Carlos Santana & The Isley Brothers
Wywiady
Carlos Santana & The Isley Brothers

Carlos Santana oraz Isley Brothers dzielą się z nami swoimi refleksjami na temat ich magicznego spotkania na płycie "Power of Peace".

2018-01-16

Carlos Santana podzielił się z nami tajemnicą swojego sukcesu, polegającego na utrzymaniu się tak wiele lat w topie muzycznego biznesu: „Chodzi o granie prosto z serca. Trzeba być szczerym aż do bólu. Bez kręcenia, umizgiwania się, owijania w bawełnę, ściemniania, bez tanich wymówek. Daj ludziom to co masz w sercu aż do samego dna i w każdej granej nucie zawrzyj prawdę. To jest twoja ofiara. To jest przepis na to danie. A składniki niezbędne do jego przyrządzenia to szczerość, prawdziwość, prostolinijność, autentyzm, zaangażowanie, intensywność. Tak właśnie gram na swojej gitarze. I robiąc to nie można przegrać, ponieważ nie jest to już zawód, a droga życia.”

Carlos siedzi obok swojej żony i perkusistki Cindy Blackman Santany w foyer Electric Lady Studios w Nowym Jorku. Ich celem jest promocja albumu „Power Of Peace”, zrealizowanego w kooperacji z Ronem i Ernie z Isley Brothers, ale dla Santany przebywanie – jak nazywa to studio zbudowane przez jego przyjaciela – w „Kościele Hendrixa”, jest dla niego niewątpliwie czymś więcej niż tylko kolejnym promocyjnym eventem.

Jest życzliwy, serdeczny i szczęśliwy, że może porozmawiać nie tylko o nowym wydawnictwie, ale także o tym jak trzeba się poświęcić, aby utrzymać się w showbiznesie przez blisko 5 dekad. Nie obawia się także mówić prosto z mostu o tym, co kryło się za twórczymi eksplozjami w tamtych latach.

„Jimi Hendrix był Leonardem da Vinci gitary” – mówi Santana – „Stworzył specjalną sferę dla gitary elektrycznej, wymiar, który otaczał cię ze wszystkich stron. Wymyślił kwadrofonię, zanim ta powstała. Pamiętam, kiedy go zobaczyłem po raz pierwszy w San Francisco… Kochałem bluesa, uwielbiałem Jimmy’ego Reeda, ale kiedy usłyszałem Hendrixa, odnalazłem w nim wszystkich, których ceniłem, wszystkich gigantów, a także Curtisa Mayfielda i wielu innych gitarzystów. Mogłem wyśledzić wszystkich tych muzyków, z których czerpał inspirację. Ale pierwszy raz w życiu słyszałem jak ktoś maluje dźwiękiem „surround” za pomocą tylko jednej nuty. Moje serce po prostu stanęło.”

„To było brzmienie meskaliny i LSD. Nie da się operować w tej płaszczyźnie bez tego. Te rzeczy nie były dla mięczaków i jeśli nie miałeś odpowiedniego nastawienia umysłu, mogłeś się dosłownie zesrać ze strachu, bo nie dało się ukryć przed samym sobą. Ale to właśnie było to, co robił Jimi. Pomyślałem wtedy: „OK, widzę, co tu się dzieje – ten gość to szaman innego porządku i wymiaru.” Nie da się tworzyć takiej muzyki odpalając jedynie wzmacniacz i podgłaśniając wiosło. Musisz się przenieść duchem gdzieś indziej. Dla mnie i dla Jimiego, wehikułem do tego miejsca było LSD.”

HENDRIX A ŚWIATOWY POKÓJ

Przy obecnym świecie, stojącym na krawędzi politycznego kryzysu, manifest zawarty w muzyce przez Santanę wraz z Isley Brothers jest tym bardziej istotny: odpowiedzią jest pokój, miłość i wzajemne zrozumienie. I na płycie „Power of Peace” odciskają dość mocno swe piętno na najbardziej znaczących piosenkach o pokoju i miłości, jakie kiedykolwiek napisano. Wśród coverów znalazły się hity takie jak: Stevie Wonder „Higher Ground”, Marvin Gaye „Mercy Mercy Me (The Ecology)”, Curtis Mayfield „Gypsy Woman”, The Chambers Brothers „Are You Ready?” i „Love, Peace, Happiness”, Swamp Dogg „Total Destruction To Your Mind”, Billie Holiday „God Bless The Child” czy Eddie Kendricks „Body Talk”. Są tam także piosenki Dionne Warwick i Jackie DeShannon („What The World Needs Now Is Love Sweet Love”) oraz Muddy’ego Watersa i Willie Dixona („I Just Want To Make Love To You”), jak również całkowicie nowy utwór napisany przez Cindy (żonę Santany) pt. „I Remember”.

