Wywiady
Jack Gardiner

Od funk fusion, przez synth pop, gospel i piosenki dla dzieci – nie ma wielu rzeczy, których Jack Gardiner nie potrafi na gitarze. Oto jak do tego doszedł.

2026-01-12

Jeśli w ostatnich latach śledziliście kanały Neural DSP, prawdopodobnie natknęliście się na nazwisko Jack Gardiner. Ten angielski endorser Ibaneza, mieszkający na co dzień w Szwajcarii, wyrósł na jedną z wschodzących gwiazd nowoczesnego fusion – łącząc wpływy Guthriego Govana, Ricka Grahama i Toma Quayle’a we własny, niepowtarzalny styl.

Jak się okazuje, będąc nastolatkiem był uczniem tego ostatniego, a to właśnie wskazówki Quayle’a pomogły mu odnaleźć się na gryfie i ukształtować jako gitarzystę, którym jest dziś. Nie każdy – jak słusznie zauważa Gardiner – ma takie wsparcie na wczesnym etapie rozwoju. Z drugiej strony, pomoc może zaprowadzić tylko do pewnego momentu. Historia wielokrotnie pokazała, że każdy muzyk jest ostatecznie wypadkową ilości czasu i potu, jakie poświęcił swojej sztuce. W przypadku Gardinera ta konsekwencja – od kontroli i teorii, przez technikę, po frazowanie obejmujące praktycznie każdy styl – jest krystalicznie oczywista od pierwszego dźwięku.

Jak to było studiować z mistrzem legata, Tomem Quayle’em, tak wcześnie?

Miałem z nim jakieś osiem albo dziewięć lekcji. Gdy miałem około 16 lat, zapraszał mnie, żebym wpadł i posiedział z nim oraz Rickiem Grahamem. Zobaczenie ich obu grających na żywo było dla mnie totalnym otwarciem oczu. Siedziałem tam i myślałem: „O Boże, oni naprawdę potrafią robić takie rzeczy”. Dopiero później dotarło do mnie, jakim miałem szczęście, że uczyli mnie tacy muzycy. Jeśli chodzi o mój styl, to ludzie tacy jak Tom i Rick, a także Guthrie, to mistrzowie. Jakby pochodzili z zupełnie innej planety.

Jakie wskazówki dałbyś rockowym gitarzystom, którzy chcą wejść w fusion?

Zdecydowanie warto słuchać Matteo Mancuso albo kogokolwiek, kto wypełnia przestrzenie dużą ilością chromatyki. Możesz na przykład wziąć arpeggio Fmaj7 w okolicach ósmego progu i dodać pomiędzy dźwięki kolejne nuty – czyli zagrać coś w rodzaju ósmego, dziesiątego, jedenastego i dwunastego progu na strunie A, dziesiąty próg na D, a potem dziewiąty i dwunasty na G. Następnie wrócić do dziewiątego i za drugim razem zagrać każdą nutę aż do dwunastego progu. Często robię dokładnie to samo na kolejnych strunach, oktawę wyżej, ale zmieniam strukturę tych „obudowań” dźwięków. Tę koncepcję można zastosować do każdego arpeggia. Robię to także w przebiegach pentatonicznych. Guthrie i Richie Kotzen często korzystają z takich pomysłów. Pomiędzy dźwiękami można przemycić absolutnie wszystko.

Jak daleko sięga twoje wykształcenie teoretyczne?

Ten cały „outside”, w stylu Allana Holdswortha, wciąż mnie przeraża. Tacy muzycy myślą zupełnie inaczej. Kiedy ludzie zaczynają mówić o modusach o ograniczonej transpozycji Messiaena, mój mózg się wyłącza. Nawet z molową melodyczną staram się maksymalnie upraszczać sprawę. Pamiętam, jak przepisywałem zagrywkę Wayne’a Krantza z „Whippersnapper” i dopiero po chwili zorientowałem się, że to skala całotonowa – czyli dokładnie to, czego unikałem. Większość moich linii wywodzi się z gry melodyjnych gitarzystów fusion, takich jak Frank Gambale.


