Stu Hamm
Wywiady
Stu Hamm

Stu Hamm jest jak siła natury w basowym światku. Przez lata rozwinął swoją niesamowitą technikę, instrumentarium i obsesję na punkcie konceptualnego pisania piosenek. Mieliśmy przyjemność porozmawiać na temat jego najnowszej płyty…

2018-10-02

Wielu muzyków odczuwa spadek kreatywności po trzech lub czterech dekadach nieustannego nagrywania i grania kolejnych tras koncertowych. Nie Stuart Hamm. Mija właśnie 30 lat odkąd weteran gitary basowej rozpoczął swoją wielką przygodę w której uczestniczyli między innymi Steve Vai, Joe Satriani, Frank Gamble i wielu innych. Właśnie ukazała się jego ósma, solowa płyta, zatytułowana „The Diary Of Patrick Xavier”. Z okazji promocji nowego wydawnictwa, mieliśmy okazję spotkać się i porozmawiać o nowym materiale.

Motywem przewodnim płyty jest tytułowy dziennik, który Hamm znalazł w hotelowym pokoju podczas jednej z tras koncertowych. To niesamowite dzieło idealnie wpisuje się w dotychczasowy dorobek artysty. Na nowej płycie Stu znajdziemy nie tylko pokaz niesamowitej techniki. Muzyk znakomicie uchwycił ducha radości jaką tytułowy Patrick czerpał z nowych doświadczeń opisywanych w swoim pamiętniku. Cały koncept nowej płyty został szczegółowo wyjaśniony w „książeczce” dołączonej do płyty. To doskonały argument przemawiający za tym, żeby kupić krążek w wersji fizycznej a nie cyfrowej. „Każda piosenka na tej płycie ma swój motyw przewodni. Nie chodzi tylko o groove czy riffy. To historie, które musiały zostać opowiedziane w taki sposób aby ludzie mogli odczytać emocje jakie za nimi stoją” – tłumaczy nam Hamm – „W przypadku tej płyty postanowiłem wyjść nieco przed szereg i wytłumaczyć słuchaczom w jakich okolicznościach powstawały nowe utwory. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego.”

Dzięki kampanii crowdfundingowej, pieniądze ze sprzedanych płyt mogły trafić prosto do kieszeni Hamma. „Trudno od tak znaleźć 20 tysięcy dolców, które ktoś dobrowolnie oddałby na wyprodukowanie takiego ‘dzieła sztuki’ – śmieje się Stu – „Stwierdziłem, że dobrym pomysłem na sfinansowanie tej płyty będzie kampania crowdfundingowa w serwisie Indiegogo. Dzięki niej mogłem zatrudnić świetnego grafika, który stworzył unikalną „książeczkę” dołączaną do płyty.”

Hamm zwraca uwagę na to, że pomimo intelektualnego tła, które często stoi za pisaniem piosenek, słuchacz bardzo często omija tę część i chce się zwyczajnie cieszyć muzyką. „Wydaje mi się, że muzyka może oddziaływać na człowieka na wielu różnych płaszczyznach. Możesz odpalić tę płytę i cieszyć się przyjemnym dla ucha tłem, które umili ci dzień. To 50 minut przyjemnej i spokojnej muzyki. Ale jest też inny sposób aby zatracić się w tych dźwiękach. Możesz spróbować wejść na nieco głębszy poziom i dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi.”

Pytamy więc, co Stu ma na myśli… „Cóż… Wydaje mi się, że tak jak z roku na rok staję się lepszym basistą, tak coraz lepiej idzie mi samo pisanie piosenek. Zależało mi na tym aby stworzyć odpowiedni nastrój w zależności od tego czy niektóre dźwięki wybrzmiewają dłużej, czy inne się wyciszają. Podczas nagrań zwracałem dużą uwagę na to jak dźwięk zanika i gdzie dokładnie się kończy. Możliwe, że nikt tego nie zauważy ale jest tu sporo smaczków, z których jestem naprawdę dumny. Tu nie chodziło o to, żeby zagrać solówkę do ‘Giant Steps’ w tempie 240 BPM. Zależało mi na pełnej kontroli instrumentu i myślę, że w trakcie nagrań udało mi się to osiągnąć.”

