Kirk Fletcher
Wywiady
Kirk Fletcher

Bluesman nazwany przez Joe Bonamassę najlepszym żyjącym gitarzystą wraca do gry z nową płytą „Hold On”, opowiadając nam o swych kościelnych korzeniach, wpływie saksofonistów jazzowych na bluesowe frazy, a także o tym, czy sława wspomnianego autora albumu „Redemption” jest zasłużona, czy nie…

2019-02-28

W trakcie wykonywania zdjęć, zapytaliśmy Kirka co chciał powiedzieć poprzez tytuł swej najnowszej płyty. „Hold On dla każdego oznaczać będzie coś innego.” – odpowiedział – „To może być oczekiwanie na pociąg, aby dotrzeć w jakieś ważne miejsce, albo na upragnione dziecko, które właśnie ma się narodzić. Wszystko zależy od tego, kto będzie ten tytuł czytać.” Na albumie nagrywanym w styczniu 2018 w Bristolu, obok lidera zagrali Matt Brown na bębnach i Jonny Henderson na organach i pianinie. „Prawdopodobnie znacie już Jonny’ego z zespołu Matta Scofielda – kontynuuje Kirk – „Gra na organach i wykonuje linie basowe na swoim B3 w sposób wprost zachwycający. Zabawne, że kiedy ludzie czytają skład zespołu, od razu się dziwią: ‘Dlaczego gracie bez basisty?’. Otóż nie, gramy z basistą, ale nasz basista używa Hammonda!”

„Hold On”jest wykwintną mieszanką soulu, r&b w stylu lat 60. oraz gospel, a barytonowy głos jest ciekawym kontrapunktem dla śpiewnych bluesowych fraz granych na gitarze. Ciekawiło nas, w jaki sposób narodził się styl Kirka Fletchera. „Pierwszą inspiracją był mój starszy brat występujący w kościele mojego ojca.” – odpowiedział – „Tam się to wszystko zaczęło, od muzyki gospel. Przeszedłem przez różne style, ale im starszy jestem, tym bardziej to źródło dochodzi do głosu.”

Gitarzysta: Jakie inne wpływy kształtowały Cię na początku oprócz gospel?

Kirk Fletcher: Jednym z moich ulubionych gitarzystów był Howard Carroll z The Dixie Hummingbirds. Innym był gość o ksywce „Spanky” – nazywał się Eddie Alford i The Mighty Clouds Of Joy. Na takich muzykach się wzorowałem. Potem oczywiście słuchałem tych wszystkich gitarzystów z pierwszych stron gazet jak BB King, Albert King, Stevie Ray Vaughan, a ponieważ jestem dzieckiem lat 80. nie ominął mnie także Prince oraz Eddie Van Halen.

Ile miałeś lat, kiedy zacząłeś grać na gitarze?

Miałem wtedy jakieś 8 lat – wziąłem do ręki gitarę mojego brata i polubiłem to momentalnie, klasyczna historia. W jednej chwili nie umiałem nic, ale już mi się podobało, a w drugiej potrafiłem grać proste rzeczy jak podciąganie strun, czy nieskomplikowane kościelne piosenki. Zauważyłem: „Hej, poczekaj, zaczynam się uczyć jak grać!” Z tego miejsca poszło jak z górki – budziłem się rano i pierwszą rzeczą, którą widziałem, była gitara oparta o krzesło. Nie mogłem się doczekać powrotu ze szkoły, a potem grałem na niej 5 czy 6 godzin każdego dnia. Całe moje życie właściwe krąży wokół gitary.

Kiedy zacząłeś grać w zespołach?

Plusem grania w kościołach jest to, że od samego początku robisz to przed zgromadzonymi tam ludźmi. Mój ojciec był pastorem w kościele zielonoświątkowym, więc dozwolony był każdy rodzaj instrumentu – cokolwiek miałeś, werbel, tamburyn, gitarę czy bas z dwiema strunami, wszystko to mogłeś przynieść na mszę i grać na tym muzykę dla Pana. Nikt cię nie oceniał, więc mogłeś po prostu robić to co czułeś. Ale w takim normalnym zespole zacząłem grać dopiero w wieku 15 czy 16 lat – to były zespoły R&B, kilka z Top40, gdzie grałem z moim bratem i innymi kolegami poznanymi w szkole lub w kościele. Pierwszym moim znaczącym zespołem był Brent Jones & The TP Mobb. Graliśmy specyficzny miks hip-hopu i gospel z silnymi elementami funky.

Na jakich instrumentach zaczynałeś?

Były to głównie stare japońskie Stratocastery Squiera oraz różne wzmacniacze tranzystorowe, jak Randall RG80 czy Roland Jazz Chorus. Od samego początku starałem się uzyskać możliwie najpotężniejsze, ale jednocześnie czyste brzmienie.

W którym momencie zrozumiałeś, że będziesz grał muzykę profesjonalnie?

