Wojciech Strzelecki (Kwartet ProForma)
Wywiady
Wojciech Strzelecki (Kwartet ProForma)

Zaczęło się od pretensji o wykonywanie piosenek Stanisława Staszewskiego, ale później było już tylko lepiej. Od 2012 r. z roku na rok Kwartet ProForma coraz częściej koncertuje z Kazikiem Staszewskim.

Krzysztof Kowalewicz
2017-12-08

Po trzech latach kooperacja artystów zaowocowała koncertowym materiałem „Wiwisekcja”, a niedawno wydali premierowy materiał „Tata Kazika Kontra Hedora”, który był pretekstem do rozmowy z Wojciechem Strzeleckim, basistą grupy.

Krzysztof Kowalewicz: Od początku gracie w piątkę. To dlaczego nazywacie się kwartetem? Ktoś jest mniej ważny, a może udaje, że gra?

Wojciech Strzelecki: Może dlatego, że od początku istnienia grupy nie graliśmy w piątkę. Zaczynaliśmy jeszcze bez perkusisty Marka Wawrzyniaka.Wtedy zrodziła się nazwa. Kiedy już Marek do nas doszedł, byliśmy już kojarzeni jako Kwartet ProForma i nie chcieliśmy tego zmieniać, mieszać słuchaczom w głowach.

Zanim była ta „ProForma” było ostre metalowe granie. Kto, z kim, gdzie?

To kawałek historii poznańskiej sceny metalowej z końca lat 90-tych, może nie tej najbardziej znanej. Przemek Lembicz, nasz wokalista, co ciekawe, grał na basie w Lebenssteuer. Ja udzielałem się w formacji R99, gdzie grałem na basie, jeszcze wtedy czterostrunowym. Tam śpiewał późniejszy wokalista Leben. Z Przemkiem i jego bratem Piotrem (gitara) graliśmy w formacji Moabit, a Marcin Żmuda (klawiszowiec) razem z Markiem w Ad Patres. Zarówno Moabit jak R99 trudno określić, jako że instrumentalnie bliższe to było heavy, jednakowoż w obu przypadkach wokal być zdecydowanie nieheavymetalowy. Moabit zresztą leżał też w dużej mierze blisko thrashu. Ad Patres określano jako Atmosheric metal. Dla mnie to było metalowe progresywne granie. Lebenssteuer to projekt klawiszowca Aion, tak więc dużo elektroniki, sporo wyrazistych klawiszowych wstawek. Marcin zresztą również udzielał się przez jakiś czas w zespole Aion. Moja fascynacja metalem zaczęła się dość przypadkowo, kiedy usłyszałem pierwszy raz płytę „RideThe Lightning” Metalliki, ale nie do końca zadowalała mnie ich ekspresja, więc w tej chwili może to dość banalnie zabrzmi, ale od lat numerem jeden jest dla mnie Slayer. Uważam, że zespół metalowy tak właśnie powinien brzmieć.

W porównaniu z kolegami z zespołu z Twojej metalowej fryzury nic nie zostało.

Najważniejsze jest to, co jest w środku. Jak się patrzy na takiego Kerry Kinga (gitarzysta Slayera – przy. kk), to można powiedzieć, że nawet w takiej fryzurze coś z tego metalu jest.

Twój pierwszy instrument?

To był czeski bas Jolana, całkiem fajny, ale nie stroił tak mniej więcej od 12 progu. Przyznam, że wtedy jeszcze wyżej nie grywałem. Dawało się na tym basie grać, ale to bywało męczące.Wspominam te gitarę ciepło raczej z tego powodu, że to mój pierwszy bas. Natomiast jeśli chodzi o samo zostanie basistą, to o tym zdecydował przypadek. Mieliśmy zespół amatorski grający coś pomiędzy punkiem a metalem, ale brakowało w nim basisty. Miałem już za sobą trochę grania na gitarze. Zgodziłem się spróbować basu. Przyłożyłem się do tego instrumentu na tyle mocno, że już na gitarze rytmicznej zdecydowanie nie chciałbym grać. Jolana to był instrument na tyle tani, że można było zaryzykować jego kupno, żeby następnie się go ewentualnie pozbyć, gdyby bas mnie jednak nie wciągnął. Tak też zrobiłem i po czterech latach kupiłem lepszą… Jolanę, która dla odmiany stroiła również powyżej 12 progu.

