Phil X
Wywiady
Phil X

Do niedawna, muzyk sesyjny i gwiazda YouTube. W 2011 roku po raz pierwszy pojawił się na zastępstwie w zespole Bon Jovi. Wejście w buty Richie Sambory to niełatwe zadanie. Jemu się udało. Po pięciu latach od pierwszego muzycznego romansu z Jonem Bon Jovi stał się pełnoprawnym członkiem grupy.

2018-05-10

Phil w żadnym wypadku nie jest postacią znikąd. Pracujący w Los Angeles muzyk od lat dostarczał soczystych gitarowych riffów dziesiątkom artystów wśród których znaleźli się między innymi Kelly Clarkson czy Rob Zombie. Jego kariera zahaczyła również o YouTube – na kanale Fretted Americana od lat prezentuje swoje niesamowite umiejętności i wspaniałe, vintage’owe gitary wśród których pojawiały się już takie perełki jak stare dobre Rickenbackery czy Stratocastery z lat 50. Phil nie podejrzewał jednak, że jego internetowe popisy staną się przepustką do wielkich koncertów u boku legendarnej grupy Bon Jovi, do której po raz pierwszy dołączył w 2011 roku.

Podczas naszego spotkania mieliśmy okazję porozmawiać między innymi o jego sposobach na naukę trudnych partii gitary, prototypach jego przesterów i nowym wzmacniaczu Friedmana sygnowanym jego nazwiskiem. Nie zabrakło też wielu wskazówek dotyczących tego jak udaje mu się ukręcić najlepsze rockowe brzmienie!

Gitarzysta: Przez wiele lat byłeś fanem vintage’owego Marshalla. Przerzuciłeś się jednak na sprzęt marki Friedman. Co sprawiło, że podjąłeś taką decyzję?

Phil X: To wynik mojego spotkania z Davem Friedmanem, który jest po prostu genialnym inżynierem dźwięku! Gość zagląda do wzmacniacza i czyta go jak książkę! Wie o tym sprzęcie naprawdę wszystko! Zagrałem na BE-100, czyli jednym z popularniejszych modeli Friedmana i już wtedy jego brzmienie mnie powaliło. Dave pozwolił mi wziąć jeden egzemplarz na próbę. Podłączyłem gitarę, zacząłem grać i po chwili uświadomiłem sobie, że to najlepszy wzmacniacz na jakim kiedykolwiek grałem! To co robiła ta skrzynka było jak precyzyjna odpowiedź na zachowanie moich palców na gryfie. Kiedy mocno kostkowałem, słyszałem gniew, a potem czułem jak maleje, gdy zaczynam uderzać struny nieco lżej. Po tym doświadczeniu poczułem jakby Dave stworzył ten sprzęt specjalnie z myślą o mnie.

Było jednak coś, czego bardzo mi brakowało. Ukręcając klasyczne brzmienie w stylu AC/DC albo Jimmy’ego Page’a lubię zmniejszyć poziom gainu. Kiedy robiłem to tutaj, magiczny sound, który tak mnie zachwycił wiele tracił. W tym samym czasie Dave zadzwonił do mnie z propozycją wspólnego zaprojektowania wzmacniacza. Zapytał co zmieniłbym w BE-100 gdybym mógł go customowo zmodyfikować. Opowiedziałem mu o problemie z gainem, a on bez zastanowienia odpowiedział, że może zrobić specjalne odcięcie gainu, które będzie kompletnie niezależnym torem. Bez wahania przystałem na jego propozycję i po jakimś czasie otrzymałem pierwszy prototyp. Było blisko, ale dźwięk był nieco przytłumiony i brzmiało to tak jakby gain został całkowicie wyłączony. Nie było w tym wystarczającej przestrzeni. Dave od razu powiedział, że rozwiązanie tego problemu będzie bardzo proste ale muszę koniecznie do niego przyjechać. Wybrałem się do jego pracowni w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Usiadłem z gitarą pośród wszystkich tych części, lutownic oraz wzmacniaczy i zacząłem grać. Najpierw akord E, potem kilka riffów. Dave pozmieniał coś we wzmacniaczu i spytał czy teraz jest lepiej. Nie było najgorzej, ale brzmienie wciąż załamywało się gdzieś po drodze. Dave stwierdził, że spróbujemy tych samych wartości, ale z wykorzystaniem ceramicznych komponentów. Odpowiedziałem mu: „Człowieku, nie mam pojęcia o czym do mnie mówisz.”. Poczekałem chwilę aż wprowadzi zmiany i pamiętam jak dziś, kiedy nagle odwrócił się do mnie i stwierdził: „Hej, mam pomysł!”. Podłączył coś w środku dwoma klipsami przytwierdzonymi do przewodu i poprosił, żebym zagrał akord E. I wtedy odezwały się chóry anielskie. To było dokładnie to, o co mi chodziło. Dave stwierdził tylko, że w takim razie skończyliśmy pracę, po czym zapisał coś na kartce, która trafiła później na biurko konstruktora. I tak powstała głowa o której zawsze marzyłem.

