Church of Misery - 20.07.2011 - Warszawa

Relacje
Church of Misery - 20.07.2011 - Warszawa

Mogłoby się wydawać, że Church of Misery w Warszawie to rzecz niemal tak realna, jak lądowanie kosmitów w moim ogrodzie, a tymczasem okazało się, że nawet niemożliwe czasem staje się możliwe.

Choć japońskie komando uwielbia grać w Europie i czyni to w zasadzie przy każdej okazji (tj. co roku), zazwyczaj w przypadku tras tego i innych podobnych im zespołów, można odnieść wrażenie, że Polska wciąż leży poza Europą. W gruncie rzeczy trudno się dziwić, że perspektywa poruszania się po naszych unikalnych na swój sposób bezdrożach wywołuje tak skuteczny efekt odstraszający. Panowie z Church of Misery, z samurajską odwagą, podjęli jednak ryzyko (dzień wcześniej gościli nawet w Goleniowie) i raczej nie mieli powodów, by żałować tej szalonej decyzji.

1673 burza tego, jakże słonecznego, lata i nierozerwalnie związane z nią stołeczne korki, opóźniły nasz przyjazd do Fabryki Kotłów, ale, jak się okazało, na start imprezy przyszło nam czekać jeszcze do 21. Wtedy na scenie zainstalował się pierwszy (i na szczęście jedyny przewidziany na ten wieczór) support. Major Kong to 3/4 składu Fifty Foot Woman, którego debiutancki krążek miałem jakiś czas temu okazję w Gitarzyście recenzować. Może to instrumentaliści przeprowadzili koronkową akcję wycięcia najsłabszego ogniwa (czytaj: wokalu), a może to najsłabsze ogniwo postanowiło wyciąć się samo; tak czy owak, skutkiem tej wolty jest nowy szyld lublinian, a przy okazji całkiem nowa stylistyka. Trio postanowiło skoncentrować się na graniu instrumentalnego doom metalu, opartego na, z założenia, chwytliwym riffie i mocno sfuzzowanym brzmieniu basu. Wbrew pozorom, obrana stylistyka kryje w sobie kilka pułapek i naprawdę niewiele kapel radzi sobie w niej na tyle dobrze, by skutecznie umknąć nudzie i nie uśpić słuchacza. "Dobry, doomowy riff można grać bez końca", twierdzi w jednym z wywiadów Domel, lider Major Kong. Środowy koncert z całą jaskrawością udowodnił, że słowa te to nie tylko figura retoryczna, ale i szczera prawda. Zespół rzeczywiście każdy riff eksploatuje bez końca i bez litości, w każdym bliźniaczo do siebie podobnym kawałku. Nie obraziłbym się na jakieś urozmaicenia tych kompozycji, ale zdecydowanej większości publiki chyba wcale to nie przeszkadzało.

Koncert Church of Misery to doskonały dowód na to, że gigi w małych klubach niejednokrotnie biją na głowę te w większych przybytkach. Zupełnie inna temperatura i nieporównywalnie lepsza interakcja z publicznością (można stuknąć się piwem z wokalistą, przybić z nim piątkę, przytulić się do gitary, albo, podobnie jak uczynił to gitarzysta Kensuke Suto, puścić w obieg flaszkę, która ostatecznie wróciła do frontmana). To wszystko sprawia, że i zespół w takich chwilach często daje z siebie więcej. Tak stało się i tym razem. Po raczej letnim występie Japończyków sprzed miesiąca, w Warszawie było już zdecydowanie lepiej, a przede wszystkim znacznie goręcej. Ograniczony rozmiarami sceny frontman Yoshiaki Negishi nie mógł pokazać wszystkiego, na co go stać (choć skok w publikę i tak się udał) i momentami miotał się jak tygrys w zbyt ciasnej klatce. Szybko jednak zaczął wyglądać, jakby dopiero co wyskoczył spod prysznica. To samo dotyczyło zresztą co bardziej aktywnych jednostek wśród publiczności. Zespół był tego wieczoru w znakomitej formie; co więcej, nie można mieć też jakichkolwiek zastrzeżeń do kotłowego nagłośnienia. Nie wiem, jak było w przypadku pozostałych klubowych koncertów na tej trasie, tu w każdym razie panowie dwukrotnie wracali na bisy, a drugiej powtórki, zakończonej "Where Evil Dwells" nie uwzględniała nawet ich setlista. Kto nie dotarł do Fabryki Kotłów, ten zdecydowanie ma czego żałować, bowiem druga okazja, przynajmniej w naszym kraju, może się zbyt szybko nie powtórzyć.           

Setlista Church of Misery:

El Padrino
Shotgun Boogie
Candy Man
Blood Sucking Freak
Taste The Pain
Soul Discharge
Killfornia
Born To Raise Hell

Tekst: Szymon Kubicki
Zdjęcia: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka