Decapitated - 26.11.2011 - Kraków

Relacje
Decapitated - 26.11.2011 - Kraków

Panowie - jak dobrze znów Was widzieć na scenie! Co prawda koncertowy powrót Decapitated nastąpił ponad rok temu, jednak ja ostatni raz oglądałem kwartet jeszcze w starym składzie pięć lat temu.

Nie ma sensu przypominać tego, co działo się w tym czasie z grupą Vogga. Ważne, że w nowym składzie chłopaki zdołali nagrać rewelacyjny album "Carnival Is Forever" i ruszyć w ogromną trasę koncertową służącą jego promocji. The Decimation Of Europe Tour dotarł na trzy koncerty do Polski, w tym 26 listopada do Krakowa.

Wybaczcie, że nie opiszę szczegółowo występów supportujących Decapitated grup - a były to Archspire, Cyanide Serenity, Fleshgod Apocalypse i Aborted. Nie dlatego, że je lekceważę - po prostu muszę się przyznać, że nie jestem specjalnym znawcą i fanem death metalu. Z tego gatunku mam dobrze rozpracowane jedynie polskie towary eksportowe (właśnie z powodu ich rozpoznawalności na świecie), a w szczególności Decapitated, którzy przy okazji są (w tej chwili ostał się już tylko Wacek Kiełtyka) ziomkami z mojego rodzinnego miasta.

Na Archspire niestety nie zdążyłem. Cyanide Serenity w mej pamięci zapisali się przede wszystkim tym, że nikt ze składu nie ma długich włosów, poza tym ich muza jakoś mnie nie porwała - może to ze względu na słabą selektywność brzmienia podczas ich występu. Fleshgod Apocalypse wydali mi się nad wyraz groteskowi: ubrani we fraki i lekko umalowani, z trzema wokalistami-growlerami (i gitarzystami zarazem), w tym jednym, który czasami podśpiewywał kosmicznie wysokie partie falsetem. Inny pan krzykacz rozbawił mnie częstotliwością używania przymiotnika "fucking" - w ustach człowieka nie-anglojęzycznego z urodzenia brzmi to, w moim odczuciu, sztucznie. Za to pałker FA, mmmm, rewelacja! Blasty strzelał szybkie jak Inferno, a przy tym robił to niesamowicie lekko, jakby od niechcenia. Niewiele ustępował mu perkusista Aborted, który - rzekomo - obchodził tego dnia urodziny (oczywiście było obowiązkowe sto lat). Generalnie ta kapela przypadła mi najbardziej do gustu spośród supportów. Po pierwsze są bardzo naturalni, podchodzą z jajem do tego co robią - dowodem piękna niebieska koszulka z kotkiem noszona przez wspomnianego perkusistę. Po drugie - mają energię i świetny kontakt z publiką.

W przerwach między koncertami dostrzegłem Arkadiusza "Maltę" Malczewskiego, który wędrował po sali koncertowej Rotundy, by zadbać o jak najlepszą jakość dźwięku. Pojawił się też Patryk "Seth" Sztyber, którego zauważyłem w czasie rozmowy z Wackiem Kiełtyką - zastanawiałem się, czy chwyci za drugie wiosło podczas koncertu, ale nic takiego nie nastąpiło.

I wreszcie, około 23, na deskach klubu Rotunda pojawili się oni - Vogg, Krimh, Rasta i Konrad Rossa. Decapitated to moim zdaniem kapela z zupełnie innej ligi. To, co inne zespoły występujące tego wieczoru wałkują obecnie jako swój podstawowy materiał, Decap grali jakieś 9 lat temu. Muzyka Polaków nie sprowadza się tylko do mieszania temp: raz blasty, raz kroczące rytmy, akurat, by wokalista zrobił sobie parę pompek na stojąco (nie wiem jak to inaczej nazwać). Talent kompozytorski Vogga polega na tym, że potrafi zamknąć rzeźnię w piosenkowej formie, ubrać ją w zwrotkę, refren, zgrabny mostek, miejsce na solówkę; gdzie riff o charakterystycznej sekwencji nut jest ważniejszy od odkręcenia wzmacniaczy na full, wrzucenia najmocniejszego przesteru i rżnięciu ile wlezie na sześciu strunach. Acz owo rżnięcie oczywiście występuje - i dobrze! Przez to grupa kilkuset fanów upchniętych w klubie może do woli pomachać swym włosiem, tudzież samą głową, jeśli takowego nie posiada. Tak było i w Rotundzie: publika tak intensywnie pogowała i headbangingowała, że nie miała siły na odkrzykiwanie Rafałowi Piotrowskiemu.