Czy ten wzmacniacz jest już dostępny na rynku? Jaki jeszcze sprzęt wykorzystujesz do grania na żywo?

Tak, to Friedman X. Dwa takie wzmacniacze mam w swoim racku, który towarzyszy mi podczas koncertów z Bon Jovi. Brzmienie miksuję dodatkowo ze 100-watowym Marshallem JMP z 1976 roku. To właściwie wystarcza bo nie jestem gościem, który szczególnie lubuje się w pedalboardach. Kiedy gram z The Drills korzystam może z dwóch dodatkowych przesterów i robię to tylko dlatego, że odrobinę zmieniają charakter brzmienia w poszczególnych kawałkach. W Bon Jovi dochodzi do tego jedynie delay i talk box, który jest niezbędny w Livin’ On A Prayer. Mam też wah, który wykorzystuję przy solówkach i jakiś chorus. To chyba wszystko z czego korzystam.

Jest jednak pewna ciekawostka. Przestery, których używam to modele prototypowe. Ludzie naprawdę mnie za to nienawidzą. Od czasu kiedy rozpocząłem pierwsze próby z Bon Jovi do dnia rozpoczęcia trasy przerobiłem jakieś 25 różnych modeli. Wśród nich jest prototyp, do którego wciąż wracam czyli przester od włoskiej firmy LAA Custom. Carlo, który ją prowadzi to świetny gość. Kiedyś rzuciłem luźną sugestię, że ich efekt overdrive, oprócz pokrętła „Control” mógłby również posiadać gałki „Treble” i „Bass”. Jakiś czas później dostałem od nich dokładnie takie urządzenie. Byłem w szoku bo to naprawdę rewelacyjny sprzęt!

Kolejna kostka z której korzystam to Saucy Box od firmy Way Huge. Kiedyś rozmawiałem z Jeorgem Trippsem i powiedziałem mu, że kocham ten efekt ale brakuje mi nieco przestrzeni kiedy rozkręcam Volume. Długo nie musiałem czekać na Saucy Box, który brzmiał dokładnie tak jak chciałem! Napisałem do Way Huge, że potrzebuję jeszcze jednego, na co Jeorge odpisał, że musi zajrzeć do swoich notatek bo nie wie co tak na prawdę zmienił w prototypie, który mi wysłał. Maniacy sprzętowi są wyjątkowo niepocieszeni, że obydwa przestery, z których korzystam w Bon Jovi to unikaty, których nie ma nikt na świecie. Na pocieszenie mogę tylko dodać, że już niedługo wychodzi moja sygnowana kostka od LAA Custom czyli Fuck Jazz. Prototyp na zawsze zostanie ze mną w pedalboardzie Bon Jovi, ale to niemal dokładnie ten sam model.

To chyba tyle jeśli chodzi o efekty z których korzystam: wzmacniacz i dwa przestery stanowią rdzeń mojego brzmienia. Na tym sprzęcie mogę wykręcić zarówno Van Halen jak i AC/DC. I to jest w tym wszystkim najlepsze!



Pedalboard Phila ma kilka prototypowych drive'ów, w tym wymownie nazwany "Fuck Jazz" firmy LAA Custom.


Jego gitary mają dość masywny gryf, który porównać można do LP z 1958 roku, choć jest on nieco szerszy przy siodełku.

Mandarynkowy metalik z rajdowymi pasami ma tajną broń w postaci pickupów Arcane PX90 nawijanych specjalnie dla Phila.

