Wywiady
Piotr Luczyk (KAT)

Jeden z dwóch głównych sprawców powołania do życia zespołu KAT na przełomie 1979 i 1980 roku, który na lata wytyczył kierunki rozwoju metalu w naszym kraju. Z Piotrem Luczykiem spotykamy się z okazji wydania nowej płyty, która – jak sami słyszycie – kopie tyłki i nie bierze jeńców…

Michał Kubicki
2019-11-26

Michał Kubicki: Gratuluję spektakularnego powrotu! Album, „Without Looking Back” jest znakomity, słucha się go z wielką przyjemnością.

Piotr Luczyk: Dziękuję w imieniu swoim i zespołu. Cieszę się, że płyta się podoba. „Without Looking Back” cieszy się pozytywnymi recenzjami, na świecie i w Polsce, więc warto było zaryzykować i powrócić do korzeni. Co by nie powiedzieć, dla naszych fanów to był szok. Ale KAT zawsze szokował. Raz jednych, a innym razem drugich. I tak już pozostanie.

Od „Mind Cannibals” minęło prawie 15 lat. Co spowodowało, że kazałeś nam czekać tak długo na kolejne, studyjne wydawnictwo?

W 2005 wydaliśmy „Mind Cannibals” i wyjechaliśmy na zagraniczne trasy. Najpierw jedna z Six Feet Under, a później druga, z Helloween. Zobaczyłem jak naprawdę wygląda biznes muzyczny na Zachodzie. Po przyjeździe do Polski zrezygnowałem z koncertów i przez 10 lat w ogóle nie zajmowałem się muzyką.

Przełom nastąpił za sprawą mego przyjaciela, Radka, który tak naprawdę mnie obudził i dzięki niemu zrealizowałem mój stary pomysł, czyli Cover Festival. Postanowiłem grać tylko to, co sprawia mi przyjemność. Z dystansem do polskiego piekiełka i udowadniania, że ja założyłem „Metallikę”. No i się powiodło. Zaprosiłem Mariusza Prętkiewicza (dr KAT), Piotra Brzychcego (Kruk), Maćka Lipinę (Ścigany), Ryśka Sygitowicza (ex Perfect), Stefana Machela (TSA) oraz Adama Harrisa Jasińskiego. Do tego 4 Szmery, AC/DC UK (UK), Deeply Purple (UK) oraz zespoły z Czech i Niemiec. Okazało się, że jest to bardzo dobry sposób na poznanie nowych przyjaciół i zagranie ukochanych utworów.

Drugą siłą popychającą mnie do działania był Harris. To on słyszał pierwsze wersje „Acoustic 8 Filmów” i dograł do nich bas. I to on później zmusił mnie do skomponowania „Without Looking Back”. Zresztą z Harrisem jest jeszcze ciekawsza anegdota. Adam mi przypomniał, że kiedyś, przed laty, spotkaliśmy się w centrum Katowic, kiedy szedłem na próbę do Spodka, a graliśmy koncerty z Metalliką. On wtedy przyjechał na koncert. Podszedł do mnie i, w trakcie naszej rozmowy powiedział, że kiedyś będzie grał w Kacie. Odpowiedziałem, że czas pokaże, nie za bardzo wierząc w te marzenia, a tu po latach okazuje się, że jeśli ktoś jest zdeterminowany i ma talent, to marzenia się spełniają. Po nagraniu „Acoustic 8 Filmów” zaprosiłem Adama Harrisa do KATa.

Mam nieodparte wrażenie, że ten album jest swego rodzaju powrotem do twoich inspiracji i korzeni KATa. Słyszę i Deep Purple, i Schenkera, ale także riffy, mocno przypominające czasy „Ostatniego Taboru”, czy „Diabelskiego Domu cz.I”. Są też dynamiczne, ciężkie brzmienia, jakie serwowaliście na „Różach…”. Czy miałeś w planie stworzyć swego rodzaju klamrę tych prawie 40 lat muzycznej historii?

