Papa Roach - 30.06.2011 - Warszawa

Relacje
Papa Roach - 30.06.2011 - Warszawa

Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy nie wie co rzec tudzież napisać. Ja przeżyłem taki moment, gdy pierwszy lipca trwał już trzydzieści dwie minuty. Papa Roach przy aplauzie swych fanów opuszczało deski klubu muzycznego "Stodoła" a ja biedny myślałem sobie: "Weź tu teraz to misterium opisz". A uwierzcie, żadne słowa nie są w stanie opisać tego co działo się wieczorem trzydziestego czerwca w Warszawie... Ale po kolei.

To, że należę do grona osób wybitnych inaczej wiem nie od dzisiaj. Zgubić się na trasie Dworzec Główny - klub "Stodoła" mogłem tylko ja (dla niewtajemniczonych - dwa przystanki metrem i cztery minuty "z buta"). Acz przy pomocy niezawodnej i pozytywnie nie za zdrowej na psychice reprezentacji forum PapaRoach.pl (pozdrawiam trzymając w ręce folię od papierosów ;) dotarłem ze znajomym pod "Stodołę" bez większego bólu. Atmosfera koło godziny 16 po klubem była mocno piknikowa, fakt, ale nic nie zapowiadało żeby na koncercie było zatrzęsienie osób. Wręcz przeciwnie, bardzo długo pod "Stodołą" stała tylko ekipa PapaRoach.pl i parę pokemonów płci żeńskiej, które uciekły z pokeballa, tudzież z gimnazjum. Wiara przybyła dopiero koło godziny 18, ale jak już przybyła, to jak biblijny potop zalała całą ulicę Batorego.

Otwarcie bramek spędziłem rozmawiając z zespołem (wywiad wkrótce), więc nie wiem czy obyło się bez scysji z ochroniarzami, acz fakt faktem - coś co niekiedy bywa problemem (rzeczone "security") w "Stodole" nie wystąpiło. Pełna profeska i chęć pomocy a nie bezmózgie przeszkadzanie fanom, rispekt. Zespół przed występem z nieznanych mi powodów był w szampańskim nastroju, chociaż... w końcu grali w kraju gdzie przeżyli Woodstock - czytaj najlepszy koncert w karierze. Plus Jerry Horton, gitarzysta grupy, co rusz wyglądał za okno, nie mogąc nadziwić się ilu ludzi czeka na ich występ. Czuć było, że polubili Polskę i naszą publiczność, i że nie jest to tylko poza przed dziennikarzyną z kraju Lecha.

Gdy na scenie rozstawiło się już włoskie Generation on Dope akcja zaczęła się zazębiać. G.O.D. (dobry skrót, trzeba im przyznać) z supportów zaprezentowali się zdecydowanie najlepiej, chociaż mieli zryte nagłośnienie. Ledwo słyszalny wokal plus ściana dźwięku to nie jest miód dla uszu. Utwory może też niczym wielkim nie różniły się od siebie, ale bujali i za to plus. A myślałem, że będzie gorzej gdy wysiedli z przerażonymi minami pod "Stodołą" z taksówki... Drugi support, to dziwna sprawa, przeleciał mi gdy oddawałem się słodkiemu nałogowi. Serio, ja rozumiem, że można długo palić, ale nie sądziłem, że ja robię to aż tak rozwlekle. Było nie było, zadziwiająco krótki show, o którym nic nie powiem, bo byłem na uboczu. Julien K natomiast... Nie mam satysfakcji z mieszania z błotem zespołów, ale do dzisiaj próbuje rozkminić co to, przepraszam, kurwa mać było... Jakaś dyskoteka, feeria barw i świateł, wesoła elektronika i podrygujący jak na paradzie równości i takoż ubrany wokalista. Publiczność dość mocno skonfudowana po pierwszym utworze Julien K już skandowała "Papa Roach!" co spowodowało, że ostatnia kapela "na rozgrzewkę" z dobrą miną po złej grze opuściła deski "Stodoły" już po 30 minutach. Może Julien K gra i dobrą muzykę, nie wiem, trzeba spytać fanów Depeche Mode. Do Papa Roach pasowali jak Jacykow do MMA.

Dziesięć minut po godzinie dwudziestej trzeciej jednak nadeszła rekompensata. Światła zgasły, publika dała głos, a pierwsze dźwięki "Getting Away With Murder" podgrzały atmosferę do maksimum. Uo panie co tam się działo! Przez cały opener koncertu nie było słychać Shaddixa, a nagłośniony Papa Roach był mistrzowsko! Do pieca dorzucili gdy jako drugi poleciało "Burn". Trzeba było to widzieć z mojej miejscówki na balkonie. Setki rąk w górze i ryk niczym trąb jerychońskich gdy wszystkie gardła w "Stodole" krzyczały "BUUUURN!". Dalej poleciała mieszanka największych hitów z całej dyskografii Karaluchów, był nawet reprezentant nielubianej przez kapelę płyty "LoveHateTragedy" w postaci "Born with Nothing, Die with Everything". Nie zabrakło "Beetwen Angels and Insects", "Scars", "Forever", "Hollywood Whore", "...To Be Loved", "Blood Brothers", "Lifeline" i nowych kawałków z "Time for Annihilation", bez (dzięki Bogu!) "No Matter What". Na 'encore' poleciały klasycznie "Dead Cell" i, oczywiście, "Last Resort" na koniec. Jedyną rysą był "Time Is Running Out", uczepili się tego niedoszłego singla na koncertach straszliwie Karaluchy i trzepią tą wesołą nutę gdzie popadnie. A nie lepiej zrobić miejsce na np. "Broken Home"...? Warto zauważyć, że set był bardzo wymagający dla fanów, którzy jednak przez całe półtorej godziny dawali z siebie wszystko. Pot znowu skraplał się u sufitu "Stodoły". Tym bardziej, że Jacoby, którym tradycyjnie miotało jak szatan, co rusz zachęcał publikę do boju (ale żeby ktoś kazał kobietom na koncercie klaskać cyckami, nie powiem, dla mnie novum). W przerwie przed bisami na scenę wkroczył Jurek Owsiak i wręczył Papa Roach "Złotego Bączka". Czuć było, że zespół się szczerze ucieszył, a widok Shaddixa, przedrzeźniającego ADHD Owsiaka był po prostu nieziemski.

Szukam na siłę jakichś negatywów i znaleźć nie mogę. Przemilczę fakt, że raz Jerry biegł do mikrofonu by zapodać chórek, nie zdążył a chórek i tak poleciał... Nawet Tobin, pierwszy raz chyba w życiu, szalał na scenie. Co tu więcej można napisać, kto był ten wie, kto nie był niech żałuje i odkłada na kolejny koncert Papa Roach w Polsce. To jeden z najlepszych koncertowych zespołów świata i basta, a nasza publiczność to najlepiej reagujące audytorium na muzyczną propozycję Karaluchów. Idealna symbioza, która miejmy nadzieje, już niedługo po raz kolejny się potwierdzi.

Tekst: Grzegorz Żurek
Zdjęcia: Lech Spaszewski