy, to jest prawdziwa kulminacja. Po prostu uderza jak trzeba.
Jakie było twoje podejście do „When You Were Mine” Prince’a?
To też nagrywaliśmy w Sonic Ranch. Pomyślałem sobie: „Czego używał Prince?”. Więc wziąłem Telecastera. W muzyce Prince’a partie często są łatwe do zagrania, ale trudne do zagrania dobrze. Jego poczucie rytmu było niesamowite. W „When You Were Mine” jest sporo palm-mutowanych power chordów, co wywodzi się z rockowego podejścia do gitary. Ale brzmienie jest przy tym maksymalnie czyste i suche. Wątpię, czy Prince w ogóle używał wzmacniacza przy nagrywaniu tego numeru – brzmi, jakby wpiął się bezpośrednio w konsoletę. Przy takim tonie trzeba grać naprawdę dobrze, żeby to zabrzmiało.
Ja sam nie poszedłem w pełne DI, bo lubię mieć odrobinę „czegoś” w sygnale, czymkolwiek by to nie było. Chyba wpiąłem się w czystego Fendera w stylu Twin/Deluxe, żeby dodać trochę środka.
A jak było z hymnem Def Leppard „Pour Some Sugar On Me” – jakie były największe wyzwania?
To brzmienie na Hysteria jest po prostu gigantyczne. Pamiętam, jak usłyszałem tę płytę po raz pierwszy i dosłownie „stopiło mi twarz”. Produkcja była niesamowita – ten gated reverb na bębnach, brzmienia gitar… Starałem się oddać temu sprawiedliwość. Postanowiliśmy jednak pójść trochę bardziej w stronę syntezatorową, więc pozwoliliśmy sobie na kilka swobodniejszych decyzji. Jeśli chodzi o moje partie, dużym wyzwaniem było dorównać temu, co robili gitarzyści – Phil Collen i Steve Clark.
Niedawno zacząłem też wracać do wczesnych płyt Def Leppard, takich jak High ’N’ Dry, które mocno zainspirowały mnie brzmieniowo. Właśnie przez tę płytę kupiłem JCM800 – dla mnie to album, który definiuje charakter tego wzmacniacza. Ale w przypadku „Pour Some Sugar On Me” słychać, jak dopracowany był każdy detal. Oni naprawdę eksperymentowali. I chyba dlatego to brzmi aż tak monumentalnie.
„Rock With You” Michaela Jacksona musiał być świetną zabawą z punktu widzenia gitary rytmicznej…
Zdecydowanie. To kolejny numer, przy którym nie chcieliśmy za bardzo zmieniać aranżu, bo w oryginale wszystko działało idealnie. Podobnie jak przy „Africa”, największym wyzwaniem było utrzymanie czystych partii rytmicznych w pocket. Ten styl wymaga naprawdę sporo ćwiczeń. Żeby nad tym popracować, puszczałem sobie w domu loop perkusyjny i grałem bez przerwy szesnastki. Chodzi o to, żeby ręka zaczęła naturalnie „huśtać się” w groove’ie – to właśnie ten rodzaj rytmiki jest fundamentem wielu takich utworów, czy to Nile Rodgers z Chic, czy nawet Toto. Wiele z tych numerów opiera się na bardzo podobnym podejściu.
Do tego coveru Michaela Jacksona chciałem uzyskać maksymalnie czyste brzmienie – Fender w czysty wzmacniacz, a prawa ręka pracuje jak szalona. Nile Rodgers to jeden z moich największych bohaterów. Uwielbiam album Random Access Memories Daft Punk, na którym grał. No i stare płyty Chic – genialne, bo ma niezwykle funkowy styl rytmiczny, ale jednocześnie bardziej luźny niż u takich gitarzystów jak Prince, który podchodził do rytmu w bardziej zdyscyplinowany sposób. Szczerze mówiąc, kocham właściwie wszystko, co robi Nile!
Jakich efektów potrzebujesz, żeby ogarnąć tak szerokie spektrum brzmień – i bez których nie mógłbyś się obyć?
Co zabawne, nigdy nie byłem wielkim fanem efektów! Moim ulubionym pedałem jest tak naprawdę Boss SD-1. To świetny mid boost, nawet jeśli wycina trochę basu i niższego środka. Właściwie powiedziałbym, że ta „wada” stała się jego największą zaletą!
Drugim ulubionym jest Boss CE-2W. Uwielbiam go przed czystym wzmacniaczem. Nie mogę używać go przy dużym przesterze, bo wszystko robi się zbyt rozmyte. Ale do czystych brzmień to efekt, bez którego nie mógłbym żyć. Kocham kostki Bossa… w zasadzie mógłbym mieć pedalboard wypełniony wyłącznie nimi. Są przystępne cenowo, świetnie brzmią i dobrze wyglądają. Nic dziwnego, że używają ich wszyscy – od Yngwiego po Nuno.
Jaka jest twoja główna gitara – zgadujemy, że coś wszechstronnego, co ogarnie zarówno funkowe cleany, jak i metalowe krzyki?
Powiedziałbym, że moją „gitarą na bezludną wyspę” jest Suhr Superstrat. Niedawno kupiłem też złotego Strata Made In Japan, którego absolutnie uwielbiam. Jak pewnie widać, mam słabość do złota! Po dłuższym graniu na modelach HSS fajnie jest mieć instrument wyłącznie z singlami. Natomiast mój Suhr to typowy Superstrat – z humbuckerem przy mostku.
Ta konfiguracja to trochę jak fryzura typu mullet w świecie gitar: z przodu biznes, z tyłu impreza – dzięki humbuckerowi. I chyba właśnie dlatego to moja gitara na bezludną wyspę – potrafi wszystko. Kiedy przełączam się na przetwornik mostkowy, mam wrażenie, jakbym zmienił instrument, bo pickupy są tak różne charakterem. To jak dwie gitary w jednej.
Na koniec – jaki był dotąd najtrudniejszy utwór, jaki musiałeś coverować?
„Owner Of A Lonely Heart” Yes był naprawdę wymagający ze względu na wszystkie te dziwne zmiany. Przejście do części bridge jest bardzo nieprzewidywalne. I właśnie to uwielbiam w Yes – nawet kiedy piszą najbardziej przystępny pop, on wciąż jest skomplikowany w dziwny i subtelny sposób. To legendarny zespół, a Steve Howe jest genialnym gitarzystą. No i w tym numerze jest naprawdę epickie solo.
Pamiętam, że trochę się nagłowiłem, próbując rozgryźć efekty harmonizera, których używał. Rozważałem nagranie solówki dwa razy w różnych pozycjach na gryfie, ale to byłoby zbyt trudne. Ostatecznie użyliśmy rackowego Eventide’a ustawionego na efekt doublera, z podniesioną wysokością sygnału wet, żeby brzmiało jak dwie gitary. Niektóre zagrywki nie współpracowały z tym efektem zbyt dobrze, więc musiałem zmienić sposób grania niektórych fraz!
