Rick Savage (Def Leppard)
Wywiady
Rick Savage (Def Leppard)

Był rok 1987. Rick Savage cieszył się wakacjami spędzanymi w Dublinie, kiedy zadzwonił do niego wokalista Def Leppard, Joe Elliott, prosząc o natychmiastowy powrót do Holland’s Wisseloord Studios gdzie chwilę wcześniej zakończyły się nagrania do czwartego albumu grupy, zatytułowanego „Hysteria”.

2018-04-05

Do niemal gotowego materiału doszła nowa piosenka. Historia rocka niejednokrotnie udowadniała, że największe przeboje powstają na ostatnią chwilę. Ostatnim numerem nagranym na płytę „Hysteria” było „Pour Some Sugar On Me” czyli jedna z najbardziej znanych piosenek zespołu Def Leppard.

„Jeśli dobrze pamiętam, byłem już pogodzony z myślą, że definitywnie zakończyłem pracę nad płytą. Czekałem już tylko na wieści dotyczące miksów” – mówi Savage, z którym spotkaliśmy się w Londynie, w siedzibie jego wytwórni. Zostaliśmy zaproszeni do studia pełnego sprzętu gitarowego i płyt winylowych. Jak łatwo było się domyślić, było to idealne tło do rozmów o rock’n’rollu… „Wszystko zaczęło się od tego, że legendarny producent Mutt Lange uznał, że płyta wciąż nie ma ‘tego czegoś’” – opowiada dalej Rick – „Wróciliśmy do studia i w ciągu czterech dni nagraliśmy kolejny numer. To ciekawe, zważywszy na to, że cała płyta powstawała pięć lat! Możesz sobie wyobrazić radość wytwórni, kiedy usłyszeli, że postanowiliśmy dograć do materiału coś nowego (śmiech).”

 

W 2017 roku, minęło dokładnie 30 lat od premiery czwartego albumu Def Leppard. To jedno z bardziej kultowych wydawnictw w historii rock’n’rolla. „Hysteria” to futurystyczna produkcja, wpadające w ucho melodie, chwytliwe akordy i techniczne smaczki. Tytuł tej płyty wydaje się idealnie pasować do zarejestrowanego wówczas materiału. Siedem singli z „Woman” i „Rocket” na czele zmieniło Def Leppard w jeden z największych zespołów wszech czasów. Była to również pierwsza płyta, na której Rick Allen grał jedną ręką po tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło w 1984 roku. Po trzydziestu latach, zespół wciąż jest w formie, co regularnie udowadnia podczas występów na festiwalach i stadionach całego świata.

„Granie rocka jest u nas instynktowne” – tłumaczy Savage zapytany o magię stojącą za Def Leppard – „Nie można jednak zapominać o tych piosenkach i aranżach, które wykraczały poza rockowe schematy. Choć nawet w ich przypadku było to spójne z naszą wizją zespołu. Pisaliśmy piosenki w których zwrotki niekoniecznie musiały od razu przechodzić do refrenów. A przecież po dziś dzień tak właśnie funkcjonuje wiele zespołów. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że byliśmy prekursorami zwodzenia słuchaczy. Bardzo często było tak, że słuchając naszych piosenek myślałeś, że to już refren, kiedy ten jeszcze się nawet nie zaczął. Mieliśmy nieskończoną liczbę pomysłów na ośmiotaktowe kawałki. Mutt, ze swoim otwartym umysłem, potrafił je idealnie posklejać do kupy. Potrafił zmieniać tonacje i tworzyć progresje, których nigdy nie zagralibyśmy ot tak. I właśnie dzięki temu tworzyliśmy coś ponad normę. Z drugiej strony, często prowadziło to do powstawania niesamowitych bubli. Natomiast kiedy udawało się odpowiednio połączyć puzzle, działa się prawdziwa magia!

Dobrym przykładem takiego nietypowego rozwiązania jest utwór ‘Animals’, gdzie wszystko opiera się na trzech akordach: Bb, C oraz D. Nagle wszystko podnosi się do góry o pół tonu i słuchacz od razu zwraca na to uwagę. W naturalny sposób prowadzi to do refrenu. Na końcu mamy A i znowu Bb co nieco zadziwia ale w ten pozytywny sposób. Zawsze chcieliśmy iść pod prąd. Nie chcieliśmy być modni i nawet jeśli wpisywaliśmy się w jakieś trendy, nie robiliśmy tego intencjonalnie. Def Leppard nigdy nie wyszło z mody… bo nigdy nie byliśmy modni! Nawet dzisiaj nie do końca wiemy jaki image nam pasuje i w jaki sposób powinniśmy ubierać się na koncertach. Bycie ‘w roli’ zawsze było w pewien sposób niekomfortowe. Ale daj nam akustyczne gitary i pianino… wtedy poznasz nasze prawdziwe oblicze. Wystarczy godzina, żeby powstało kilka nowych kawałków (śmiech).”