Zaczęli od mojego ulubionego numeru z "Carnival Is Forever" - "The Knife". Mimo wszechobecnej masakry gitar kawałek ten nie traci na żywo nic ze swojego groove’u. Rewelacyjnie obronił się w nim Rasta, który poczynił ogromne postępy jeśli chodzi o growl! Na płycie "Nóż" był wykrzyczany głównie screamem, a tu mieliśmy do czynienia z piekielnym niskim growlingiem - brawa! "CIF" stanowił rzecz jasna punkt główny programu: z tego krążka usłyszeliśmy jeszcze rozpędzone "Pest", okraszone IMO najlepszą partią Krimha "United", z kapitalną solówką Vogga, "Homo Sum", którego słowa stały się głównym tematem "koszulkowym" i wreszcie "404" - rozbudowane, napakowane motywami, a solowy popis Kiełtyki to znów mistrzostwo świata.

Zastanawiałem się, jak nowi członkowie Decapitated wypadną w starym materiale - spisali się bezbłędnie. Krimh zasuwał gęste blasty w "Day 69" (tak szalonych partii na "Carnival Is Forever" raczej nie gra), Rasta wykrzyczał "Winds Of Creation", przez co zyskało ono nową barwę, Konrad Rossa sprawnie szarpał struny w naładowanej zmianami temp "Mother War". Przy tej okazji trzeba dodać, że młodzian świetnie radził sobie na scenie, nie było na nim widać ani śladu tremy. Ale prawdziwym zwierzęciem scenicznym był jak zawsze Vogg, który nie dość, że sprawnie wycinał wszystkie swoje, niełatwe przecież partie, to jeszcze szalał na deskach trzepiąc łbem kiedy tylko było można. Ciekawie ubarwił "Post (?) Organic" jeszcze jedną solówką, fanie wymyślił rozpędzoną końcówkę dla "Spheres Of Madness".

Hell yeah - to była prawdziwa piącha w gębę, godzina totalnej jazdy i technicznej maestrii! Decyzja Wacka Kiełtyki o reaktywowaniu swojego bandu była najlepszą jaką mógł podjąć - teraz jestem tego pewien na 100%. Decapitated zmartwychwstało, Decapitated rządzi!

Setlista:
1. The Knife
2. Day 69
3. Pest
4. United
5. Post (?) Organic
6. Mother War
7. Homo Sum
8. 404
9. Winds Of Creation
10. Spheres of Madness

Jurek Gibadło

Zdaniem Grzegorza "Chaina" Pindora

Jako, że okołokoncertowych atrakcji czasem było więcej, niż ciekawych dźwięków na scenie, występy Archspire i Cyanide Serenity obejrzałem pobieżnie, bez większego przejęcia. Zresztą, o ile w przypadku Cyanide Serenity - deathcore’owców ze słonecznej Kalifornii, można było się pobawić - a nawet, nacieszyć uszy ładnymi czystymi wokalami, tak Kanadyjczycy z Archspire zasługują na miano najbardziej bezlitosnego aktu jaki widziałem w tym roku. Nie bez powodu przyznają się do inspiracji Origin, Brain Drill i wielu innych, "przyjaznych" dla ucha zespołów.

Na całe szczęście, super techniczny, super trudny w odbiorze na żywo set Archspire nie trwał zbyt długo, ale, jak się okazało, zarówno Kanadyjczycy jak i grający po nich Amerykanie, mieli bardzo dobre przyjęcie. Ciekawe czy thrash metalowcy w katanach starali się w ogóle pojąć co dzieje się na scenie? Ja miałem problem. Zresztą, nie jestem w tym odosobniony, bo jak powiedział mi frontman zespołu, on sam takiej muzyki generalnie nie słucha, ważne, że może się podrzeć i pojeździć po świecie. No kto by pomyślał?

Część właściwa koncertu, zaczęła się dla mnie w momencie pojawienia się na scenie Włochów z Fleshgod Apocalypse. Po co najmniej udanej ep "Mafia", włoscy internacjonałowie wydali w tym roku album długogrający, który zebrał z mojej strony kilka niezbyt przychylnych opinii. Jako, że zawsze wychodzę z założenia, że to, jak zespół gra na żywo, a jak na płycie, to dwie zupełnie różne rzeczy, z entuzjazmem podszedłem do występu Fleshgod Apocalypse. I cóż mogę powiedzieć, na żywo jest jeszcze intensywniej niż na nagraniu, i jedyne co może przeszkadzać w recepcji Włochów, to nie natężenie blastów i szalonych temp, a brzmienie - za które zespół jest odpowiedzialny ni mniej ni więcej w może 50 %.

