Dormant Dissident
Wywiady
Dormant Dissident

Dormant Dissident to jeden ze zdecydowanie ciekawszych zespołów na polskim rynku zorientowanych na granie bardziej, niż mniej klasycznego hard&heavy. Obecnie promują nową płytę „Knightmares” – skąd się wzięli i dokąd zmierzają?

Kuba Raj
2018-06-12

Kuba Raj: Kiedy po raz pierwszy padła nazwa Dormant Dissident w kontekście zogniskowania w jedną całość Waszego wspólnego grania?

Jakub Czubaty: Cóż, nazwa Dormant Dissident tak naprawdę padła jeszcze przed uformowaniem się pełnego składu. W czasie, gdy zespół składał się z 3 osób – Mnie, Rafała „Romana” Romańskiego i Igora Cybaila już ostro myśleliśmy nad tym, jakby się tu nazwać. Przede wszystkim, zależało nam na oryginalności i chwytliwości nazwy. Nie chcieliśmy być n-tym zespołem, który gdy ktoś wpisuje w wyszukiwarkę nazwę, to gubi się w dostępnych opcjach. No i chyba nam się udało. Z chwytliwością bywa różnie, ale wydaje nam się, że z czasem jest coraz lepiej w tym względzie. Dlatego gdy pozostali członkowie dołączyli do zespołu, to przyszli „na gotowe” i zwyczajnie musieli się pogodzić z nazwą :).

I jak kształtowała się Wasza historia oraz osiągnięcia od momentu wymyślenia nazwy po dzień dzisiejszy?

Rafał Romański: Dormant Dissident w pełnym składzie powstał w 2012 roku. Tworzyli go: Rafał Romański, Jakub Czubaty, Igor Cybail, Artur Kuliński i Michał Bedner. Od tego czasu graliśmy koncerty i tworzyliśmy własny materiał, czasami wplatając w set jakieś covery. W 2015 roku zespół miał roczną przerwę z powodu rozpadu, jaki nastąpił. Dormant Dissident opuścił Artur Kuliński, a następnie Michał Bedner. Aktualny skład uformował się w marcu 2016 roku. Na miejsce wokalisty powrócił Artur Kuliński, a miejsce Michała na stanowisku gitarzysty rytmicznego zajął Kamil Pleśnierowicz. Co do osiągnięć, wymieniając je chronologicznie to: Finał bitwy kapel, wydane pierwsze demo zespołu – „Ddemo” – granie z Oberschlesien, Finał Ligi Rocka, Wydanie Debiutanckiej płyty w grudniu 2016 roku zatytułowanej „Knightmares”, Finały festiwali Miasto Rocka oraz Wake Up and Live, support zespołów TURBO oraz Kat i Roman Kostrzewski. Dodatkowo, myślę że można do sukcesów dorzucić zorganizowanie trasy koncertowej własnymi siłami, promującej debiutancki album.

Obecnie skupiacie się na promocji Waszego najnowszego krążka zatytułowanego „Knightmares”. Z jakim odbiorem tego albumu się stykacie?

Artur Kuliński: Jak na chwilę obecną odbiór naszych koszmarnych rycerzy jest jak najbardziej pozytywny. Na kilku stronach internetowych pojawiły się pozytywne recenzje albumu. Niektórzy recenzenci zarzucają nam zbytnią różnorodność kawałków, lecz są zgodni co do faktu, iż każdy może naleźć na płycie coś dla siebie. Ja jednak bronię tego tym, że gdy przychodzimy na próbę nie mówimy sobie „Dobra, dziś będziemy grać heavy lub thrash”. Po prostu gramy muzykę, którą czujemy wewnątrz. Dlatego też może „Knightmares” jest dobrze odbierany przez słuchaczy bo nie tworzymy wszystkich utworów na jedno kopyto. Płytę można przesłuchać za free na youtube, a jeśli się komuś ona spodoba, może ją kupić zarówno na naszym fanpage’u na faceboku oraz na koncertach.