Rola kompozytora a nawet gitarzysty w tytułowym utworze na płycie „Hysteria” (Mutt stwierdził, że nikt oprócz niego nie ma odpowiedniego feelingu, żeby to zagrać.) pozwoliła basiście złapać odpowiednią perspektywę, niezbędną do tego, żeby wyciągnąć wszystko co najlepsze z 12 piosenek, które zespół tworzył przez pięć lat. Def Leppard chcieli zaliczyć „greatest hits” wydając tylko jeden album. Można powiedzieć, że w pewien sposób, zadanie zostało wykonane….

„Bas jest dla mnie niezwykle ważny” – wyjaśnia Rick – „Pierwsze sześć płyt zespołu Queen to mistrzostwo świata. Byłem ich ogromnym fanem. John Deacon grał tak, że lepiej bym tego nie wymyślił. Komponował idealnie zbalansowane linie melodyczne, które nie wybijały się z utworów. Podobny sentyment mam do Stinga, który zawsze zostawiał w kompozycji miejsce na oddech. Oczywiście bardzo pomocne było to, że był wokalistą i z większą świadomością podchodził do piosenek. Sting dbał o to, żeby bas nie kolidował z liniami wokalu.”

„Basista musi tworzyć pomost pomiędzy rytmem i kolorem” – podsumowuje Savage – „Robisz swoje i dodatkowo spełniasz prośby wszystkich innych członków zespołu. Z punktu widzenia indywidualności jesteś najmniej ważnym elementem grupy. Zawsze zależało mi na jak najlepszym brzmieniu gitar i to dawało mi radość. Ludzie chcą słuchać dobrych harmonii i wokalu. Zdarza mi się słyszeć, że ktoś za bardzo kombinuje z basem. Czuję wtedy, że taki delikwent trafił na niewłaściwy koncert. Jako gitarzysta zawsze zastanawiam się, jak chciałbym, żeby mój basista zagrał daną partię. Jeśli wiąże się to z trzymaniem groovu i brakiem ingerencji w melodię, to nie ma dyskusji i miejsca na kombinowanie. Dwie gitary grające to samo też mogą zabrzmieć bajecznie!”

Dla osób, które stawiają na techniczne granie, może to zabrzmieć jak świętokradztwo, ale Rick Savage zawsze stawia piosenkę na pierwszym miejscu. Wygląda na to, że taka recepta na udane numery sprawdza się już od kilku dekad. Podejście „mniej znaczy więcej” ma też kilka innych zalet…

„Niektóre nasze kawałki są naprawdę banalne. Melodia czasami w ogóle nie idzie do przodu. Mógłbym grać dźwięk A przez 16 albo i 24 takty a wolną ręką machać do naszych fanów zebranych pod sceną. Ale takie showmańskie zagrywki nie są dla mnie. Dobrą zabawę na koncercie rozumiem jako agresywne granie. Kostkę trzymam w taki sposób, że niemal drapię po strunach. Brzmi to trochę jakbym je skrobał. Grając ósemki osiągam niskie brzmienie w dolnych partiach i odpowiednią dźwięczność w górze. Można to porównać to basowego klawisza. Brzmienie jest bardziej krągłe i przestrzenne.”

Po reedycji bestsellerowego wydawnictwa, Def Leppard planują trasę koncertową w 2018 roku, na której usłyszymy „Hysterię” w całości. W kwestii występów na żywo nic się jednak nie zmieniło. Zespół nadal stawia na spójność i sprawdzone rozwiązania. Być może dlatego, Rick unika zaawansowanych układów elektronicznych lub przeładowanych sprzętem pedalboardów. Basiście Def Leppard od lat towarzyszy pięciostrunowy, customowy Jackson oznaczony sygnaturą Union Jack XB925.