Jakkolwiek na „Power Of Peace” znajdziemy wszelkie oczekiwane kamienie milowe sześciostrunowego talentu Santany, to Ernie Isley pozostawił tu także kilka świetnych gitarowych fraz. Muzyk ten również ma na koncie sporo interesujących dokonań z lat 60. i 70., a jego instrumentalne dopowiedzenia do dźwięków granych przez Carlosa są tutaj mistrzostwem interakcji.

Artysta ma także swoje własne przemyślenia dotyczące Hendrixa. „Jimi Hendrix był gościem naszego domu i pracował dla Isley Brothers i dla całej naszej rodziny pomiędzy rokiem 1963 a 1965” – wspomina, stojąc w reżyserce Studia A Elextric Lady – „W roku 1963 miałem 11 lat i słyszałem już wielu świetnych gitarzystów, ale nigdy nie słyszałem nikogo kto grałby jak Jimi. Wydawało się, że na jego gitarze nie ma niewłaściwych dźwięków. Siadałem czasem w kuchni przy stole, odrabiając lekcje, i słuchałem jak on tam sobie ćwiczył. Mój młodszy brat Marvin pytał go czasem: ‘Hej Jimi, skąd wiesz kiedy zmienić struny?’ Chodziło mu o to, jak Jimi wydobywa takie dźwięki, ale miał tylko 10 lat. Hendrix wtedy przerywał i tłumaczył dzieciakowi tak jak umiał. Ale nie pamiętam, aby ktokolwiek inny grał wówczas w ten sposób. Możliwość obserwowania go i niemalże ‘stykania się łokciami’ była czymś wspaniałym. Był i już zawsze pozostanie genialnym muzykiem, którego wkład w światową muzykę jest nieoceniony. Tak więc są to wyjątkowe wspomnienia.”

SPRZĘT TO NIE WSZYSTKO

Isley grał na zaprojektowanej przez siebie, customowej gitarze Fender Zeal Stratocaster, wyposażonej w złoty osprzęt, podpiętej do wzmacniaczy Mesa Boogie oraz Fender. Korzystał także z efektów takich jak Pro-Co ‘Rat’ (w ilości 2 sztuk), trzy efekty BOSS-a: flanger, chorus i tuner, Roger Mayer Octavia, Dunlop Crybaby Wah, Univibe oraz Rotovibe. Jego natychmiast rozpoznawalne brzmienie wypełnia całą płytę, ale prawdopodobnie najbardziej charakterystyczne są partie rytmiczne w coverze Marvina Gaye’a. „To co kładę na podłodze, pomaga mi uzyskać mój własny sound” – wyjaśnia Isley – „Ale kiedy się nastroję, podłączę, zapytam ‘jaka piosenka’ i on zacznie grać… wow! Musiałbyś to usłyszeć. Powiedzieć, że Isley Brothers i Carlos Santana grają na jednej płycie, to nic nie powiedzieć. Trzeba tego posłuchać, by zrozumieć czego razem dokonaliśmy i nie jest to coś czego nasi fani mogli się spodziewać. Jest więc efekt zaskoczenia u słuchaczy, miłośników muzyki, a w szczególności dla gitarzystów, dzięki czemu jest to tak zadziwiające.”

Jeśli chodzi o Santanę, to w nagraniach oparł się na swoim sprawdzonym przyjacielu, 24-progowej gitarze Paul Reed Smith z pojedynczym wycięciem, w wykończeniu „Gold Leaf”, uzupełnionym na tej płycie Fenderem Stratocasterem Relic. Gitary wpięte były do wzmacniaczy Mesa Boogie Snakeskin, Kingsnake, Bludotone, a z piecy za pomocą splittera Pete Cornisha do paczek Dictator 4x12 i Tone Tubby 4x12. Ulubionym efektem Carlosa podczas tych sesji był Geoffrey Teese RMC 10 Wah.

Ale jakikolwiek by nie był sprzęt, ten mistrz gitary twierdzi, że to na czym polega najbardziej, to własne uszy. Szczególnie w przypadku projektów takich jak ten. „W swojej głowie słyszałem to co chciałbym osiągnąć podczas tych sesji jeszcze zanim weszliśmy do studia” – mówi – „Czułem w sobie ducha muzyki afrykańskiej, na której się wychowałem. Ale przede wszystkim, pierwsze skrzypce zagrały tu moje wewnętrzne przekonania, których staram się zawsze trzymać blisko, a które można by sprowadzić do trzech nakazów: komplementuj, komplementuj i jeszcze raz komplementuj. A jedynym sposobem, by tego dokonać, jest wsłuchiwanie się w innych.”

