Samsara Blues Experiment - 24.03.2012 - Warszawa

Relacje
Samsara Blues Experiment - 24.03.2012 - Warszawa

Konkurencja w postaci koncertu Vader i jego supportów, w tym najnowszego pieszczocha mediów - Eris is My Homegirl, który odbywał się tego samego sobotniego wieczoru, nie wpłynęła negatywnie na frekwencję podczas warszawskiego gigu Samsara Blues Experiment.

Szczególnie cieszy, że w Czarnej Perle zjawili się nie tylko weterani, których można zobaczyć na każdym praktycznie koncercie w ramach podobnej stylistyki, ale też sporo młodzieży. Sam klub, zgodnie z nazwą stylizowany na piracki okręt to całkiem ciekawe, dość przestronne miejsce z wysoką sceną i galerią, dzięki której wydarzenia na deskach można obserwować również z góry.

Zanim jednak było co obserwować, ze sporą obsuwą czasową wystąpili lokalni rozgrzewacze z Tax Collector. Cóż, ograniczę się tu do dyplomatycznego stwierdzenia, że przed nimi jeszcze długa i daleka droga. Zarówno, jeśli chodzi o repertuar ("teraz zagramy kawałek, który w sumie wymyśliliśmy dzisiaj") i (miejmy nadzieję, ciekawsze) kompozycje, prezencję na scenie (zdecydowanie zbyt długie przerwy między kawałkami), wreszcie konferansjerkę. Jednym słowem podstawy, bez których trudno myśleć o graniu jakichkolwiek bardziej poważnych gigów.

Iguana przyciągnęła pod scenę nieco większą publikę, ale obowiązkowe, bezpieczne kilka metrów odstępu pomiędzy sceną a pierwszym rzędem (obrazek, niestety, dobrze znany z wielu innych koncertów) zostało zachowane. Brak jakiejkolwiek energii ze strony "tłumu" mógłby podciąć skrzydła każdemu, ale Niemcy jakoś sobie z tym poradzili. Formacja gra całkiem przyzwoitego psychodelicznego rocka, z okazjonalnymi cięższymi momentami. Robią to na tyle dobrze, że ich set nie nudził, jednak zabrakło w nim nieco wyrazistości i chwytliwości. Solidny średniak, który jednak z zadania przygotowania gruntu pod występ gwiazdy wieczoru wywiązał się bez zarzutu.

{gallery}Iguana{/gallery}

Pierwszy raz widziałem na żywo Samsara Blues Experiment, gdy zamykali ostatni dzień zeszłorocznego Roadburn. Po czterech dniach wyczerpującego festu i krótkiego snu, ponad dwugodzinny set berlińczyków tak mocno dał mi w kość, że pod koniec już właściwie nie kontaktowałem. Tym razem, nie zamierzałem do tego dopuścić, więc zwarty i gotowy ulokowałem się  bliżej sceny. "Właśnie za takie rzeczy ludzie powinni Nobla dostawać, a nie za jakieś pierdoły" - ten komentarz, wygłoszony przez kogoś obok mnie, gdy zespół wychodził na bis (w ramach którego zagrał monumentalny "Double Freedom"), doskonale odzwierciedla to, co zaprezentowała kapela.



Oklepana, zdawałoby się, mieszanka ciężkiego rocka i psychodelicznych odjazdów, w wykonaniu Samsary brzmi po prostu porywająco i nabiera całkiem nowego charakteru. Najnowszy, promowany album "Revelation & Mystery", jest nieco konkretniejszy i mniej narkotyczny, co z korzyścią odbiło się na koncertowym secie Niemców. Takie kawałki, jak "Flipside Apocalypse" czy "Into The Black" brzmią znakomicie i wprowadzają więcej energii, choć nie zabrakło też charakterystycznych dla kapeli,  spokojnych i leniwych tripów. Publika z biegiem czasu coraz bardziej się rozkręcała, by wreszcie, pod koniec setu, pierwsze szeregi pod samą sceną zaczęły ostro pląsać i okazywać uwielbienie przede wszystkim... basiście (a ponoć to, zaraz po pałkerze, najgorsza fucha w kapeli). "Jeśli podoba ci się nasz basista..." - zwrócił się do fanki z pierwszego rzędu frontman, wskazując jednocześnie na wiszący na wzmacniaczu biustonosz - "...to on je kolekcjonuje". Znakomity koncert!

Zdjęcia i video: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka
Tekst: Szymon Kubicki

{gallery}Samsara_Blues_Experiment_Warszawa{/gallery}