Album „Without Looking Back”, to spacer po drodze, którą przeszedłem, zaczynając od słuchania Deep Purple i Black Sabbath a kończąc na własnym spojrzeniu na szeroko pojętą muzykę. Przez lata miałem różne fascynacje, ale zawsze grałem muzykę osadzoną w nurcie Heavy / Thrash. Wprawdzie zaczynałem ucząc się klasyki, ale to już zupełnie inna historia. Dla niektórych oponentów „Without Looking Back”, to niezrozumiałe, że w zespole metalowym można używać struny A, a nawet grać utwór w tonacji A dur. No ale cóż, dożyliśmy takich czasów, że „prawdziwy polski fan KATa” słyszy tylko dźwięk E i może F, a najlepiej przestroić się do D. Muszę jednak odkryć wielką tajemnicę – KAT już na „Metal and Hell”, podobnie, jak gwiazdy formatu Metalliki, czy Black Sabbath grały i grają w A dur. Idąc dalej muszę objawić następną prawdę, która dla niektórych też jest kompletną „herezją”: mądrzy muzycy grają również covery. I ci najbardziej straszni ze strasznych i ci ze Slipknota też. To taki mały wątek edukacyjny, na marginesie.

Wracając do naszego tematu, w wielu momentach na starych płytach KATa efekt ostateczny nie był tym, do czego dążyłem. Coś trzeba było zmienić. Więc świadomie powróciłem do muzyki, którą grałem na początku, ale z całym bagażem wieloletniego doświadczenia. Nie spieszyłem się, bo i po co. Tak naprawdę w muzyce wszystko już zostało zagrane i nagrane. Trendy są wytyczone, a gatunki znane. Każdy średnio utalentowany gitarzysta może nagrać płytę podobną do płyt innych gwiazd. Tylko po co? Nie warto przejść do historii, jako ten który naśladuje ixińskiego. Z perspektywy czasu liczą się oryginalne kompozycje. To one pozostają i mają trwałą wartość. Dlatego nagrałem płytę Hard / Heavy, bo w tej muzyce wyrastałem i ta stylistyka jest dla mnie naturalna, natomiast bardziej skupiłem się na kompozycjach, a nie na odgrywaniu po kolei, riffów, dodając zhumanizowane bębny z maszyny. Myślę, że nasz powrót do korzeni był ryzykowny ale i odważny. KAT nigdy nie grał pod publiczkę i dalej tak pozostaje.

W trakcie komponowania dostrzegałem, że kolejne utwory są dość zróżnicowane. Można powiedzieć, że to przekrój muzyki, którą nagrałem pod nazwą KAT przez te wszystkie lata. Ktoś mógłby zauważyć, że powinienem być zadowolony z dyskografii KATa, ale ja czułem ciągły niedosyt. Na „Without Looking Back” musiałem wrócić do początków, żeby nie mieć kiedyś do siebie pretensji, że mając okazję, nie naprawiłem swoich błędów. Dlatego ta płyta jest poniekąd nowym otwarciem.

Bardzo dużą wagę przykładaliście do produkcji. Album brzmi rasowo, miks jest bardzo dobry, wszyscy są słyszalni, a uderzenia riffów, jak np. w „Medieval Fire”, robią piorunujące wrażenie. Jaki cel, brzmieniowo, chciałeś uzyskać, jak wpisali się w to koledzy i jaki mieli wpływ na ostateczny kształt aranżacji?

Dla mnie produkcja zaczyna się na etapie kompozycji. Po latach słuchania muzyki potwierdziłem moje spostrzeżenia, że wszystkie wielkie utwory opierają się na całkowitej współpracy linii wokalnej z warstwą instrumentalną. To słychać w Queen, Black Sabbath, AC/DC, u Gary Moore’a, czy w Slayer. Każdy z wymienionych artystów ma swój własny styl, ale zasada kompozycji jest ta sama. Wszędzie wokalista jest kwintesencją kompozycji, a nie wyrwanym z kontekstu dziwadłem. Dlatego w „Medieval Fire”, tak jak mówisz, uderzenie riffów robi piorunujące wrażenie. Ponieważ wokal rozumie, co zagrały gitary i sekcja, więc wszystko jest połączone.