Pamiętam, że to była świadoma decyzja. Kiedy miałem 17 lub 18 lat, poszedłem z bratem do sklepu muzycznego Music Works. Spotkałem tam technicznego Robbena Forda, który zaczął mnie wprowadzać w te wszystkie sprzętowe detale, udzielał rad itp. Potem zobaczyłem na żywo zespół Robben Ford & The Blue Line i wtedy zrozumiałem: „OK, to jest właśnie to co chcę naprawdę robić!” Zaprzyjaźniłem się z nimi i zacząłem jeździć z technicznym Forda, czy to na lotnisko czy po sprzęt na sesję w studio. Bardzo mi się to wszystko podobało. Do dziś pamiętam tamto brzmienie Robbena – zarówno on jak i zespół grali niesamowicie. To była prawdziwa lekcja muzyki co noc. Byłem nim zafascynowany, całą tą historią z Joni Mitchell i Milesem Davisem w tle. Był wówczas mniej więcej w tym samym wieku co ja teraz. Pytałem go, które płyty Milesa mógłby mi polecić.

Co odpowiedział?

Powiedział: „Posłuchaj ‘Kind Of Blue’, potem ‘Miles Smiles’, a następnie ‘Four And More’ i ‘My Funny Valentine’… Nie umiem grać jazzu. Mam znajomych, którzy są w tym naprawdę dobrzy, ale u mnie to wywołuje jakiś wewnętrzny sprzeciw. Jakkolwiek frazowanie saksofonistów czy organistów jest bardzo inspirujące i staram się wprowadzić ten element do mojego bluesowego słownictwa. Natomiast przebijanie się przez te ciągłe zmiany akordów – to nie moja bajka.

Wielu ludzi odkryło cię dzięki klipom na You Tube, gdzie grałeś z gitarzystami takimi jak Josh Smith i Joe Bonamassa...

Moi kumple! To są szaleni gitarzyści. Grałem naprawdę dużo jako dzieciak, ale oni są uosobieniem powiedzenia, że ciężka praca popłaca. Kiedy ich słucham, czuję się zainspirowany, bo to są „gitarzyści gitarzystów”. Jestem ich wielkim fanem, zbieram ich płyty i jestem zafascynowany widząc ich na żywo. Pochodzę z innego środowiska i moja historia jest inna, ale czuję, że ci goście są moją rodziną. Oni i Eric Gales – to także bardzo miły koleś.

Jak poznałeś Joe Bonamassę?

To było lata temu na pewnym festiwalu w Belgii. Poszedłem na backstage, bo wiedziałem, że będzie tam siedział. Wszedłem i zapytałem „Jak się masz?” Wymieniliśmy się telefonami i od tego czasu utrzymujemy stały kontakt. Spotykamy się od czasu do czasu – np. w klubie Harvelle w Santa Monica, gdzie akurat występowałem – po prostu się dosiadł i to było coś niesamowitego, bardzo poruszającego. Dawałem mu swoją gitarę, żeby zagrał swoją frazę, a on potem mi ją oddawał i tak w kółko. Takie rzeczy mocniej przypieczętowały naszą przyjaźń.

Ostatnio grałeś też trasę z Bonamassą?

Tak, to dość zabawne, bo Joe nie potrzebuje tak naprawdę gitarzysty rytmicznego. Mówił, że to była przyjemność, grać i podróżować ze mną, ale tak naprawdę wydaje mi się, że zrobił to wyłącznie po to, by mi pomóc. Chciał dać mi pograć na tych dużych scenach. Taki właśnie jest – to dobry człowiek.

Czy tak jak w przypadku Forda, traktowałeś to granie jak lekcję?

Oczywiście. I to nie tylko lekcję muzyki, ale także lekcję życia. Wiele osób widząc Bonamassę myśli sobie: „O, to ten koleś, któremu się pofarciło i osiągnął sukces.” W rzeczywistości on wypruwa sobie żyły ciężko pracując. Cała ta jego etyka pracy i energia jaką w nią wkłada – myślę, że nie ma wielu ludzi, których na to stać. Tak więc Joe Bonamassa naprawdę zasługuje na wszystko co osiągnął.

Jakiego sprzętu używasz podczas trasy promującej ostatni krążek?

Rdzeniem mojego zestawu jest fantastyczny wzmacniacz 633 wykonany przez Cliffa Browna. To nawiązanie do tweedowego Bassmana wzbogacone o dwa 12-calowe głośniki Vox Gold. Cliff zastosował tu naprawdę skuteczny, tranzystorowy prostownik i piec jest bardzo głośny, a przy tym ma ciepłe i potężne brzmienie. Tak więc to jest mój główny wzmacniacz. Gitary to coś co od czasu do czasu zmieniam: Gibson Les Paul, Collector’s Choice, Strat z 1964… Ostatnio odzyskałem też model 335 z roku 1966, sprzedany wcześniej znajomemu – nie mogę się doczekać, żeby wziąć go na trasę. Mam też dwa Straty Tylera, które kocham – mają grube brzmienie i zawsze stroją, czego chcieć więcej. Na płycie wykorzystałem także Taylora i Telcastera Moollon.