Tomek Kukliński (Gorycz)
Wywiady
Tomek Kukliński (Gorycz)

Miniony rok obfitował w pokaźną ilość blackmetalowych premier. Jak nietrudno zauważyć, do niedawna niszowy nurt skierowany do bardzo specyficznego grona odbiorców wyszedł na poziom wyżej.

Grzegorz Pindor
2019-01-29

Kolejne wydawnictwa Licho, Kriegsmaschine, In Twilight’s Embrace, czy nowych nabytków Pagan Records – Totenmesse i Goryczy, tylko potwierdziły wyborną formę polskich zespołów, prezentujących najrozmaitsze oblicza czarnej sztuki. Ostatni z wymienionych dali się poznać jako grupa poszukująca nowych brzmień w black metalu, osadzonych gdzieś na obrzeżu sludge i djentu. O „Piachu” rozmawiamy z Tomkiem Kuklińskim – wokalistą zespołu.

Grzegorz Pindor: W nowym roku gratuluję przede wszystkim docenienia „Piachu” przez pokaźną ilość portali i magazynów muzycznych. Płyta zebrała wysokie noty, a dla wielu dziennikarzy okazała się być niemałym wyzwaniem. Postawiliście na ścianę dźwięki dotąd niespotykaną w polskim black metalu. Istnieje jednak obawa, że drugi raz takie łamańce nie zdadzą egzaminu. Myślicie o następcy czy na razie delektujecie się pozytywnym feedbackiem?

Tomek Kukliński: Dziękuję. Rzeczywiście “Piach” zainteresował wielu piszących o muzyce w Polsce, a nawet za granicą. Każda recenzja, uwaga, krytyczny komentarz, nawet drobna notatka jest świadectwem tego, że ktoś dotarł, włączył, posłuchał i chciał się wypowiedzieć. To naprawdę dużo znaczy, zwłaszcza w czasach, w których premiera goni premierę i czasami trudno się w tym wszystkim odnaleźć, a co dopiero wszystkiego posłuchać. Płyta zebrała naprawdę różne recenzje, od jednoznacznie pozytywnych, przez wyraźnie krytyczne, ale to wszystko jest już poza naszym zasięgiem. “Piach” żyje swoim życiem, nie należy już do nas, choć oczywiście najbardziej cieszą te głosy, które doceniają i chwalą. To przecież zupełnie naturalne. Nie sądzę jednak, żeby zakładanie czegokolwiek na przyszłość miało jakieś znaczenie. “Piach” powstał na fali spontanicznych różnych wariacji i nie wiemy, w którym kierunku pójdziemy dalej. Znowu gramy, powstają kolejne utwory. Nie chcemy niczego zakładać z góry, bo życie jest niespodziewane. Jedyne czego chcemy unikać, to dostosowywania się do jakichś oczekiwań.

 

Nie bez kozery wspominam o nietypowym charakterze waszej muzyki. Gdyby kilka lat temu zapytano mnie, a mniemam, że nie tylko mnie, czy eksperymenty z brzmieniem, polirytmią czy wszystkim co można wrzucić do worka z napisem „post” zyskają u nas takie uznanie (patrz: Entropia) zaśmiałbym się w twarz. Okazuje się, że polski słuchacz łaknie ambitniejszego grania. Jaki cel przyświecał wam w trakcie prac nad płytą? Zaskoczyć doskonałym opanowaniem instrumentu w obrębie nie do końca technicznej muzyki jaką jest black metal, czy chęć przełamania swoistego gatunkowego tabu w tej muzyce.

Myślę, że muzyce szkodzą jakiekolwiek “worki”, a już zwłaszcza z napisem “post”. Mam jednak świadomość, że pewnych przyporządkowań uniknąć się nie da. Kiedy pojawia się opinia, że Gorycz nie ma nic wspólnego z black metalem, myślę sobie: to komplement czy zarzut? Oczywiście, że to zależy od tego, kto słucha i w jakim celu. Dlatego właśnie to nazywamy opinią. Jeżeli udało się zaskoczyć, jak piszesz “doskonałym opanowaniem instrumentu”, to dlatego, że Przemek naprawdę rozumie gitarę, wie, co może z niej wydobyć, na co pozwala mu teoria muzyki, ale co najważniejsze, wie, czego nie chce z niej wydobywać. Krytyczne spojrzenie na własne pomysły, unikanie dróg na skróty, porzucenie kompromisów i ułatwień to charakteryzuje grę Przemka. Ty to nazwałeś “łamańcami”. Nie wiem, czy to jest przełamywanie jakiegoś tabu gatunkowego? Być może, skoro twierdzisz, że takie istnieje.., ale na pewno nie było naszym zamiarem przełamywać cokolwiek, niczego nie zamierzamy udowadniać, zaburzać, niczego nie głosimy, chcemy grać coś, co nas samych zaskakuje. Muzyka ma dawać wolność, a wolność muzykę. Gatunek to już przyporządkowanie.