„Mamy wiele presetów przygotowanych z myślą o koncertach, dzięki czemu nie muszę być uwiązany do mojego pedalboardu. Najprawdopodobniej nie byłbym najlepszy w te klocki” – śmieje się Sav – „Jeśli ktoś ma coś spierdolić, wolałbym, żeby nie padło na mnie więc minimalizuję ryzyko. Na pewno jest na świecie wielu basistów, którzy podchodzą do swojego grania bardziej artystycznie, przynajmniej jeśli chodzi o muzykalność. Nie zaliczam się do muzyków majstrujących każdego wieczoru przy korektorze graficznym tylko dlatego, że hala w której grają ma nieco inną akustykę. Takimi rzeczami powinien martwić się akustyk. Nasz jest najlepszy na świecie! Jacksony z których korzystam to po prostu kawałki drewna z elektroniką w środku. Nie są szczególnie skomplikowane, ale sprawdzają się i docenił je również nasz inżynier dźwięku. Do tej marki przekonał mnie Phil, który sam długo grał na Jacksonach. Z miejsca zakochałem się w pięciu strunach i niewymagającym gryfie. W niektórych gitarach miałem problem z jego grubością bo moje palce nie należą do najdłuższych. Po tym jak pierwszy raz zagrałem na Jacksonie po prostu poprosiłem ich, żeby zrobili kilka modeli z myślą o mnie.”

Za brzmieniem Ricka stoi również głowa Gallien-Krueger Fusion 550 wpięta w dwie paczki 4x10. W przypadku sprzętu basowego, w Def Leppard nic nie zmieniło się już od kilku tras koncertowych. Basista sam przyznaje, że mógłby grać nie zwracając uwagi na to do czego się podpina. Po co zawracać sobie tym głowę jeśli można zminimalizować ryzyko tego, że coś może pójść nie tak… „Nie jestem maniakiem, jeśli chodzi o sprzęt” – deklaruje Rick – „Jeśli coś brzmi dobrze po prostu się tego trzymam. Dwa Gallien-Kruegery w zupełności mi wystarczają. Lubię ich spektrum dźwięku, które zadowala mnie niezależnie od tego jak ustawiony jest korektor. Od razu po pierwszym podłączeniu słychać tą krągłość brzmienia. Co ważne, nie ma tu żadnych częstotliwości, z którymi trzeba by walczyć podczas koncertów.”

Opowieści o sprzęcie i podejściu do basu, które mogliście przeczytać wyjaśniają dlaczego mało kto widział, żeby Rick wyrzucił kostkę i zaczął grać kciukiem. Artysta również w tej kwestii pozostał rozbrajająco szczery: „Nie zagrałbym na żywo bez kostki z bardzo prostego powodu: nie jestem wystarczająco dobry. Nie jestem do tego przygotowany technicznie, więc realizator przeżyłby chyba swój największy koszmar. To byłaby istna symfonia niespójnych dźwięków. Oczywiście nieco inaczej wygląda sprawa w studio. Na płycie ‘Slang’ jest utwór ‘Blood Runs Cold’, który w całości zagrałem palcami. Był to jedyny sposób, żeby osiągnąć określone brzmienie pomiędzy stawianymi dźwiękami. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas koncertów gram to inaczej. Niestety nigdy nie będę jak Jaco Pastorius. Nie potrafię zadbać o odpowiednią technikę kiedy ludzie patrzą mi na palce. Czułbym się zablokowany ze świadomością, że ktoś właśnie studiuje moje ruchy palców. Różni ludzie są przyzwyczajeni do różnych rzeczy. Wszyscy wypracowujemy sobie własny styl, który jednym się spodoba a innym nie. Szanuję Billy’ego Sheehana z zupełnie innych względów niż Johna Deacona, ale oboje są cholernie dobrymi muzykami!”

Po wyeliminowaniu przez Ricka większości pułapek, które czekają na basistę w zespole, nie mogliśmy nie zapytać, czy przy takim podejściu do grania, wciąż można popełnić błąd… „Tym, na czym basista może najczęściej polec jest timing” – zwraca uwagę Rick, kiedy nasza rozmowa powoli zaczyna dobiegać końca – „Wszystko rozbija się o wewnętrzny zegar, który musi działać w oparciu o odpowiednie wyczucie, synchronizując się jednocześnie z perkusistą. Młodzi basiści mają tendencję do wpadania w sidła tzw. feelingu i wyczucia odpowiedniego groovu. Powoduje to przyspieszanie zamiast równego trzymania się reszty zespołu. Jeśli zdarza ci się zapomnieć i popędzić do przodu, mam jedną radę: przestań wsłuchiwać się w werbel. To właśnie koncentrowanie się na nim sprawia, że zaczynamy przyspieszać. Jako basista, musisz skupić się na stopie. Jeśli twój umysł znajdzie to wewnętrzne połączenie wszystko wskoczy na właściwe tory. Zapomnij o wszystkim dookoła i skup się na rytmie, który gra stopa. Wtedy, nawet gdybyś chciał zagrać poza rytmem, będzie to bardzo trudne zadanie. Niesamowity fenomen!”