Kolejny bas był mało znanej firmy Encore, a następnie już pięciostrunowy GMR. Zachwyciło mnie jak na pięciostrunowym instrumencie można sobie poszerzyć wachlarz możliwości i skalę. Grałem już trochę lepiej i taka gitara dawała mi większe możliwości rozwoju. Już nawet nie chodziło o to, że miała więcej strun, tylko, że była po prostu lepsza. No, a od 2012 roku gram na Warwicku. To bas, który znakomicie brzmi nie tylko w dolnych rejestrach, ale również w górnych. Ma bardzo wygodną podstrunnicę, a gryf jest na tyle szeroki, że wygodnie się gra również klangiem, co w przypadku sześciostrunowców nie jest takie oczywiste. Mostek Warwicka umożliwia też dodatkowe, poza wysokością i ustawieniem menzury, opcje regulacji i ustawienia rozstawu strun i dopasowania pojedynczej struny do promienia podstrunnicy. Tego GMRa przerobiłem przy udziale lutnika na bezprogowca, ale kompletnie mnie ta formuła nie przekonała.

Dlaczego korzystasz z aż sześciostrunowców?

Po prostu z czasem zacząłem wybiegać w górne rejestry, nawet w graniu akordowym. Jest np. taki utwór „Samotni ludzie” na „Wiwisekcji”, gdzie gram na granicy możliwości skali 6-strunowego basu. Musiałem się przyzwyczaić do sześciostrunowca. Ta szósta struna na początku haczy, szczególnie przy klangowaniu. Utwory ProFormy mamy tak zaaranżowane, że teraz na innym niż sześciostrunowy bas nie byłbym w stanie ich wykonać.

Basowi mistrzowie...

Dla mnie to przede wszystkim Les Claypool z Primusa. To nawet nie chodzi o technikę, chociaż oczywiście też, bo jest powalająca, ale przede wszystkim cenię u niego nieprawdopodobną pomysłowość, która otworzyła mi nowe spojrzenie na ten instrument. Po pierwsze: granie solówkowe. Po drugie: bardzo charakterystyczne zagrywki w sytuacjach klangowych. To jest to czego się od niego bezpośrednio nauczyłem. Bardzo dużo opanowałem z jego techniki grając sobie z płytami Primusa. U Steve’a DiGiorgio cenię przede wszystkim szybkość i różnorodność. Jeżeli chodzi o melodyjność i powiedzmy tempo grania klasycznego, to na pierwszym miejscu stawiam równolegle Steve’a Harrisa z Iron Maiden i Geddy’ego Lee z Rush. Natomiast co się tyczy możliwości wykorzystania instrumentu w sensie melodycznym, takiego solówkowego, bezkonkurencyjny jest oczywiście Marcus Miller.

Dzięki komu opanowałeś bas?

Najpierw sam poznawałem tajniki gry na basie. Wspomagałem się podręcznikami, ale z książek można nauczyć się jedynie podstaw, a potem to już trzeba pracować z zespołem.Współpraca z perkusistą jest fundamentalna dla basisty. Po eksperymentach ze wspomnianymi Jolanami wpadł mi w ręce kontrabas. Do dzisiaj pamiętam pokój wujka w którym stał. Początkowo grałem na nim głównie palcami, bo tak rozumiałem swoją przyszłość na kontrabasie. Jak się okazało dobrze ją przewidywałem, bo rzadko mam kontakt ze smyczkiem, chociaż pojawia się na najnowszej płycie. Na kontrabasie tak naprawdę nauczyłem się grać w Szkole Muzycznej II stopnia na ul. Głogowskiej w Poznaniu. Siłą rzeczy więc wiele nauczyłem się z klasyki, chociaż na zajęcia do szkoły chodziłem w koszulkach metalowych zespołów. Dużo wyniosłem również z grania w orkiestrze. To uczy współpracy w dużym zespole ludzi, szybkiego reagowania na zmiany oraz czytania nut na bieżąco. Dalej już nie kontynuowałem edukacji na kontrabasie. Poszedłem w innym kierunku. Ukończyłem studia z psychologii i zacząłem szukać elementu łączącego psychologię z muzyką, w związku z czym jeszcze dodatkowo skończyłem muzykoterapię we Wrocławiu. Nie żałuję tych decyzji. Pracuję na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, a poza tym zajmuję się muzykoterapią dla dzieci.

 

Wszyscy równie mocno uwielbiacie twórczość Jacka Kaczmarskiego?