Dalej pojawia się brzmienie instrumentów. W metalu, czy ogólniej, w rocku, brzmienia są już zdefiniowane. Można jednak poeksperymentować. Na „Without Looking Back” powróciłem do gitary, kabla i wzmacniacza. Nie użyłem żadnych procesorów i efektów typu Distortion czy Overdrive. Chciałem uzyskać sound jak najbardziej naturalny i taki, który będzie pasował do charakteru kompozycji. Kiedy słucham starych płyt, gitary są niedopracowane, bębny kartonowe, czasami brzęczące, ale muzyki jest tyle, że niczego nie brakuje. Żaden procesor, czy maximizer nigdy nie zastąpi kompozycji. Wg mnie, „przebajerowane” brzmienia, po czasie, śmierdzą plastikiem i przestają być miłe dla ucha. No i nie pasują do Heavy. Brzmienie z „Without Looking Back”, to właśnie to, o co mi chodziło. Jest oldschool, ale pomieszany z nowocześniejszymi elementami kompozycji. Gitary w głosach poszerzają harmonię, a wysunięta perkusja podkreśla riffy. Bas trzyma dół, ale nie wychodzi na pierwszy plan. Góruje wokal, który może być bardzo głośno lecz nie drażni.

Co do muzyków grających na płycie powiem tak: kompozycje napisałem sam, z liniami wokalnymi włącznie. Natomiast w trakcie pracy na próbach połączyliśmy charaktery i styl gry każdego z nas w jedną całość. Chciałem, żeby linia basu, czy perkusji była składową stylu, który prezentuje Harris, czy Mariusz. Oczywiście, dostosowując to do utworu. Z wokalem było podobnie. Miałem zrobione linie wokalne, ale charakter, dynamikę, dzikość i życie włożył Qbek. Więc każdy członek zespołu może powiedzieć, że zagrał to, co wewnętrznie czuł. Każdego utworu można posłuchać przez pryzmat pojedynczego instrumentu. Nie dość, że wtedy utwór ma inne oblicze, to jest to ciekawe doświadczenie muzyczne.

Następna kwestia to miks. W związku z tym, że wiedziałem, co i w jaki sposób chcę nagrać, pilnowałem procesu recordingu. Od sekcji, po Hammonda. Gitary i wokal nagrałem sam. No i sam zrobiłem jeszcze mix. Tak przygotowany materiał wysłałem do Tomka „Zeda” Zalewskiego i zajęliśmy się ostateczną produkcją. Z racji tego, że to dość nietypowa, w obecnych realiach, płyta, to zajęło nam to trochę czasu, ale udało się, jak widać, wybornie. Tomek włożył dużo serca i pokory w tę płytę. Muszę mu podziękować, że do końca mi zaufał. Wszak Tomek zawsze robi bardziej ekstremalne produkcje. Na końcu master wykonał Jarek Toifl. Zrobiliśmy, w sumie, chyba 15 masterów i na końcu powróciliśmy do samego początku, ale użyliśmy do tego sprzętu API. I tak już pozostało. Wysłałem następnie ten materiał do USA do sprawdzenia. Dostałem odpowiedź, że nie ma co poprawiać.

Mówiąc o zatoczonym kole historii i spinającej klamrze nie sposób nie zapytać o rolę Roberta Millorda, który pisał lub współtworzył teksty na ten album. Skąd wzięła się idea powrotu Roberta, jako tekściarza? Jeśli dobrze pamiętam, to mój ulubiony „Ostatni Tabor” i „Noce Szatana” wyszły spod jego pióra?