To płyta, która chyba przede wszystkim hołduje klasycznemu heavy, prawda?

Jakub Czubaty: Nie da się ukryć, że naszą największą inspiracją jest heavy metal lat 80’, jednakże nie możemy powiedzieć, że muzyka, którą tworzymy to w stu procentach ta stylistyka. Słuchamy różnych gatunków i przy tworzeniu nasze różnorodne zainteresowania muzyczne zawsze gdzieś tam wychodzą. I mimo, że ogólnie na pierwszy rzut oka kierunek, który sobie obraliśmy to klasyczne heavy, bardzo często można też usłyszeć m.in. sporo thrashu, hard rocka, czy nawet power metalu. Staramy się sztucznie nie ograniczać, tylko po prostu dodawać do naszej muzyki najlepsze elementy, jakie nam w danym momencie przychodzą do głowy.

 

Czy zgodzicie się, że obecnie przeżywamy swego rodzaju modę na klasycznie gatunki. Namnożyło nam się w kraju kapel kalsycznie thrash, heavy a nawet glam rockowych czy metalowych. Co o tym sądziecie?

Rafał Romański: Rzeczywiście. Od jakiegoś czasu słyszy się, że coraz to więcej zespołów ukierunkowuje się na klasyczne gatunki, starają się podtrzymać to, co kiedyś było na topie. Nie pozostaje nam nic innego tylko się cieszyć. Sami mamy spore powiązania z klasycznym Heavy Metalem, choć nie można tego stwierdzić w 100%, gdyż staramy się czerpać inspiracje z różnych nurtów muzycznych i zawierać je w naszej twórczości. Widząc kapele, które swoją twórczością nawiązują do lat 80 ubiegłego wieku lub kierują ukłon w stronę prekursorów gatunku, robi nam się ‘banan” na twarzy. Dzięki temu wiemy, że ta muzyka ma jeszcze wielu fanów i jeszcze przetrwa niejedną dekadę.

Myślicie, że ten trend potrwa dłużej? Że uda się na przykład w jakiś sposób te klasyczne gatunki rozwinąć?

Jakub Czubaty: Chcielibyśmy, aby tak było. Dobrze jest widzieć, że ludzie wciąż nie powiedzieli ostatniego słowa, jeśli chodzi o klasyczne granie i cały czas starają się kombinować po swojemu. Jednak zdajemy sobie sprawę, że w tej muzyce nie wymyślimy koła na nowo i nawet nie mamy takiego zamiaru. Co prawda staramy się mieszać, dodawać coś nowego, bawić się, ale tak czy inaczej te klasyczne gatunki muszą trzymać się w pewnych ramach. Wychodząc poza te ramy, tworzy się już zupełnie co innego i czasem zwyczajnie nie ma już sensu nazywać tego po staremu. Muzyka się rozwija, czasy się zmieniają, produkcja jest coraz lepsza, a ludzie mają coraz ciekawsze pomysły – może to w pewnym momencie doprowadzić do ukierunkowania klasycznych nurtów na jakieś nieprzewidziane wcześniej tory, ale przy tym cały czas trzeba pamiętać o korzeniach, żeby nie zgubić gdzieś po drodze głównych założeń przyświecających danemu gatunkowi.

A czy według Was rozwój technologii sprzętowej w kontekście instrumentów rzecz jasna ma wpływ na współczesne granie heavy? Jak to wygląda w Waszym przypadku?