Jako endorser Framusa, swoje gitary opiera na stylu "SG" z krótszą, gibsonowską menzurą. Pickupy wykonuje Arcane.

 

Jak układa się twoja współpraca z Bon Jovi? Cała ta przygoda znacząco ewoluowała…

To prawda. Wszystko zaczęło się w 2011 roku. Kilka ostatnich płyt Bon Jovi produkował John Shanks. Jon zadzwonił do niego z pytaniem czy nie ma na oku kogoś, kto mógłby zagrać z nimi gdyby zaszła taka potrzeba. Richie Sambora nie był wtedy w najlepszej formie. Jon musiał przygotować się na każdy możliwy scenariusz. Z jednej strony wyznaje on po prostu zasadę „show must go on” a z drugiej ma świadomość, że zatrudnia jakieś 150 osób, którym nie może po prostu powiedzieć „dzisiaj nie gramy bo nasz gitarzysta jest niedysponowany”. Nie można też zapominać o fanach, którzy wydają ciężko zarobione pieniądze nie tylko na sam koncert ale i na bilety lotnicze czy hotele. Odwoływanie występów byłoby bardzo nie w porządku.

John Shanks opowiedział Jonowi o gitarzyście z YouTube’a, który potrafi zaśpiewać i zagrać niemal wszystko co bierze na warsztat, a do tego wydaje się być ogarniętym gościem. Zasugerował, że to właśnie ten facet powinien trafić do Bon Jovi i jak pewnie się domyślacie chodziło właśnie o mnie. Ta historia jest o tyle zabawna, że poznałem Johna Shanksa na dwa tygodnie przed tym jak zadzwonił do mnie z tajemniczą propozycją. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy podszedł do mnie i powiedział, że uwielbia moje filmy. Podobno dzień wcześniej oglądał je przez 5 godzin. Mija czternaście dni, a gość dzwoni do mnie i mówi, że załatwił mi robotę, tylko nie może powiedzieć o co dokładnie chodzi. Następnego dnia, pojechałem do niego do studia i po konsultacjach z prawnikami i managerami podpisałem dokumenty, wśród których była klauzula o dochowaniu tajemnicy. Miałem być gitarzystą „na wszelki wypadek”, o którym nikt nie może się dowiedzieć. 14 kwietnia 2011 roku zadzwonił do mnie sam Jon Bon Jovi, przedstawił się i powiedział, ze zespół mnie potrzebuje. Poczułem jak w jednej chwili zmienia się całe moje życie…

Jak wygląda wasza współpraca z Jonem. Dobrze się dogadujecie?

To świetny gość. Mam jednak wrażenie, że okoliczności w jakich się poznaliśmy sprawiły, że jego stosunek do mnie był nieco inny niż w przypadku innych muzyków. W maju 2011 roku byłem ich awaryjnym rozwiązaniem a chwilę później, Richie poszedł na odwyk i wskoczyłem na jego miejsce. Każdego dnia Jon i wszyscy członkowie zespołu na każdym kroku okazywali mi ogromną wdzięczność. Co chwilę ktoś dziękował mi za to, że podjąłem się tego zadania. Jon po każdym koncercie, który z nimi zagrałem przychodził do mnie, żeby spytać jak się czuję. Był niezwykle uprzejmy. I kiedy w końcu powiedziałem, że chyba w końcu czuję się z nimi komfortowo, bez słowa dorzucił mi pięć kolejnych utworów do nauczenia. Tym sposobem, przez 13 koncertów, które wówczas zagrałem z Bon Jovi, ani razu nie udało mi się już wyluzować (śmiech).

Ile piosenek obejmowała setlista?

Kiedy zaczynałem z nimi grać, znałem 25 kawałków. Później liczba ta wzrosła do 30 a następnie do 35. W 2013 roku rozpoczęła się trasa po Europie. Koncerty trwały 3 i pół godziny i na potrzeby tych występów opanowałem kolejnych 10-20 kawałków. To było naprawdę szalone. Musiałem korzystać z nut bo ostatnie czego chciałem to „Wanted Dead Or Alive” pojawiające się w mojej głowie kiedy właśnie próbuję opanować dwie nowe piosenki. Mózg potrafi się nieźle zlasować kiedy czujesz jakbyś grał na 12 różnych strunach. A przecież nie mogłem sobie pozwolić na żadną wpadkę.