Akustyk, który kręcił wcześniejsze zespoły, albo czuł się niepewnie za konsoletą, albo był zmęczony. Gig Fleshgod oglądałem z balkonu, miejsca, gdzie dociera stosunkowo najlepszy jakościowo dźwięk, i niestety, czyste wokale totalnie gubiły się w ścianie dźwięku, a klawisze - tak ważne i skrupulatnie budujące patos i napięcie, brzmiały sobie gdzieś tam z boku. Na dole ponoć było jeszcze gorzej, z przebłyskami, ale bez rewelacji. Mankament brzmieniowy rekompensowało zaangażowanie muzyków i wyraźne zadowolenie ze skandowania nazwy grupy, czy solidnego moshu pod sceną (brawa dla wszystkich morświnów bez koszulek), czy wreszcie, zwalniania tempa (a tych fragmentów jest zdecydowanie za mało!). Przy niekwestionowanym hicie z "The Violation" dosłownie i w przenośni oszalałem. Perkusista również, bo dwukrotnie wypadły mu pałki, co mimo wszystko, zupełnie nie przeszkodziło mu w podniesieniu zapasowych, czy zagraniu dodatkowego, ale za to wpasowanego przejścia.

Setlista:

The Hypocrisy
In Honour Of Reason
The Violation
The Egoism
Thru Our Scars

Zmiana backline dla Aborted minęła nadzwyczaj szybko, to też zadowolony z takiego obrotu sprawy, wygodnie zasiadłem w fotelu by  przekonać się do tego zespołu i zrozumieć, dlaczego każdy deathcore’owy zespół zachwyca się Duńczykami na potęgę, a na koniec: sprawdzić czy materiał "The Archaic Abbatoir", chyba jedynego - ale za to bardzo dobrze znanego mi albumu grupy, jest w jakikolwiek sposób reprezentowany na żywo. Wszystko prócz tego ostatniego znalazło swoje potwierdzenie - bądź rozwianie wszelkich wątpliwości, i z ręką na sercu donoszę, iż Aborted to na dzień dzisiejszy chyba najlepszy (koncertowy) death metalowy zespół na tej planecie. Kontakt z publicznością, brzmienie (sekcja rytmiczna!), czy wreszcie wokal niemal zdrowego Svena zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.

Po Aborted wątpiłem w to, czy Decapitated będzie w stanie zagrać lepiej/intensywniej - ale już po pierwszym utworze, "The Knife" z "Carnival Is Forever", zrozumiałem, że nie ma czego porównywać. To co prezentują nasi krajanie to zupełnie inne dźwięki, wciąż death metal, ale mocno groove’ujący i na deathcore’owych fundamentach. Wacek wie co dzieje się w muzyce, widać to też po image zespołu czy samym zachowaniu na scenie. Więcej luzu, mniej techniki - jak najbardziej na plus. Swoją drogą, zauważyłem, że gdy Krimh mylił się, bądź grał za szybko (a da się!) wzrok Wacka momentalnie przywracał młodziaka do pionu. Nie wiem czy po koncercie Kerim dostał solidny opierdol, ale na moje oko i ucho, i tak nikt nie zauważył pomyłek. Za to nie do przeoczenia jest forma zespołu oraz chęć do gry we własnym kraju. O ile jeszcze kilka lat temu o Decapitated w Polsce można było pomarzyć (co zresztą nikogo zbytnio nie dziwiło) teraz sytuacja trochę się zmieniła. I mam nadzieję, że na stałe.

A czego życzę sobie i Wam, to wszystkich koncertów nagłaśnianych przez Maltę. Tak powinien brzmieć nie tylko death metal, ale każdy metalowy zespół w ogóle. Cios za ciosem.

Setlista (ale nie jestem w 100% pewny):

The Knife
Day 69
Pest
United
Post (?) Organic
Mother War
Homo Sum
Nihility
404
Winds of Creation
Spheres of Madness

Wielkie brawa dla United Visions za ogarnięcie kolejnego dobrego koncertu. Przyszły rok dla tej ekipy zapowiada się równie owocnie.

Grzegorz "Chain" Pindor

 

Cyanide Serenity

Fleshgod Apocalypse

Aborted

Decapitated

Zdjęcia: Justyna Młodzikowska