Rafał Romański: Moim zdaniem tak. Oczywiście nie bezpośredni wpływ, ale pośredni, jak najbardziej. Można tworzyć klasyczne riffy heavy metalowe, ale zawsze będzie to inaczej brzmiało od tego co powstało dekady temu. Nowe technologie i zmiany idące z czasem w miksowaniu utworów dają duże pole do popisu, wystarczy sobie odsłuchać brzmienia pierwszej płyty zespołu Metallica, a następnie tych wydanych po 2000 roku; głuchy zauważy różnicę w jakości mixu, brzmieniu itd. Oczywiście nie mówię, że stare jest „blee” a nowe najlepsze. Stwierdzam, że w dzisiejszych czasach nowa technologia instrumentalna i komputerowa otwiera nam wachlarz możliwości, które można wykorzystać, ale nie trzeba. Wszystko zależy od zespołu. Znam kapele, które nie boją się korzystać z różnych efektów i nowinek, wręcz to uwielbiają, co nie jest złe, ale znam też takie, które stronią od tego typu rzeczy, co według mnie też ma swój urok. Po prostu, co kto lubi. My gramy po swojemu, także korzystamy z paru efektów, ale nie przesadzamy w tym kierunku, bo tak czujemy. Najważniejsze jest to, aby każdy artysta był zadowolony z tego co robi. Jeżeli tak nie jest, to nie ma sensu się męczyć.

Z jakich efektów zatem korzystacie i dlaczego na takie właśnie się decydujecie? Jak w ogóle wygląda Wasze instrumentarium?

Kamil Pleśnierowicz: Efekty nie są dla nas akurat najistotniejsze przy komponowaniu naszych kawałków. To jest ostatnia rzecz, o której rozmawiamy kiedy utwór jest już kompletny. Kilka efektów na nagraniach studyjnych dodał realizator, oczywiście po konsultacji z nami. Czasem warto posłuchać trzeciej osoby, która obiektywnie postrzega naszą twórczość. Jeśli byśmy chcieli nadążyć za „nowoczesnymi” zespołami to pewnie byśmy byli zmuszeni do używania wielu efektów ale nie jesteśmy fanami wypacykowanych brzmień. Trochę brudu jeszcze nikogo nie zabiło. Kiedy jeszcze nie grałem w Dormant Dissident zakupiłem do zabawy w domu multiefekt firmy BOSS, model ME-80. Nadal go używam i służy mi jako stroik, kaczka, delay, czasem chorus na cleanie i bramka szumów. ME-80 ma znacznie więcej efektów, ale nie są mi na razie potrzebne. Na pewno taki multiefekt jest wygodniejszy od kilkunastu kostek pod nogami, ale czy lepszy? Wszystkie efekty są jednej firmy, a nikt nie jest dobry we wszystkim.

Przester dostarcza mi sam wzmacniacz lampowy Peavey Valveking, mimo tego, że w moim pedalboardzie jest ich kilka. Z początku nie byłem do niego przekonany, ale jak na pierwszą lampę to, wg. mnie całkiem przyzwoicie gada. Mięsiste i soczyste brzmienie ciężko uzyskać z samych kostek, choć niektórzy używają ich jako tzw. dopałki. Ja chyba jestem zbyt leniwy, żeby się w to bawić ale też wychodzę z założenia, że jak coś dobrze brzmi to nie ma potrzeby tego ulepszać, bo można przedobrzyć. Efektów można używać wiele i łączyć ze wzmacniaczem wysokiej klasy, ale najważniejsze dla gitarzysty, poza umiejętnościami oczywiście, jest to co trzyma w ręku. Moim instrumentem jest Ibanez z serii RG. Fajna gitarka. Selektywne dźwięki na przesterze wydobywają jej dwa humbuckery. Cienki gryf idealnie pasuje do moich krótkich paluszków. Posiada tremolo, które bardzo płynnie wyciąga flażolety. Jestem z niej zadowolony i następna w przyszłości gitara także będzie firmy Ibanez.