Wychodzicie daleko poza ramy tego gatunku, momentami dryfując w rejony jasno kojarzące się ze sludge a nawet djentem. Mimo to, dziennikarze wskazują, iż wkład (osobowy i kompozytorski) muzyków Non Opus Dei w Goryczy odcisnął piętno na brzmieniu „Piachu”. Nie jest tak, że może być jednak zupełnie odwrotnie – to co udało się osiągnąć na waszym debiucie wpłynie na kształt następnego longplaya NOD albo da podwaliny do powrotu Aeon?

W muzyce wszystkie rejony są ciekawe w ramach oczywiście tego, co możemy górnolotnie nazwać artystycznym poszukiwaniem. Jedyne czego w moim odczuciu należy unikać, to zbliżania się do kiczu, więc jeżeli ktoś znajduje tu sludge i djent, to pewnie ma racje, skoro jest kompetentnym i wymagającym słuchaczem, nie można odmówić mu tej racji. A jeżeli chodzi o piętno NOD. Przemek, Wojtek i Krzysiek grali w NOD wiele lat. Przemek miał ogromny wkład w ich ostatnią płytę “Diabeł”. Teraz Ci sami ludzie grają w Goryczy. Nie sposób porzucić tego, kim się jest, ani zanegować tego, kim się było. Jeżeli w muzykę wkładasz serducho, to czy to jest NOD, czy Gorycz to serducho bije podobnie, zwłaszcza gdy należy do tych samych osób. Oba albumy cechuje podobna wrażliwość muzyczna, ponieważ współtworzyli je Ci sami ludzie. O następnym longplayu NOD niewiele mi wiadomo, poza tym, że Przemek nie tworzył tam już muzyki. Powrotu do An extravagance of norm nie będzie. Ten rozdział mamy już za sobą, a formuła się wyczerpała.

 

Jednym z najczęściej pojawiających się negatywnych komentarzy opisujących zawartość „Piachu” jest jego w pewnym sensie monotonny, leniwy charakter i oparcie niemal całego materiału na pracy sekcji rytmicznej. To, co przykładowo wywołuje ciary na wydanym bez zapowiedzi, genialnym ostatnim longu Kriegsmaschine u was ma przesłaniać i tak skromną, pełną dysonansów pracę gitar. Nadmierne czepialstwo, czy uzasadniona krytyka?

Słuszne spostrzeżenie. Kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze riffy stwierdziliśmy, że musimy jakoś obronić ten charakterystyczny puls, te drgania muzyki, które są owszem monotonne, ale takie właśnie miały być. Gorycz to jedna gitara, nie można udawać, że jest inaczej. Oczywiście w studiu można dograć wszystko, ale czy wtedy rozmawialibyśmy na temat brzmienia? W tej sytuacji wydobycie na powierzchnię sekcji było czymś naturalnym. Autonomiczne, czasami niezależne partie gitary basowej i perkusji miały stanowić o głębi i sile tego pulsu, ponieważ taki jest charakter tej muzyki. Czy to jest leniwe i monotonne? Być może jest. Być może nieświadomie odegraliśmy w tym, coś z tej porażającej monotonii życia codziennego?

Ślady zarejestrowaliście u Tomka Stołowskiego z Tides From Nebula, ale to nie on finalnie stoi za soundem „Piachu”. Za miks i master odpowiada obecnie bodaj najpopularniejszy krajowy ekstremalny magik – Haldor Grunberg. Na tle wielu innych płyt, nad którymi pracował wasza cechuje się wyjątkowo duszną atmosferą, mocno atakuje słuchacza nie pozostawiając miejsca na oddech. Ponadto to znacznie mniej surowe „dziecko” niż reszta płyt wychodzących z Satanic Audio. Ten rezultat to efekt kolektywnych konsultacji, czy realizacja konkretnego założenia?