„Nauczyłem się jednego ważnego słowa od Magica Johnsona” – kontynuuje Santana, nawiązując do swojego przyjaciela i legendy koszykówki – „On powiedział mi tak: ‘Kiedy przyjęli mnie do Lakersów, zawierzyłem się Kareemowi Abdul-Jabbarowi.’ Ja na to: ‘Och, to naprawdę mocne słowo – zawierzyć – powierzyć swój los komuś takiemu, co oznacza szacunek dla tych co byli tu przed tobą. Magic nauczył mnie zawierzać się innym ludziom. Tak więc i tym razem, oddałem swój los w ręce wokalistki, drugiego gitarzysty i perkusistki. Oczywiście kiedy jest moja kolej, biorę ster we własne ręce, ale uwielbiam także być narzędziem w rękach innych muzyków, bo to oznacza, że mój duch jest czysty, obecny i gotowy na tę sytuację.”

Carlos twierdzi, że nie zmieniał nic w swoim podejściu do gitary, kiedy grał z Isleyami. „Wiesz, nawet nie musiałem się oglądać na drugiego gitarzystę. Po prostu w głębi duszy ufałem, że jego częstotliwość zgrywa się idealnie z moją częstotliwością” – mówi – „Obaj słuchamy wokalistów. Kiedy jesteś osłuchany z muzyką wokalną, wiesz jak zagrać by wnieść coś do utworu, ale im nie przeszkadzać, czy jest to Billie Holiday, czy Mahalia Jackson, czy Ron Isley. Trzeba wiedzieć kiedy grać, a kiedy siedzieć cicho i nie wchodzić na ich nuty. Więc nie, nie zamierzałem zmieniać swojego podejścia. Wiedziałem, że Ernie spędził wiele czasu z Hendrixem, ale nie traktowałem tego jako rywalizacji. Starałem się po prostu skomplementować własnymi dźwiękami to co powstawało poprzez wspólny, twórczy wysiłek. I poczułem od pierwszego spotkania, że on ma do tego takie samo podejście jak ja.”

Pomimo to, Santana nie unikał także momentów, w których gitara mogła wyjść na pierwszy plan. „Kiedy Ronnie nie śpiewał, ja i Ernie mogliśmy przejąć rolę ‘wokalistów’” – wyjaśnia – „Z całym szacunkiem, ale nie słucham zbyt dużo gitarzystów, chyba że nazywają się Wes Montgomery lub Kenny Burrell. Lubię kiedy gitarzysta brzmi jakby śpiewał na instrumencie, kiedy nie gra tylko nut, skal czy akordów, a gra życiem. To właśnie robią wokaliści: wyrażają życie i opowiadają historie. Takich właśnie gitarzystów jestem w stanie słuchać. Tych, którzy opowiadają historię i opowiadają je ciekawie. Myślę, że obaj z Erniem zgadzamy się w tym temacie.”

DŻOB MARZEŃ

Z jego strony, nawet pomimo zaszczytów i wyróżnień jakie spotkały go na jego muzycznej drodze, czuć wyraźną fascynację Santaną. „Widziałem Carlosa na Woodstock w sierpniu 1969 roku, kiedy grałem na gitarze niecały rok” – wspomina Ernie – „Więc w pewnym sensie patrzę na kogoś, kto przecierał ścieżki muzycznej branży przede mną, na ikonę. Człowieku, to przecież Carlos Santana we własnej osobie! Jest fenomenalnym muzykiem i fenomenalnym gitarzystą. Można powiedzieć, że granie z nim to zaszczyt i przyjemność.” Kiedy przypominamy Isleyowi o jego własnych osiągnięciach i komplementach, jakimi obdarzył go Carlos, gdy rozmawialiśmy z nim kilka minut wcześniej, zaśmiał się: „Yeah, hmm, w takim razie była to nasza obopólna przyjemność.” – mówi z uśmiechem od ucha do ucha.

„To było niesamowite, kiedy oglądałam to zza bębnów, komunikacja pomiędzy nimi była gładka jak jedwab” – mówi Cindy, kiedy pytamy ją o kooperację Isleya z jej mężem podczas sesji – „Nie sądzę, aby grali ze sobą wcześniej, a pomimo to wszystko szło sprawnie, i czasem tak zręcznie, że trudno było uwierzyć. Ale dzięki temu cały zespół złapał ten dryg. Wszyscy zagraliśmy odrobinę lepiej niż zwykle, dzięki tym dwóm dżentelmenom.”