Rafał Romański: Zgadzam się, efekty są wykończeniem naszych utworów, zwłaszcza w studio. Mimo wszystko staramy się używać ich umiarkowanie. Ja swoje koncertowe brzmienie uzyskałem z połączenia Sygnowanego Basu Steva Harrisa z Iron Maiden z potężnym kopem jaki daje wzmacniacz Ampeg SVT3 PRO, podrasowany kompresorem DBX 160A dodającym do końcowego brzmienia swoją cegiełkę. Gitara posiada dwa Seymour Duncan P-Bass SPB-4, mimo tego, że jest to pasywny instrument, potrafi dzięki nim niejednego zrzucić z krzesła. Wyżej wymieniony wzmacniacz, to klasa sama w sobie, grałem na różnych „głowach”, ale gdy tylko zacząłem przygodę z Ampegiem, wiem że już nie zmienię kierunku jeżeli chodzi o firmę. Mogę zdefiniować to tak: „Moc i pie****nięcie” co kto lubi. Oczywiście sama moc na nic się zda, gdy nie mamy wykreowanego brzmienia. Na tym polu moja SVT 3 radzi sobie równie dobrze, posiada 9-pasmowy korektor graficzny, 3 pasmowy korektor tonów oraz 5-cio pozycyjny przełącznik tonów. Mi to wystarcza w zupełności. Czasami dodam do tego przester basowy Taurus ABIGAR, wtedy wystarczy niewielkie przekręcenie gałki LEVEL VOLUME, żeby nie pozostawić na scenie grama kurzu.

Igor Cybail: Ja zdecydowałem się na delay Flashabck od TC Electronic. Jest prosty w obsłudze i oferuje dużo możliwości w kreowaniu brzmienia. Używam go głównie w partiach solowych żeby dodać im trochę przestrzeni. W przyszłości być może zdecyduję się na jeszcze kilka kostek, ale na razie nie lubię zbytnio zagracać podłogi. Jeśli chodzi o resztę ekwipunku to od początku mojej muzycznej przygody czuję ogromne przywiązanie do gitar Fender i wzmacniaczy Marshall. Mój Stratocaster ma na pokładzie przetwornik DiMarzio DP100 przy mostku, który daje bardzo fajne zadziorne brzmienie, natomiast przy gryfie zamontowałem przetwornik Seymour Duncan Hot Rails i jest on używany tylko do partii solowych, ponieważ lubię brzmienie gitary prowadzącej w stylu Andy’ ego LaRocque i Dave’ a Murraya, a Ci gitarzyści stosują właśnie patent z przetwornikiem przy gryfie w solówkach. Wzmacniacz którego używam to Marshall TSL 100. Jest to trzykanałowy piecyk, ale ja używam tylko kanałów clean i lead. Kanał przesterowany ma wystarczającą ilość „siary”, więc nie muszę używać żadnych dopałek w postaci dodatkowych kostek, do kanału czystego nie przywiązuję aż tak dużej uwagi, ponieważ wykorzystuję go tylko w kilku utworach, ale brzmi on bardzo naturalnie i w zależności od wyboru przystawki w gitarze daje wiele możliwości brzmieniowych.

Jak wyglądają Wasze plany i ambicje na rok 2018?

Artur Kuliński: Rok 2018 z pewnością poświęcimy na tworzenie nowego materiału. W chwili obecnej posiadamy już 4-5 nowych utworów. Mamy też około 20 riffów, które mocno chcą zostać nowymi kawałkami. Z kolei w głowach już gromadzą nam się nowe pomysły na kolejne heavy metalowe „hity”. Planujemy także nagrać pełnometrażowy teledysk do jednego z naszych utworów, a konkretnie do „The King Will Come”. Mamy także zaplanowanych już kilka koncertów, lecz w głównej mierze jeśli chodzi o występy chcemy się skupić na graniu przed większymi zespołami oraz występowaniu na różnego rodzaju festiwalach. Chcemy przez to pokazać się większemu gronu publiczności. Gorąco zachęcamy do śledzenia nas na Facebooku oraz do kupna naszej płyty. Pamiętajcie – Stay Heavy \m/.