Chcesz powiedzieć, że na scenie towarzyszyły ci ściągi?

Cóż… W tamtym czasie moim technicznym był gość o imieniu Takumi. Jego pomoc była nieoceniona. Zawsze zabierałem ze sobą „kwity”. A ponieważ na trasie takiej kapeli jak Bon Jovi techniczni mają ze sobą każdy rodzaj sprzętu, Takumi laminował moje kartki z nutami na specjalnej maszynie. Kiedy pomagał mi ze zmianą gitary na scenie, przy okazji dyskretnie podmieniał dla mnie papiery. Takumi to świetny gość i rewelacyjnie wykonywał swoją pracę. Tak więc, faktycznie towarzyszyły mi ściągi. Oczywiście nie możesz polegać na kartce z nutami kiedy grasz koncert z Bon Jovi dla 20 tysięcy osób. Bardzo szybko chciałem się od tego odzwyczaić ale zdarzały się sytuacje w których spanikowany musiałem zerkać do moich „pomocy” i upewniać się, że teraz gramy solówkę a nie np. bridge.

Umiem czytać nuty i zapisywać dźwięki ze słuchu. W Los Angeles pracowałem na co dzień jako muzyk sesyjny. Kiedy nagrywasz z takimi ludźmi jak Kenny Aronoff, Abel Laboriel Jr, Chris Chaney albo Paul Bushnell nie możesz dać plamy, tym bardziej, że pracujecie dla dużych wytwórni i znanych artystów. A ponieważ pamięć bywa zawodna, nauczyłem się zapisywać utwory po jednym lub maksymalnie dwóch przesłuchaniach. Co zabawne, nie zawsze jest to profesjonalny zapis. Czasami robię to po prostu po swojemu. Grunt, żebym sam potrafił się w tym odnaleźć. Wielokrotnie wśród nut zdarza mi się napisać coś w stylu „come on, come on, come on, come on, boo-lah” albo „still of the night, still of the night, still of... ROZWIĄZANIE”. Dzięki takim notatkom wiem dokładnie kiedy mam zagrać dany riff. Takie rytmiczne słówka to najlepsze przypomnienie.

Czy wciąż zdarza ci się dużo ćwiczyć?

Trudno nazwać to ćwiczeniami pełnym znaczeniu tego słowa. Dużo komponuję, szczególnie jeśli chodzi o mój zespół The Drills. I kiedy tworzę, bardzo często próbuję opanować riffy, które sprawiają mi trudność. Jeszcze gdy miałem 18 lat i szybko robiłem postępy w graniu, wymyśliłem sobie zabawę „Opanuj Zagrywkę”. Polegało to na tym, że wymyślałem jakiś niedorzeczny riff, który był pozornie nie do zagrania, a następnie nie odkładałem gitary do momentu kiedy udawało mi się go opanować. Czasami trwało to 45 minut, a czasami 6 godzin. Grunt, że cały czas gitara była blisko.

Nieustannie rzucam sobie wyzwania. Bardzo często wymyślam różne zadania podczas warsztatów gitarowych. Jakiś czas temu, zdałem sobie sprawę z tego, że nie pamiętam już kiedy ostatnio ćwiczyłem tapping. W ramach wprawki postanowiłem zmodyfikować nieco kultowy riff Van Halen z Eruption. Znalazłem trójdźwięki, które pasowały do mojej koncepcji. Pierwsze dwa wchodziły mi bez problemu. Z trzecim miałem małe problemy techniczne. W takich sytuacjach siadam i na spokojnie próbuję sobie przetłumaczyć, że mogę zagrać wszystko! Wziąłem gitarę i przez dwie godziny opanowywałem riff w tempie 70 uderzeń na minutę. To bardzo ważne, żebyś to ty zapanował nad daną zagrywką, a nie ona nad tobą. Ludzie dziwią się, że kiedy nie umiem czegoś zagrać, zamiast oszukiwać riff i grać go w inny sposób, próbuję do skutku. Odpowiadam, że przecież o to chodzi w byciu muzykiem, prawda?