Koch Marshall Trio

Toby Arrives

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy Koch Marshall Trio
Recenzje
Grzegorz Bryk
2018-12-04
Koch Marshall Trio - Toby Arrives Koch Marshall Trio - Toby Arrives
Nasza ocena:
9 /10

Gdy dzielili scenę, Joe Bonamassa mówił o nim, że jest „najlepszym gitarzystą na świecie”. Steve Vai natomiast rozpływał się nad jego techniką, lekkością gry i umiejętnością łączenia stylów.

Greg Koch, mimo że nie jest jeszcze kojarzony z panteonem gitarowych bogów, potrafił zaimponować tuzom gitarowego rzemiosła, co zdaje się tylko potwierdzać tytuł ambasadora Fendera.

W przypadku Koch Marshall Trio było trochę inaczej, bo to perkusista, a prywatnie syn Grega, Dylan Koch opowiedział ojcu o niesamowitym klawiszowcu z Minneapolis, z którym koniecznie muszą urządzić sobie małe jam session – a będzie okazja, bo Toby Lee Marshall przyjedzie do Milwaukee gdzie rezydują Kochowie. Z początku miało być to piwniczne, przyjacielskie jammowanie, ale Dylan upierał się by wynająć studio, co zresztą Greg na wariackich papierach zorganizował. Przybycie Toby’ego stało się inspiracją do zatytułowania krążka „Toby Arrives”. „Zagrajmy coś w G” – miał zaproponować na rozgrzewkę Greg Koch, gdy cała trójka zainstalowała się w studiu. Dylan Koch zaczął nabijać prosty bluesowy rytm, organy Hammonda (model B3) Toby’ego Marshalla podkreślały puls i od czasu do czasu świdrowały na wyższych rejestrach, a Greg puścił wodzę fantazji improwizując gitarowe motywy. Między muzykami zaiskrzyło od pierwszych dźwięków i tak powstał otwierający krążek, rozbluesowany numer tytułowy. Od tego momentu wiedzieli, że ze zwyczajnego jammowania zrodzi się album.

Cały „Toby Arrives” taki będzie: spontaniczny, improwizowany, grany na setkę i zachwycający lekkością muzyki. Skrzy się od niesamowitych solówek Kocha biegle wykorzystującego przeróżne techniki i co rusz wybuchających Hammondów Toby’ego Marshalla, tak jak w funkowym „Funk Meat”, gdzie obaj muzycy z dziecinną łatwością serwują rześkie gitarowo-organowe plątaniny. Trochę mocniejszy, ale nadal funkowy groove wejdzie przy okazji „Heed the Boogaloo”, nad którym unosi się duch szaleństw Alberta Collinsa, niejako ciągnąc stylistykę poprzedniego utworu. Na bluesowe ścieżki płyta wróci przy okazji „Let's Get Sinister”, standardowego knajpianego bluesa z zawodzącymi, wręcz krzykliwymi partiami gitary Kocha.

Dla fanów „kosmicznych”, mocno progresywnych brzmień rodem z Satrianiego wymieszanego z Jeffem Beckiem znajdzie się dziesięciominutowy „Mysterioso”, zachwycający przede wszystkim organowym tłem, niesamowicie budującym klimat i przestrzeń w utworze. „Enter The Rats” i “Boogie Yourself Drade” to archetypiczne, korzenne blues rockowe kompozycje z wątkami rock’n’rollowymi w stylu rozhulanych rockabilly Alberta Lee, gdzie po raz kolejny w serwowaniu coraz zmyślniejszych figur prześcigają się Koch i Marshall, ich instrumenty urządzają sobie angażującą pogawędkę, drugi z kawałków to zresztą jazda bez trzymanki z mocnym, rockowym finałem. Całość zwieńczy bodaj najlepszy fragment płyty „Sin Repent Repeat”, gdzie kolektyw jest najstabilniejszy – tu gitarowy lejtmotyw jest najbardziej pamiętliwy, dodatkowo podkręcają go fantastyczne organowe tła przywodzące na myśl stylistykę progresywnego rocka końca lat 60’ i solidna praca perkusji. Wydaje się zresztą, że „Sin Repent Repeat” był najmniej improwizowanym kawałkiem ze wszystkich i na pewno dogrywano drugą, akustyczną gitarę.

Nie traktowałbym albumu świty Grega Kocha w kategoriach studyjnych, gdzie na etapie produkcji pozbyto się wszelkich brzmieniowych niedoskonałości, tych muzycznych lapsusów oraz wpadek technicznych, bo i rzeczywiście Kochowi podczas zwariowanego hasania po gryfie czasem palec się omsknie, albo zawędruje w dźwięki, które nie do końca w danym miejscu pasują. Na tym krążku to nawet nie błędy, a raczej budujące bezpretensjonalny klimat smaczki, które z uśmiechem można wyłapywać przy głębszym wsłuchaniu. Nieprzypadkowo „Toby Arrives” przyćmił wydany kilka miesięcy wcześniej solowy album Kocha „Unrepentant”. Debiut Koch Marshall Trio to przede wszystkim niepodrabialna radość jammowania, rozimprowizowana jazda po blues-rockowych rewirach i podchodziłbym do niego właśnie jak do zapisu niezwykle udanego jam session. W takim kontekście krążka słucha się znakomicie!