Teraz już tak jest, ale uczciwie Przemek był jej największym wyznawcą i stopniowo zarażał twórczością Kaczmarskiego. Zespół powstawał etapami. Zaczęło się od grania w duecie – Przemka z Marcinem. Po trzech latach niemal równocześnie doszedł Piotr i ja, a później jeszcze Marek, który – co ciekawe - zupełnie nie znał dokonań Kaczmarskiego. W oryginalnych wykonaniach z instrumentów są tylko dwie gitary i fortepian. Dlatego sekcję rytmiczną doaranżowywaliśmy do utworów Kaczmarskiego po swojemu, co z jednej strony jest trudne, bo te utwory miały pełną aranżację, w tym oryginalnym składzie, a z drugiej strony z Markiem możemy sobie poszaleć. W kilku piosenkach nie dołożyliśmy sekcji, zostawiając tak jak było. Wyszliśmy z założenia, że więcej można by zepsuć niż naprawić. Nie jesteśmy za łączeniem polityki z muzyką. To nie przynosi nic dobrego. Sam Kaczmarski wcale nie był specjalnie polityczny. To kontekst trudnych czasów PRL-u nadał części jego twórczości taki wolnościowy, wręcz rewolucyjny wyraz. Wbrew pozorom u Kaczmarskiego tej twórczości niepolitycznej jest bardzo dużo. W tekstach odnajdujemy nawiązania do dzieł literatury polskiej i światowej, malarstwa. Tam są treści uniwersalne, zero polityki.

A od kiedy gracie dorobek literacki Stanisława Staszewskiego?

Od samych początków naszego zespołu, jeszcze jako duetu. Pierwszy koncert Marcina i Przemka zaczął się od utworu „Jeśli zechcesz odejść, odejdź”. Początki naszego grania to był taki typowy coverband. Nie wstydzimy się tego. Na opracowywaniu, aranżowaniu cudzej twórczości można się naprawdę dużo nauczyć. Pierwsze autorskie kawałki pojawiły się jakoś około 2005 r. Nadeszła potrzeba udowodnienia sobie i publiczności, że jesteśmy w stanie stworzyć i zaprezentować coś w pełni autorskiego. Przemek ma podobną do Jacka Kaczmarskiego barwę głosu. Czuliśmy się coraz bardziej zaszufladkowani. Dzięki własnej twórczości zaczęliśmy z niej wychodzić. Teraz gramy zdecydowanie więcej własnych rzeczy. Jeśli nie ma jakichś ograniczeń tematycznych od organizatora, to podczas koncertów swobodnie przeplatamy nasze autorskie kompozycje, Staszewskiego i Kaczmarskiego.

Jak doszło do Waszego pierwszego spotkania z Kazikiem?

Nasze relacje zaczęły się niezbyt przyjemnie. Kazik dowiedział się o naszym występie z piosenkami jego ojca na Festiwalu „Poznań poetów” w 2007 roku i napisał do nas maila z pretensjami, jakim prawem wykonujemy te utwory. Odpisaliśmy grzecznie, że ZAIKS został odprowadzany i publiczne wykonywanie tego repertuaru jest jak najbardziej prawidłowe. Dzisiaj Kazik pytany o tamto zdarzenie, nie bardzo potrafi wytłumaczyć swoje wzburzenie. Z upływem lat nasze relacje stawały się coraz cieplejsze i lepsze. W 2012 r. lider Kultu odpowiedział pozytywnie na nasze zaproszenie do wspólnego występu na koncercie charytatywnym. Wystąpiliśmy praktycznie nieprzygotowani. Kazik przyjechał rano w dniu koncertu, pograliśmy trochę, a po południu trzeba już było jechać na próbę dźwięku. Później w kolejnych latach były pojedyncze koncerty, a potem mini serie występów.

Czyją inicjatywą był album „Wiwisekcja”?

Kazika, który zaproponował, żeby uwiecznić to, co wspólnie robimy w wydaniu koncertowym. Kazik sam przyznawał, że ten repertuar to odgrzewane kotlety, ale bardzo smaczne. Część utworów pochodziła z dawnego okresu solowej twórczości Kazika, która była nagrywana z wykorzystaniem programów komputerowych i sampli, praktycznie bez udziału żywych muzyków. Zdaniem Kazika te nasze wersje zasługiwały na rejestrację.

