Gus G.
Wywiady
Gus G.

Ex-gitarzysta Ozzy’ego Osbourne’a wyjaśnia dlaczego kill-switch może zrujnować cały nastrój…

2018-11-27

Kiedy zagrałeś swój pierwszy koncert i jak Ci poszło?

Miałem wtedy czternaście lat i wspólnie z kolegami z klasy grałem na szkolnej imprezie w centrum dla młodzieży. Dopiero co dostałem swoją pierwszą gitarę elektryczną – Stratocastera. Wcześniej grałem wyłącznie na klasyku, dlatego nie czułem się dość komfortowo. Graliśmy covery, między innymi Nirvany oraz Metalliki. Tego typu rzeczy. Pamiętam, że byłem nieśmiały i miałem taką tremę, że bałem się odwrócić głowę w stronę publiczności. Przez cały występ gapiłem się na własne buty. Nie wiedziałem też jak się odpowiednio ubrać, więc wyglądałem jak sto nieszczęść w śmiesznej żółtej bluzie pożyczonej od taty. Nie wypadło to powalająco.

Opowiedz nam o swoim aktualnym sprzęcie, którego używasz na koncertach.

Fundamentem mojego koncertowego zestawu jest sygnowany wzmacniacz Blackstar Blackfire, ale jeśli kiedykolwiek z jakiegoś powodu nie będzie on dostępny, mogę zagrać na jakimkolwiek Blackstarze z serii Series One. Jeden head podpinam zwykle do dwóch paczek. Mój pedalboard jest prosty jak zawsze – mam tylko system bezprzewodowy Line 6 Relay G50, który idzie do stroika, a potem do kaczki Morley Maverick, chorusa BOSS i delaya DD3. Drugi delay jest w pętli efektów. Używam go podczas grania solówek. Gitary to Jacksony zbudowane w Custom Shopie, w tradycyjnym już dla mnie kształcie, uzbrojone w przystawki Seymour Duncan Blackout i struny DR.

A co znajduje się w twoim riderze?

Mnóstwo wody, soków, kanapek i przekąsek… uwielbiam też niebieskie M&M (śmiech). Ale to prawda, tak szczerze mówiąc. Wrzucam to na listę w zasadzie tylko po to, żeby sprawdzić czy organizatorzy ją czytają. Niektórym udało się mnie zaskoczyć i na backstage’u znalazłem niebieskie M&M-sy.

W jaki sposób uzyskać rasowe brzmienie na żywo?

Przede wszystkim nie opierać się na monitorach, bo nigdy nie wiesz jak zabrzmi PA oraz monitory w miejscu, w którym właśnie masz zagrać. W tym temacie mam oldschoolowe podejście, więc po prostu odkręcam wzmacniacze nieco mocniej. Nie jestem wprawdzie tak głośny jak niektórzy inni gitarzyści, z którymi dzieliłem scenę, ale gram dość mocno – bardzo często ludzie od nagłośnienia mnie za to nienawidzą. Bardzo lubię czuć to powietrze wypychane przez głośniki, więc potrzebuję trochę głośności na scenie i odrobinę monitorów jako kompensacji, szczególnie kiedy gram solówki i wybiegam na środek sceny.

 

W jaki sposób artysta może kupić sobie publiczność?

Kluczem do sukcesu jest komunikacja z ludźmi. Nie powinno się wychodzić na scenę, że publiczność będzie cię podziwiała, albo czciła jak boga, czy coś w tym rodzaju. Na łaskawość widowni trzeba sobie zapracować i czasami jednych ludzi jest łatwiej, a innych trudniej zaspokoić. Z pewnością weekendowa publika jest znacznie bardziej prosta w obsłudze, bo przyszli się zabawić i zanim zacząłeś grać już są pijani (śmiech). Poniedziałkowe noce należą zawsze do tych najtrudniejszych. Ale zawsze staram się występować na luzie i zaangażować publiczność do współpracy z zespołem – to może być cokolwiek, nawet zwykłe klaskanie do rytmu lub śpiewanie refrenu. Trzeba widowni pozwolić poczuć się częścią rodziny. W końcu wszyscy tutaj jesteśmy po to, by czerpać przyjemność z muzyki.

Jaka jest najlepsza scena na jakiej grałeś?

Jest takie miejsce w Szwajcarii, które jest na szczycie listy każdego koncertującego zespołu: Z7. Słynie z naprawdę doskonałego catheringu i genialnej obsługi. Mają nawet pralko-suszarkę na backstage, więc można sobie szybko przeprać ubrania w środku trasy. To dość duży i stary klub, coś w stylu lat osiemdziesiątych, ale mają niesamowity system nagłośnieniowy. Świetny dźwięk i legendarna gościnność.

Jaka była Twoja najgorsza podróż z lub na koncert?

Jechaliśmy kiedyś w nocy z San Francisco do Los Angeles, gdzie graliśmy w klubie The Whiskey [A Go Go]. To był występ kończący trasę. Uderzyliśmy w drzewo bardzo wcześnie rano, dosłownie kilka metrów od amfiteatru The Hollywood Bowl i wszyscy powypadali ze swoich koi. Dodatkowo drzwi były zablokowane, więc przyjechali strażacy i wyciągali nas przez okna. Wprawdzie nikt jakoś poważniej nie ucierpiał, ale było to dość przerażające – w ten sposób zostać wyrwanym z głębokiego snu.

 

Wydarzyły się w Twej muzycznej karierze jakieś momenty w stylu Spinal Tap?

Cała moja pieprzona kariera to jedno wielkie Spinal Tap! (śmiech) Kiedyś grałem z Ozzym sztukę w Norwegii, to był plener, duży festiwal, jakieś trzydzieści czy czterdzieści tysięcy ludzi. Wchodzimy na scenę i otwierającym numerem jest „Bark At The Moon”, odliczanie, perkusja i… brak sygnału gitary. Każdy robi minę w stylu „Kuźwa, co jest ?!” Oz odwraca się do mnie i mówi: „Nic nie kumam, nie ma dźwiękowca.” Wcześniej wszystko działało, bo sprawdzaliśmy. Mój techniczny zwija się i pręży, wylewając siódme poty w kolejnych próbach rozwiązania problemu, ale bezskutecznie. Napięcie rośnie. W chwili desperacji odpinam się i ponownie podpinam do pedalboardu, włączam się bezpośrednio do wzmacniacza i kupa – gitara milczy. I wtedy mój zrezygnowany wzrok pada na kill-switch, który miałem wówczas zamontowany w gitarach ESP… musiałem go przypadkowo przełączyć. Kliknąłem nim raz i „Draaaang!”. Nagle wszystko ożyło.

Czy masz jakieś ulubione płyty „live”?

Moją koncertową płytą wszech czasów jest „Tokyo Tapes” Scorpionsów. Jest tam doskonały wybór piosenek, a Uli Jon Roth daje z siebie wszystko, grając jakby nie miało być jutra. Ten album był dla mnie ikoną, kiedy wpadł w moje ręce w dzieciństwie. To doskonałe podsumowanie lat siedemdziesiątych w twórczości grupy Scorpions.