Właśnie o to chodziło. Nie wszystkim wiadomo, a szczególnie młodym ortodoksom, że to Robert Millord stworzył tożsamość zespołu KAT. To teksty do „Ostatniego Taboru” i „Nocy szatana” autorstwa Roberta Millorda były swego rodzaju rewolucją w polskim metalu. Następne teksty KATa były już tylko kontynuacją linii, którą Robert zapoczątkował w 1984 roku. Robert zawsze był wybitnym i bardzo inteligentnym autorem. Nie potrzebował wymyślać słów, czy posługiwać się słownikiem wyrazów obcych. Co ważne, Robert posiada rzadką umiejętność dopasowania tekstu do linii melodycznej. To bardzo ważna rzecz dla ostatecznego odbioru utworu. Jeśli tekst tworzy całość z linią melodyczną, to jego odbiór jest podświadomy i zostaje zapamiętany. W innym wypadku słyszymy w różnych utworach jakieś ryki, pogwizdy, bezsensowne „Aaaaooooouuuu aaauuuuuueeeee|”, albo pitolenie na grzebieniu. Robert po prostu jest muzykiem i rozumie, o co kompozytorowi chodzi, gdyż sam gra na keyboardzie i gitarze, i również jest kompozytorem. Praca z Robertem, to sama przyjemność. Przy pracy z tekstami ani razu nie usłyszałem, że czegoś się nie da, czy że to czy tamto już tak musi zostać. Zawsze doszliśmy do finału, którego celem nadrzędnym było dobro utworu. Co ciekawe, Robert również nagrał industrialny keyboard w utworze „More”. Bez żadnych sugestii z mej strony, przysłał mi ślady, które idealnie pasowały do utworu. Tak się bardzo fajnie pracuje.

Odnośnie tekstów, nie mogę nie powiedzieć że mamy jeszcze jednego autora na płycie. Utwór „Flying Fire” jest prawie cały napisany przez Qbka. Panowie razem się dogadali i jest tak, jak trzeba. Nie wiem, czy to był debiut autorski Qbka, ale wszystkim nam się warstwa tekstowa podoba. Wracając do Twego pytania – masz rację, że zatoczyłem koło i spiąłem to klamrą. Tak chciałem i długo na to czekałem, ale warto było.

 

Po raz pierwszy, na tym albumie, pojawił się Qbek Weigel, wasz nowy wokalista. Doskonale się wpisał w kontekst. Jak się poznaliście?

Qbek jest nowym wokalistą KATa, natomiast nie jest anonimowym muzykiem w Polsce, czy tym bardziej dla mnie. Qbka polecił mi Maciek Lipina ( który zaśpiewał na albumie KATa – „Acoustic 8 Filmów”). Szukałem kogoś kto, zaśpiewa AC/DC na festiwalu Cover Festival, który organizuję od kilku lat. Maciek dał mi namiary i powiedział, że nie zna nikogo lepszego do kawałków AC/DC. Później się okazało, że nie dość, że Maciek miał rację z AC/DC, to Qbek znakomicie śpiewa także utwory Judas Priest, Metallikę, Thin Lizzy, Ozzyego lub Godsmack. Zaczęliśmy więc współpracować przy Cover Festivalu. Po czasie, kiedy Qbek poznał już dobrze smak Whisky w naszym miejscu prób, a ja miałem już pierwsze utwory do „Without Looking Back”, postanowiliśmy spróbować coś zaśpiewać do nowego albumu. Tak próbowaliśmy, że efekt możesz usłyszeć na naszej płycie. Obecnie mam to szczęście, że otoczyłem się rodziną, przyjaciółmi, zawodowcami i mądrymi ludźmi. Jak widać, to jest moja recepta na dobrą płytę.

Naszych czytelników z pewnością ciekawi rig, którego używałeś do nagrań. Z jakiego sprzętu korzystałeś? (podaj jak najwięcej szczegółów, na to czekają czytelnicy, gitary, wzmaki, kolumny, efekty, procesory).

Używałem różnego sprzętu, ale teraz żeby powrócić do korzeni, znowu gram na Marshallu. Teraz jest to JVM 410, 100 Wat. Mam jeszcze Mesę Dual Rectifier, ale jej nie używam. Kolumny, to Dawid Laboga, których mam kilka. Głośniki Celestion Vintage 30. Niektóre sola nagrałem na JVM 205C, 50W. Używam też kompresora DBX 166A, oraz, do czystych brzmień, T.C. Electronic G – Major. Przełączam kanały w Marshallu oraz w G – Major poprzez GCX Audio Switcher i Ground Control Pro. Kable od Davida Labogi.

