Kobong

Kobong

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Kobong
Recenzje
Grzegorz Bryk
2018-10-23
Kobong - Kobong Kobong - Kobong
Nasza ocena:
8 /10

Po wielu latach nieobecności i windowania cen na aukcjach internetowych, kultowy debiut grupy Kobong wraca na sklepowe półki.

Owiany swoistą legendą, uważany jest dziś za krążek, który wyprzedził epokę, stając się zarazem prekursorem djentu - nie tylko w Polsce, a w ogóle. Swego czasu porównywany do "Destroy Erase Improve" (1995), drugiego albumu Meshuggah, uznawanego zresztą za jeden z najbardziej wpływowych albumów metalowych lat 90, który zarazem zdefiniował styl szwedzkiego potwora. Tyle że "Kobong" został wydany trzy miesiące wcześniej. Do dziś Kobong zestawiany jest z Meshuggah i chyba już nigdy tej łatki od siebie nie odklei, a można przecież częściej przy okazji płyty wspominać o Primus czy Voivod. Da się wyczuć tu również połamaną rytmiczną ekstremę i techniczne gitarzenie mathcore, a pamiętajmy, że mówimy o czasach sprzed The Dillinger Escape Plan czy mathcore'owego Converge. Często mówi się też, że gdyby "Kobong" powstał poza granicami Polski, która w tamtym czasie go nie zrozumiała mimo entuzjastycznych recenzji krytyków, przykładowo u naszych zachodnich sąsiadów, to warszawska ekipa mogłaby osiągnąć absolutne światowe wyżyny. Tymczasem po czterech latach istnienia i dwóch studyjnych albumach Kobong się rozpadł, a debiutancka płyta totalnie zniknęła z obiegu.

Kiedy dziś, czyli ponad dwadzieścia lat od premiery, słucha się tych walcowatych riffów Maćka Miechowicza i nieżyjącego już Roberta Sadowskiego, połamanych rytmik Wojciecha Szymańskiego, który do potężnych uderzeń wplótł wyraźnie zarysowane wpływy grania jazzowego; soczystego, niskiego basu i rozwścieczonych wrzasków Bogdana Kondrackiego, to aż ciężko uwierzyć, że minęło już tyle lat. I oczywiście jeśli chodzi o brzmienie, to swoje zrobił współczesny mastering Adama Toczko, nie umniejszając oczywiście produkcji topowego ówcześnie Leszka Kamińskiego. Sama estetyka nie zestarzała się ani o jotę.

Pewnie można machnąć ręką i zbagatelizować sprawę twierdzeniem, że "Kobong" to przecież łupanina na jedno kopyto. Może po pierwszym przesłuchaniu i bez szukania smaków w dźwięku. Gdy się patrzy z bliska można w Kobong dostrzec wspominaną już sekcję rytmiczną, która bez wątpienia zachwyca; są też złożone, wielopoziomowe kompozycje, ale jest też zabawa dźwiękiem przenosząca zespół na grunt eksperymentalny. Pomieszanie reagee i ekstremy w "Rege" jest obłędne. Rozjuszone "Dzwony", eksperymentalne "Po pas" i połamane "Trzcinki" to przecież kawał mocarnego, niebanalnego technicznie metalu.

Do reedycji "Kobong" dodaną drugą płytę. Jest to zapis koncertu, który przez długie lata śmigał w drugim obiegu na kasecie magnetofonowej. Oczywiście nieoszlifowany, bez żadnej obróbki, zarejestrowany w 1994 roku w warszawskim klubie Remont na szesnastośladowym magnetofonie Tascam MSR 16 przez Gold Rock Studio należące do zmarłego niedawno Roberta Brylewskiego. I tu po raz kolejny fantastyczna robota Adama Toczko, który z podstarzałych taśm wyciągną kawał fenomenalnego brzmienia, tworząc zarazem kolejny ważny dokument polskiej historii ciężkiego grania. Dodatkowo mamy tu niepublikowane wcześniej utwory „Mantra” i „Chmura”. W spisie utworów figurują jeszcze tytuły „Nawet jeśli” i „Walec”, ale są to w istocie numery na albumie studyjnym zatytułowane kolejno „Trzcinki” i „Zanim”.

Wznowienie "Kobong" jest więc lekturą obowiązkową dla wszystkich interesujących się historią i najważniejszymi osiągnięciami polskiego rocka, ale również fanów wysokiej próby metalu.