Basowe albumy mają przeróżne oblicza. Na jednych niskie brzmienia ukryte są za ścianą efektów, podczas gdy inne koncentrują się na naturalnych dźwiękach płynących prosto ‘z dechy’. „The Diary of Patrick Xavier” zdecydowanie zalicza się do tej drugiej grupy. Płyta bazuje właściwie tylko na czystym, nienaruszonym brzmieniu basu Warwick, którego nie urozmaicają praktycznie żadne efekty lub przestery. „Zawsze kiedy nagrywam bas w studio, rejestrujemy go liniowo, z bliskiego mikrofonu i jednego łapiącego akustykę całego pomieszczenia. Miksem zajmuję się razem z moim inżynierem dźwięku i właściwie 99 procent finalnych nagrań pochodzi z tego co udało się zebrać ‘w linię’. Dźwięki z pomieszczenia, w którym nagrywamy są prawie całkowicie pomijane.”

Okazjonalnie, w nagraniach Stu pojawia się również stompbox. „Bardziej eksperymentalne utwory, takie jak ‘CO. Rd’ albo ‘The Ballad Of Billy Pilgrim’ były dla mnie dużym wyzwaniem. Kiedy tworzę, zależy mi na tym aby wydobywać z instrumentu różne dźwięki bez konieczności korzystania z zewnętrznych efektów. Tym razem, nagiąłem trochę zasady i sięgnąłem po dodatkowe efekty, żeby stworzyć odpowiedni nastrój w wybranych utworach. Szczególnie słychać to w kawałku ‘Ballad’. Mamy tu sporo zabawy dynamiką i głośnością przez co mam wrażenie, że to najbardziej dramatyczny numer na płycie.”

Ostatni utwór na płycie, zatytułowany ‘Hello’, aż prosi się o to, żeby zapytać Stu o strojenie. Kiedy zadajemy pytanie, artysta zaczyna się śmiać przez co wiemy, że trafiliśmy na temat bliski jego sercu. „Z tym strojeniem to jeden wielki mit. To taka zbiorowa halucynacja, zupełnie jak pieniądze. Kiedy słuchasz ‘Portrait Of Tracy’ i Jaco gra septymę małą – dźwięk F na strunie G – myślisz sobie: ‘Kurcze, czy to nie stroi?’ Cóż, oczywiście, że stroi! Niby dlaczego w czymś naturalnym miałby pojawić się fałsz? Ktokolwiek wymyślił strój temperowany, spowodował, że słyszymy interwały w określony sposób. To pewnie za sprawą tego jak dostraja się pianino, żeby wszystko brzmiało dobrze. Jeśli więc słyszymy tercję na instrumencie progowym, jest ona ciut za wysoko! I dla mnie bas grający nieco wyżej wprowadza do muzyki dodatkowe napięcie.” „Ludzie zrobili już wiele żeby rozwiązać ten problem. Weźmy choćby szwedzką firmę True Temperament. Kiedy pierwszy raz grasz na gitarach wyposażonych w ich pozakrzywiane progi, masz wrażenie, że coś jest nie tak. To dlatego, że nigdy wcześniej nie miałeś okazji usłyszeć instrumentu, który stroi tak jak powinien. Dopiero po jakimś czasie, kiedy uda ci się do tego przyzwyczaić, fizyczny rezonans sprawia, że nagle odkrywasz prawdziwe dostrojenie! To naprawdę uspokajające uczucie.”

Pytamy więc dlaczego Stu nie korzysta z basów od True Temperament na „pełny etat”. „Niestety, te gitary nie sprawdzają się podczas grania z innymi muzykami. Szybko okazuje się, że sprzęt od True Temperament nie stroi z żadnym innym instrumentem” – śmieje się Stu – „Inna sprawa to kwestia przyzwyczajenia się do nietypowego gryfu podczas łapania akordów albo tappingu. To samo dotyczy gitar z systemem ‘fanned-fret’. Nie wyobrażam sobie jak miałbym w naturalny sposób łapać na nich akordy!”

Fani doskonale wiedzą, że Hamm ma obsesję na punkcie nowych strun. Artysta wymienia swoje struny GHS Boomers przed każdym występem i sesją nagraniową. „Na nowej płycie korzystałem z mojego ostatniego zestawu czarnych, nylonowych Boomersów jaki mi został. Dlaczego ostatniego? Niestety, firma przestała produkować te struny. To był ostatni komplet jaki miałem w swoich zapasach.”