Gitary, to Kamecki – Luczyfer V2. Paweł Kamecki zrobił mój model V-ki. W porównaniu z oryginalnym Gibsonem (który też posiadam) w Luczyferze V2 jest inny gryf, bardziej płaski, zbliżony do ESP. Ma 24 progi i mostek Kameckiego, który ma większy sustain. Pickupy, to wszędzie i zawsze EMG 81 i 85. Płytę nagrywałem jeszcze na moim ESP. Jest to gitara wykonana na wystawę. Ma około 30 lat. Bardziej hardrockowe utwory nagrywałem na Gibsonie Les Paul Standard. Tam są oryginalne pickupy Gibsona. Używam jeszcze Wah-Wah Cry Baby, który sam przerobiłem. Dodałem mały switch, kiedy nacisnę nogą pedał, od razu uruchamia Wah-Wah, a jak puszczę, to dodana sprężyna podnosi cały pedał i odcina efekt. Bardzo praktyczna zmiana i daje dużo swobody. To właściwie wszystko, czego użyłem do nagrania „Without Looking Back”. W utworze „Let there be Fire” zagrałem jeszcze na gitarach akustycznych Martin D-28 i dwóch innych, o wiele droższych. Ale z nich wszystkich, Martin D-28 zabrzmiał najlepiej, a ogólnie słychać dźwięk zmiksowanych trzech Martinów. Struny to D’Addario XL 9-46, a kiedy obniżałem strój do D, używałem 10-tek.

A jak wygląda Twój zestaw do grania live?

Na scenie gram dokładnie tak samo, jak przy nagraniu. Nic nie zmieniam. Używam jedynie większej ilości gitar. Posiadam jeszcze takie gitary, jak Fender Stratocaster, PRS, Gibson Flying V, która była własnością Rudolfa Schenkera, a także ESP, Gibson Les Paul Standard, Gibson Explorer, Jackson, Charvel i Ibanez. Ostatnio, na Cover Festivalu, graliśmy utwór Queen. Kupiłem więc, specjalnie na okoliczność tego koncertu, gitarę Brian May Guitar Special. Myślałem, że to będzie jednorazowa zabawa, a tu okazuje się, że to jest znakomite, cholernie wygodne wiosło, z unikalnymi brzmieniami.Więc ją sobie zostawiłem. Na koncertach, do metalu, używam Kameckiego i ESP. Na Cover Festivalu, oprócz Kameckiego, używam pozostałych gitar, w zależności od gatunku utworu, który gramy. Dla przykładu, W „Smoke on the Water” trzeba zagrać na Stracie, a w Immigrant Song na Gibolu i tego nikt nie zmieni.

Pytanie może mało muzyczne, ale widzę, z mediów społecznościowych, że dzielisz czas między Polskę i Wielką Brytanię. Czy są jakieś artystyczne, czy też prywatne powody i jak to wpływa na próby z zespołem?

To prawda. Ostatnio często przebywam w UK, ze względu na sprawy rodzinne. Przebywając w Anglii poznałem wielu muzyków i zrozumiałem, dlaczego to tam wszystko się zaczęło i dlaczego to Anglicy nadal wytyczają drogę. Natomiast odległość pomiędzy Londynem a Katowicami, to tylko 2 godziny samolotem. Z Katowic do Warszawy jadę dłużej pociągiem, więc nie ma problemu z próbami.

Zbieracie bardzo pozytywne recenzje. Jak zatem wyglądają Wasze plany koncertowe, pójdziecie za ciosem i będziecie promować „Without Looking Back” w trasie?

Oczywiście, że takie są plany, ale jak to z planami bywa, zawsze mogą się zmienić. W każdym razie, pracujemy nad koncertami. Mamy propozycje, ale co z tego wyniknie - zobaczymy, nie robię już nic na szybko. Tak jak z płytą. Wszystko w swoim czasie.

W takim razie życzymy powodzenia i do zobaczenia na koncertach!

Ja również pozdrawiam i do rychłego zobaczenia na scenie.

Rozmawiał: Michał Kubicki