Robert Plant

Carry Fire

Gatunek: Folk

Pozostałe recenzje wykonawcy Robert Plant
Recenzje
Grzegorz Bryk
2017-12-01
Nasza ocena:
8 /10

Robert Plant nie jest jak wakacyjna przygoda. Ot, było i tylko wspomnienia zostały. Nie jest też jak wino, że niby z wiekiem coraz lepszy.

Ex wokalista Led Zeppelin jest nieprzerwanie doskonały. Jak sztuka, której nie ima się czas. Bo nawet jeśli Plant miał jakieś wpadki na przestrzeni tych wszystkich lat, a przecież takie miewał, to w dyskografii przeważają jednak ponadczasowe cudeńka. Inteligencja Roberta Planta zdaje się polegać na tym, że jest on w pełni świadomy tego, co dzieje się z jego wokalem. Że nie potrafi już tyle co kiedyś, że skala nie ta, że nie ma już rock’n’rollowej siły w głosie, a jednocześnie robi z niego swój największy atut. Te wokalne niedostatki sprawiają, że jego muzyka ewoluuje, dostosowując się do tego co jeszcze mogą struny głosowe. Plant nie próbuje walczyć ze swoim wiekiem zabawiając się w młodzieniaszka, nie zakłamuje rzeczywistości twierdzeniem, że gwiazdy rock'n'rolla są nieśmiertelne. W przypadku "Carry Fire" jest podobnie, bo to naturalna kontynuacja poprzedniej, doskonałej płyty "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014).

W gruncie rzeczy to bardzo podobne płyty, tyle że "Carry Fire" jest jeszcze spokojniejsza, sączy się z głośników znacznie wolniej, w pewnym sensie jest nawet apatyczna. Na "Lullaby" zdarzały się przecież mocniejsze brzmienia, gdzieś tam rockowo zacharczała gitara, tu nie ma tego wcale - bodaj jedynie w "Bones of Saints" podgrywa blues-rockowa gitara. Oszczędne wątki elektroniczne i trip-hopowe z "Lullaby" tu są jeszcze bardziej zmarginalizowane - pojawiają się w drugiej części "Carry Fire", w świetnym "Keep It Hid" i "Bluebirds Over the Mountain", ale to wszystko ekscesy, wątki czysto gościnne, bez wyraźnego wpływu na materiał jako całość. Ten bowiem jest zatopiony w folku, oriencie i world music. Trzeba dodać, że Plant tak jak w przypadku poprzedniczki, zaangażował grupę The Sensational Space Shifters.

Bardzo nisko, trochę plemiennie i etnicznie gra perkusja, sporo tu zresztą przeróżnych perkusjonaliów od afrykańskiego bendir, przez tamburyny, na djembe kończąc. Te niskie tony i powolne tempo kompozycji pozwalają Plantowi nie nadwyrężać gardła, można nawet powiedzieć, że większa część tekstów jest wyszeptana. Pojawiają się skrzypce i wiolonczela. Natomiast wśród gitar, prócz standardowych podpinanych pod prąd bądź akustycznych sześciostrunówek mamy arabską oud, gitarę hawajską, rezofoniczną i dwunastostrunową. Dzięki temu jest tu dużo grania akustycznego z odniesieniami do stylistyk orientalnych.

To zresztą dla Planta przecież nic nowego, już za czasów Led Zeppelin lubił wycieczki w stronę Bliskiego Wschodu. Tu są one jednak dużo spokojniejsze, Robert nie szarżuje z wokalami - krzyknąć zdarza mu się bodaj tylko raz, w "Dance With You Tonight". W pozostałych numerach prowadzi wokal bardzo bezpiecznie, na swój sposób hipnotycznie, oszczędnie ale w żadnym razie nie że bez pomysłu, bo dobrych linii wokalnych jest tu całkiem sporo, podobnie jak dość charakterystycznych Plantowych wokaliz. Wystarczy posłuchać "Carvin Up the World Again..." czy sielankowego "Season's Song". Znalazł się też niezwykle czarujący "A Way With Words" na pianino - taki odpowiednik "A Stolen Kiss" z poprzedniej płyty.

"Carry Fire" to 50 minut fantastycznej, fascynującej i inteligentnej muzyki od wielkiego artysty jakim nieprzerwanie jest Robert Plant. Nawet jeśli nie potrafi już wokalnie porwać tak jak kiedyś, to znalazł dla siebie inny środek wyrazu i estetykę, z której wycisnął ostatnie soki. To ważne, że Plant nie siłuje się na rękę z własną legendą. Wielu przed nim próbowało i stali się po prostu śmieszni. Nowa muzyka Planta nie jest śmieszna. Jest czarująca, klimatyczna i naznaczona piętnem artysty, który ją stworzył. To dowód geniuszu Planta i jego doskonałego muzycznego smaku. Nie jest to album lepszy od kapitalnego "Lullaby", ale to wciąż krążek wart każdych pieniędzy i każdej sekundy z nim spędzonej.