Stu nie jest również obojętny wobec nowych, gitarowych technologii, które rozwija firma Warwick. Ostatnio brał udział w eksperymencie, który przeprowadzono w jednej z placówek firmy znajdującej się w południowo- zachodnich Niemczech. „Marcus (Spangler, szef produkcji w Warwick/ Framus) i ja próbowaliśmy kilku nowych rozwiązań kiedy spotkaliśmy się w ich fabryce. Mieliśmy pewien pomysł na gitarowy mostek i zastanawialiśmy się dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł. Przez chwilę myśleliśmy, że będziemy milionerami. Niestety, szybko okazało się, że nikt wcześniej nie wpadł na ten pomysł, bo był on po prostu głupi i takie rozwiązanie nie działało. (śmiech) Cóż, przynajmniej próbowaliśmy…”

Byliśmy bardzo ciekawi na czym miała polegać innowacja, którą Stu wymyślił razem z Marcusem… „W moich starych basach Fender Urge struny przechodziły przez korpus. Następstwem takiego rozwiązania było zagięcie pod ostrym kątem na wysokości mostka. Bardzo ceniłem sobie ten patent ze względu na duże napięcie strun, które idealnie sprawdzało się przy tappingu i dawało jasne brzmienie. Później, przerzuciłem się na basy, w których napięcie strun było mniejsze. Dlatego wpadliśmy na genialny pomysł, aby przeciągnąć struny przez korpus a następnie przeprowadzić je w taki sposób, żeby z drugiej struny wchodziły w mostek. Niestety, ten patent nie zdał egzaminu. Potrzebowalibyśmy niedorzecznie długich strun a do tego naruszylibyśmy integralność drewna wiercąc w nim dodatkowe otwory.”

Na szczęście sprzęt na którym obecnie gra Hamm został już wielokrotnie przetestowany w boju. Tutaj nie ma miejsca na eksperymenty… „Moja główna gitara to trzeci prototyp, który dostałem od Warwicka. Ma charakterystyczny, zielony kolor. Kiedyś była na niej naklejka z napisem ‘Banner’ ponieważ skóra Hulka miała taką samą barwę (Bruce Banner to postać naukowca z komiksów Marvela, który przemieniał się w wielkiego potwora o imieniu Hulk – dop. red.). Instrument ma niesamowity gryf, który Marcus zbudował specjalnie z myślą o mnie. Są też świetnie brzmiące przystawki EMG. Wciąż zdarza mi się też sięgać po moje starsze modele Washburnów i Fenderów. Korzystam też ze wzmacniaczy Markbass z paczkami 2x15. Do tego struny GHS Boomers i tyle. To całe moje instrumentarium!”

Sprzęt i technika to podstawa jeśli chodzi o basistów. Jeśli jednak nagrywasz płyty solowe, równie ważna powinna być umiejętność pisania dobrych piosenek. Jaki sposób na dobry songwritting ma Stu Hamm? „Pracuję na wiele różnych sposobów ponieważ nieustannie ćwiczę i wymyślam nowe utwory. Czasami eksperymenty z techniką gry pozwalają mi odkryć nową progresję akordów albo ciekawy groove. Innym razem, wystarczy mi tytuł piosenki, żeby wypełnić ją odpowiednimi dźwiękami. Jedna z nowych piosenek, ‘The City’, powstała na bazie tylko jednej melodii. Zainspirowała mnie twórczość Bernarda Herrmanna , który właśnie w ten sposób tworzy muzykę filmową".

Byliśmy też ciekawi, czy jest jakakolwiek szansa na to, że kiedykolwiek poznamy tytułowego Xaviera. Niestety, nie mamy dla was dobrych wieści… „Z oczywistych względów pozmieniałem imiona bohaterów, którzy pojawiają się w tej historii. W przypadku protagonisty zdecydowałem się na „Patrick” ponieważ kojarzyło mi się ze słowem „expat” (ekspatriant - osoba, która opuściła swoją ojczyznę dop. red.). Mój bohater jest w końcu podróżnikiem, więc wszystko się zgadza. Przyznam szczerze, że nigdy nie próbowałem namierzyć tajemniczego właściciela dziennika, który znalazłem. Stwierdziłem, że dam biednemu człowiekowi święty spokój!”