Ronnie Isley potwierdza to i dodaje, że jakkolwiek wybrane na płytę utwory miały silny ładunek duchowy, to właśnie gitarowy aspekt, wniesiony przez jego brata i Santanę, sprawił że muzycy dali z siebie wszystko. „Z takimi kawałkami nie można się pomylić” – mówi Ron – „To są po prostu wspaniałe piosenki. Ale słuchanie tych dwóch gości grających na gitarach spowodowało, że pracowałem jeszcze ciężej niż zazwyczaj. Tym bardziej, że wszyscy mieliśmy świadomość jak ważny jest przekaz, który ta płyta niesie w tych niespokojnych czasach.”

„To jest lekarstwo łagodzące częstotliwości fałszu, rozdętej jak balon arogancji, strachu, podziałów, separacji, i poczucia wyższości jakie kiełkuje w wielu ludziach” – dodaje Santana – „Tą muzyką chcemy wszystkich wznieść na poziom świadomości, dzięki któremu zdadzą sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy ważni i istotni, więc powinniśmy traktować się wzajemnie w taki sposób.”

Carlos zauważa, że jakkolwiek partie gitar miały spory wpływ na ostateczny kształt tej płyty, to zupełnie kluczowym elementem był śpiew Ronniego Isleya. „Za pomocą swego głosu, Ronnie rzeźbi nuty w szklanej bryle czasu” – wyjaśnia – „To ważne, by wyobrazić sobie kształtowanie formy ze szkła, które jest gorące. I ty także masz w sobie coś gorącego i możesz to przekształcić w coś pięknego. On ma w sobie tego ognistego ducha i potrafi przemienić swój głos w niebieski, biały lub czerwony płomień tuż przed twoimi oczami, za każdym razem.”

OBUSTRONNA GRATYFIKACJA

Kiedy pytamy Erniego, czy przychodzi mu do głowy jakiś jeden wyjątkowy moment z tej sesji, odpowiada nam: „Wyjątkowy był cały zespół i cała ta sesja. Wiesz, słuchając piosenki, partii gitarowej, ze świadomością, że gra tu sam Carlos Santana, tuż obok mnie, to było coś co wywarło na mnie spore piętno w pozytywnym sensie. Ale jeszcze większe wrażenie na mnie zrobiło to, że kiedy ja grałem partię solową, Carlos miał na twarzy dokładnie taki sam wyraz, jak ja chwilę wcześniej.”

Santana także przyznaje, że wspólne granie z Isleyami było jak sen na jawie. „Dla mnie temat zaczął się w okolicach roku 1962” – mówi – „Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Tijuany, Isley Brothers byli dla mnie czymś nieosiągalnym. To była galaktyczna muzyka, która obiegała świat tak jak Michael Jackson czy The Beatles. Ich wykonanie ‘Twist and Shout’ sprawiało, że czułem się, jakbym był wraz z wokalistą na jakiejś pozaziemskiej, galaktycznej przygodzie. Słuchałem ich na szafie grającej, a głośniki jakby eksplodowały. Wiesz, to było coś w stylu: ‘Cholera, co to jest?’ Brzmiało to jak jakaś kosmiczna sekta, która wyskakuje z odbiornika i krzyczy: ‘Przyłącz się do nas, potrzebujemy cię, by stworzyć muzyczne lekarstwo, które uzdrowi tę planetę wibracją dźwięku, zapraszającego ludzkość, by zaakceptowała swą boskość.’”

Ponad 50 lat później, „Power Of Peace” jest dopełnieniem drogi, którą wybrał Santana po kontakcie z ‘pozaziemskim’ hitem Isley Brothers. „Bóg zesłał mi światło, dzięki któremu mogę czynić cuda i rozdawać błogosławieństwa za pośrednictwem mojej gitary” – kontynuuje Santana – „Wiesz, nie bez powodu ludzie nadal gadają o Woodstock. Mówią o tej imprezie, bo to było coś co wykroczyło poza politykę i religię. To była czysta, transcendentalna duchowość. A duchowość to coś zupełnie innego niż religia. Z całym szacunkiem, duchowość jest jak deszcz z nieba, a religia jest jak Pepsi, albo Coca Cola. To prawdziwy cud, że miałem okazję zagrać z tymi fenomenalnymi muzykami. I jeśli to pomoże wprowadzić tę planetę w drgania o nowej częstotliwości – dać ludziom duchowość poprzez muzykę – wtedy udało nam się to co sobie założyliśmy.”

Na koniec dzieli się też radą z gitarzystami, czy to grającymi w domu, czy na stadionach. „Muzycy muszą pamiętać, że potrzebują szczerości, prawdziwości i uczciwości” – mówi, kiedy się żegnamy – „Ale najważniejsze w tym wszystkim jest, by zestroić swe serce tak, aby przymioty te wypływały naturalnie z jego głębi.”