To musi być ciekawe przeżycie wziąć na warsztat takie kawałki jak „Oddalenie”, „Sztos”, czy „Malcziki”.

Właściwie wszyscy słuchaliśmy Kultu. Ja miałem ich winylowe płyty. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że kiedyś będę z Kazikiem nagrywał, to bym mu nie uwierzył. To było dla całego Kwartetu wielkie przeżycie.

Na najnowszy album wspólnie skomponowaliście muzykę do mało znanych wierszy dwudziestokilkuletniego Stanisława Staszewskiego. Baliście się, czy to się uda?

Takich obaw nie było, tylko zastanawialiśmy się, jak to wyjdzie. Na zbiór wierszy natrafiliśmy dzięki detektywistycznej wnikliwości Przemka, który współpracował z synem Kazika. Kiedy mieliśmy już zbiór tekstów, to każdy, również Kazik, wybrał utwory, które jego zdaniem nadają się do umuzycznienia. Przecież to są wiersze. Część z nich miała taką formę rytmiczną, która wykluczała umuzycznienie, natomiast część zdecydowanie się do tego nadawała. Dokonaliśmy wstępnej selekcji po czym w efekcie na płycie znalazły się inne teksty, a to dlatego, że w wielu przypadkach działaliśmy absolutnie spontanicznie. To był żywioł, tak więc wstępne ustalenia w dużej mierze nie zostały zrealizowane, ale dobrze się stało.

Generalnie kompozytorsko pracowaliśmy w ten sposób, że zaczynaliśmy grać jakiś motyw, a Kazik wertował tomik i wybierał tekst pasujący nastrojowo, emocjonalnie, konstrukcyjne i rytmicznie. Tak np. powstał „Kongres nauki polskiej”. Główny motyw wymyślił Kazik, który po prostu zaczął śpiewać linię melodyczną. W bardzo ciekawy sposób ukształtowały się dwie melodie. Utwór „Nic nie słyszę”, który płytę zamyka przyniósł Przemek. Muzyka w całości mu się przyśniła. Obudził się, zanotował i jest efekt. Z kolei motyw do „1947” skomponowałem mając 13 lat na bardzo naiwnym instrumencie klawiszowym i nagrałem go na kasecie. Teraz pracując nad utworami na ten album otworzyła mi się zakurzona klapka w głowie i zagrałem to kolegom. Pełna akceptacja. Prace kompozytorskie zajęły nam wspólnie z Kazikiem jakieś piętnaście prób, niekiedy tylko popołudniowych, a nieraz i całodniowych. Potrafiliśmy z jednej próby wyjść z czterema gotowymi utworami, a np. później przez dwa dni nie powstało nic konstruktywnego. Jak to Kazik mówi „nie jechało”. Nie było to poczucie klęski, ale nie kryliśmy niezadowolenia, że próba przeszła bezproduktywnie.

Jak się pracuje nad kompozycjami z Kazikiem? Traktował Was z pozycji „wiem lepiej”?

Nie było czegoś takiego. Okazało się, że Kazik ma do tworzenia otwarte podejście, potrafi przyjmować sugestie, uwagi, czy wręcz krytykę. Początkowo mieliśmy do niego bardziej nabożne podejście z racji tego, że słuchaliśmy jego nagrań, kiedy byliśmy w zasadzie dziećmi. Jednak nabożne podejście nie pomaga w komponowaniu. Kiedy się go już pozbyliśmy, to zdecydowanie lepiej nam się pracowało.

 

Sala, którą widać w teledysku do utworu „Gorzki płacz” to Wasze pomieszczenie na próby?

To piwnica w przedszkolu, którą wynajmujemy od siedmiu lat. Za tym miejscem przemawiają same atuty. Mamy tam wystarczająco dużo miejsca i całodobowy dostęp, co jest nie do przecenienia w przypadku wyjazdów i powrotów z koncertów o bardzo różnych porach. Ponadto nie musimy uwzględniać planów innych zespołów, co do tej sali. Jest tylko na naszą wyłączność. Tutaj również pracowaliśmy z Kazikiem nad najnowszym materiałem. Myślę, że wokalista Kultu nie miał powodów do narzekania na warunki. Nasza sala jest większa niż u innych zespołów, z którymi przyszło mu grywać.

W takim chociażby „Kongresie nauki polskiej”, czy „Leonardo” Twój instrument dobrze słychać. Lubisz prowadzić utwór?