Tomek Stołowski to wspaniały facet, z którym doskonale się współpracowało. Ma otwartą głowę i potrafi słuchać, a oprócz tego zna swój fach jak mało kto. Gorycz od początku brzmiała surowo, a tę duszną atmosferę wypracowaliśmy w sali prób. To kolejny składnik, który musiał być zachowany możliwie w całości i przeniesiony z brudnej sali do studia. Wiedzieliśmy dokładnie jakiego brzmienia chcemy, zanim pojawiliśmy się w Nebula Studio. Nie wiedzieliśmy tylko, że spotkamy tam faceta, który, nie dość że w mig nas zrozumiał, to jeszcze potrafił to doskonale zarejestrować i wykręcić ze sprzętu prawdziwą gorycz. To, co z materiałem uczynił Haldor było dopełnieniem dzieła, niemniej jednak realizował on konkretne założenia zespołu.

 

Należycie do wcale niemałego grona zespołów, które w nieoczywisty sposób próbują opowiedzieć kolejną smutną, historię współczesnego człowieka. Zagubiony człowiek w „Ciżba Wyje” ma odzwierciedlać całą ludzkość? Pogubiliśmy się na tyle, że tylko po śmierci może być lepiej?

“Ciżba wyje” jest tekstem o nadziei, którą my jako ludzie pokładamy w niewłaściwych instancjach. Być może nie ma w tym niczego oryginalnego, ale ja nie zamierzam się silić na oryginalność i na siłę eksplorować terenów, które mnie nie interesują, tylko ze strachu przed posądzeniem o wtórność. Zresztą wszystko już było, a ludzie rzadko bywają oryginalni, skoro wciąż powtarzają te same błędy. Bardzo martwi mnie człowiek współczesny, który nie umie zaakceptować swojej śmiertelności, a kurczowo przytrzymuje się fikcyjnych wyobrażeń o świecie dookoła. Po śmierci nie może być lepiej, bo nie ma “być” po śmierci. Wszystkie narzędzia są w zasięgu, wszystko jest możliwe tu i teraz, bo tu i teraz żyjemy, ale dopóki schody do świątyń pełne będą ludzi, a schody do bibliotek nie, daleko nie zajdziemy.

Bardzo oszczędny (wokalnie) sposób narracji jak dotąd przywoływany jest jako najmniej interesujący aspekt debiutu. Odniosłem wrażenie, iż wynika to z wysoko podniesionej poprzeczki przez innych wokalistów, a żeby daleko nie szukać, między innymi Sarsa czy Stawrogina. Ten jednostajny, czytelny ryk wynika z ograniczeń warsztatowych czy zwyczajnie, bardziej złożona linie nie pasowałyby do kształtu kompozycji?

Nie bardzo wiem, jak mam odpowiedzieć na tak sformułowane pytanie? Nie zamierzaliśmy nagrywać bardziej złożonych linii do prostej, surowej i pulsującej muzyki. Nie mam też żadnego interesu w tym, aby się do kogoś porównywać, tym bardziej kogoś kopiować czy naśladować. Zależało mi przede wszystkim na tym, aby być zrozumianym. Reszta to przecież wrażenia, za które nie odpowiadam.

 

W nowy rok wkraczacie uzbrojeni w „Piach” na wskrzeszonym przez hardcore’owców kasetowym formacie. O ile winyl (którego sprzedaż przewyższa już płyty CD) nikogo nie dziwi, tak w niszy jaką jest black metal i pochodne kaseta to raczej ciekawostka. Skąd taki pomysł?

Wydanie “Piachu” na kasecie nie było naszym pomysłem. Propozycja przyszła ze Stanów. Za takie rzeczy odpowiada nasz wydawca, więc odesłaliśmy pomysłodawcę do Pagan Records. Widocznie panowie się dogadali. Nie mamy nic przeciwko podobnym pomysłom, wróciły winyle, wracają kasety, kto wie, może jeszcze wrócą filmy nieme?

Na koniec o czymś czego w promocji płyty zabrakło najbardziej. Gdzie i czy w ogóle będzie można was zobaczyć z tym materiałem? Czy może – co wcale mnie nie zdziwi – miejsce Goryczy to studio?

Gorycz to nie jest studyjny, jednorazowy projekt, ale jak dotąd nie złożyło się nic konkretnego. Oczywiście zespół chce grać koncerty, pokazać się na scenie. Chcemy sprawdzić, czy “Piach” jest materiałem żrącym i czy odbiór będzie pozytywny, ale na to, żeby zagrać porządny koncert musi złożyć się wiele różnych czynników. Przed nami rok 2019 i wierzę, że uda nam się pokazać, że nie jesteśmy przypadkowymi facetami i umiemy też na scenie.

https://www.facebook.com/goryczolsztyn