Kiedy przeprowadziłem się do Szwajcarii, zacząłem korzystać z Neural DSP i współpracować z nimi przy wideo – mówi Jack Gardiner.

Zazwyczaj grasz na customowym Ibanezie AZ podpiętym do Neural DSP Quad Cortex. Czy można powiedzieć, że twoje brzmienia są „sprężyste”?

Zdecydowanie! Zaczynałem na kiepskiej kopii Les Paula. Moją pierwszą porządną gitarą był Ibanez JEM555. Uwielbiałem go do shredu, ale brakowało mu stratowego charakteru. Modele AZ są świetne – to Superstraty z 22 progami. Co dziwne, nie potrafię grać na 22 progach. To jakaś kwestia symetrii, która kompletnie miesza mi w głowie, więc potrzebuję 24. Błagałem Ibaneza, żeby zrobił mi 24-progowego AZ w układzie HSS, ale okazało się, że potrzeba trochę innego kształtu, żeby przystawka przy gryfie znalazła się wystarczająco blisko 24. progu. Ostatecznie im się udało.

Kiedy zrozumiałeś, że pora przejść z analogu na cyfrowe rozwiązania?

Byłem kiedyś gościem od lampowych wzmacniaczy. Przez pewien czas miałem Friedmana BE-100 – mój wymarzony piec – choć głównie używałem go do popowych koncertów w stylu lat osiemdziesiątych z China Crisis. Kiedy przeprowadziłem się do Szwajcarii, zacząłem korzystać z Neural DSP i współpracować z nimi przy wideo. Męczyło mnie to, że na żywo nie mam tych samych brzmień, aż w końcu pojawił się Quad Cortex. Nagle mogłem mieć skompresowany, funkowy sound Fendera, dzwonek Voxa albo nawet BE-100. Podróżowanie stało się banalnie proste, więc od teraz jestem w pełni cyfrowy. Pracuję nad kolejnymi rzeczami z Neural, a także nad nowym materiałem solowym.

Twoja praca sesyjna obejmuje wszystko – od muzyki gospel po granie z China Crisis. Czego nauczyły cię te doświadczenia?

Największe koncerty grałem właśnie z China Crisis. Był jeden festiwal z A-ha i Sealem, przed 40 tysiącami ludzi. Wcześniej zajmowałem się sesjami dla topowych muzyków gospelowych. Tom Quayle zauważył, że to właśnie wtedy moja gra zaczęła się naprawdę rozwijać, bo wrzucali do utworów – na przykład do „Valerie” Amy Winehouse – kompletnie szalone zmiany harmoniczne, nie tłumacząc, co się właściwie dzieje. Siedziałem tam jako 19-latek, totalnie niewinny, nigdy wcześniej nie słysząc takich akordów. Nagrywałem notatki w telefonie i rozkminiałem wszystko dopiero później. Wtedy zrozumiałem, jak to się łączy z tym, co robi Eric Gales – z używaniem reharmonizacji, które są jednocześnie smakowite i pełne duszy.

Gitarzyści fusion bywają bardzo poważni, a my widzieliśmy, jak przerabiasz utwory typu „The Wheels on the Bus” czy „Baby Shark” na zreharmonizowane jazzowe odyseje.

To wszystko bierze się od szwedzkiego zespołu Dirty Loops. Kiedy powstali, postanowili bawić się coverowaniem takich piosenek jak „Baby” Justina Biebera – właśnie dlatego, że gitarzyści fusion potrafią być śmiertelnie poważni. Kiedy moja córka zakochała się w dziecięcych piosenkach, próbowałem pokazać jej, jak grać je na klawiszach, ale szybko straciła zainteresowanie. Kilka godzin później to ja nadal je grałem, bawiąc się lepiej, niż mógłbym przypuszczać. Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłem, że będę rozmawiać z magazynem gitarowym o „The Wheels on the Bus” i „Baby Shark”.

FOTO: Alison Dyer