Akurat w tych utworach kontrabasowy początek zasugerował Kazik. Lubię być słyszalny w kawałkach, bo lubię brzmienie swojego instrumentu.Gdybym go nie lubił, to straszną męką byłoby granie na nim. Uważam, że granie na basie w takiej stylistyce jak nasza nie powinno być tylko tłem reszty, elementem sekcji rytmicznej, ale również ten instrument powinien wyraźnie podkreślać swoje walory melodyczne, które niewątpliwie posiada. Dobrze jest jeżeli bas jest słyszalny i słuchacz może wyselekcjonować pracę, umiejętności basisty.

Recenzenci doceniają ciekawe instrumentacje, ale zarzucają Wam brak wyrazistych przebojów jak kultowa już „Celina”, czy „Baranek”.

Zgadzam się. To się przede wszystkich wiąże z tym, że tylko w jednym z tych młodzieńczych tekstów Staszewskiego jest refren, a to on w piosence ma największy potencjał przebojowości. Poza tym myśmy też nie pisali tych naszych rzeczy z założeniem ich późniejszej mega popularności. Nasza płyta z pewnością jest bliższa melancholijnemu „Tacie 2”, niż hitowemu pierwszemu „Tacie Kazika”.

 

„Apel poległych” ma ostry gitarowy riff kojarzący się z niemal Black Sabbath, a już na pewno z Kazikiem Na Żywo.

Cieszę się, że to mówisz. Mamy dużo wspólnego z piosenką poetycką, ale nie ukrywamy tego – nasze korzenie są po prostu metalowe. Już wcześniej grając Kaczmarskiego staraliśmy się momentami przypominać o naszym rockowym rodowodzie.

Ile dotychczas zagraliście koncertów z Kazikiem?

Było tego około sześćdziesięciu.

Pytam, bo na pewno chcielibyście więcej, ale na więcej nie ma miejsca w kalendarzu Kazika?

To główny powód. Kazik dużo koncertuje z Kultem, co wpływa na naszą liczbę koncertów, chociaż i ProFormie już zdarzyło się przydarzyć kilka mini tras z Kazikiem. Liczymy na to, że skoro jesteśmy po wydaniu nowej płyty, to jesienią będzie więcej wspólnego grania. Oprócz tego oczywiście cały czas grywamy też bez Kazika.

Marzy Wam się „Złota Płyta” za „Tata Kazika Kontra Hedora”?

Nie ma co ukrywać, że na nią po cichu liczymy. Każdemu muzykowi marzy się, żeby zawiesić na ścianie chociaż jeden złoty, czy też platynowy krążek. Na pewno w ostatnich latach w naszym kwartecie nastąpił skok rozwojowy. Wcześniej grywaliśmy głównie w niewielkich klubach w Poznaniu. Jednak warto być w życiu cierpliwym.

Nie wahaliście się, czy nazwijmy to roboczo „Tatę 3” nie powinien jednak nagrać Kult?

Muzycy Kultu nie uczestniczyli w poszukiwaniach nieznanych tekstów Staszewskiego. Myślę, że z powodu naszego zaangażowania, Kazik zdecydował się na zrealizowanie tego materiału właśnie z nami. Naszą intencją nie było nagrywanie kolejnych piosenek ojca Kazika w stylistyce Kultu, który pracując nad poprzednimi płytami z tekstami Staszewskiego miał i wtedy i teraz inne od nas instrumentarium.

Muzycy z Kultu mają coś do Was?

Nie wyniknęło to na żadnym ze spotkań z nimi. Zakładamy, że nie mają nic przeciwko „Tacie” zrealizowanym przez Kazika z nami, chyba, że o czymś nie wiemy (śmiech).

Jak już skończy się ogrywanie Staszewskiego, to kogo weźmiecie na warsztat?

W tej chwili jesteśmy w trakcie przygotowań do naszej autorskiej płyty, bez udziału Kazika. Jak na razie mamy gotowe niewiele - cztery utwory. W przyszłym roku planujemy nagrania. Ponadto przygotowujemy program piosenek Leonarda Cohena na Festiwal Frazy. Zobaczymy, co tego wyjdzie, może jakaś płyta z Cohenem po polsku. Nie wykluczamy, raczej wręcz zakładamy, że… w dalszej przyszłości współpraca z Kazikiem w jakichś kolejnych projektach będzie kontynuowana. Są już plany, ale póki co nie mówimy o tym.

Zdjęcia: Katarzyna Zaręba