Tides From Nebula - 07.11.2010 - Poznań

Relacje

Widziałem ich już kilka razy. W różnych okolicznościach koncertowych, ale zawsze bardzo miło wspominam występy właśnie tej grupy. Tym milej, że jest to jedna z nielicznych kapel, która przekonała mnie do siebie nie poprzez odtwarzacz CD czy komputer, ale właśnie dzięki występowi na żywo. Ale to już temat na całkiem inną historię. Tak czy inaczej, miło było znów udać się na występ jednego z nielicznych młodych i perspektywicznych polskich zespołów.

Punkt 19 pojawiłem się w dobrze mi już znanym poznańskim klubie Pod Minogą. Ku mojemu zdziwieniu przywitał mnie sam Maciek Karbowski (jeden z muzyków Tides From Nebula, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam). Zamieniliśmy kilka słów po czym poszedłem troszkę się nawodnić i zająć jakieś dobre miejsce pod sceną.

Impreza ruszyła po godzinie 20. Pierwszy na scenie, bezpośrednio przed głównym zespołem tego wieczoru, zameldował się warszawski zespół NAO. Bez bicia przyznaję się, że nigdy w życiu nie słyszałem o ich istnieniu (może gdybym był ze stolicy to szerzej znałbym lokalną scenę muzyczną?). Zespół młody, widać głodny doznań muzycznych, z bardzo ładną (nie ma co tu ukrywać) wokalistką. Już po pierwszych dźwiękach można było wywnioskować, że Tides From Nebula nie zabrali ich na część polskiej trasy przypadkowo. A mam tu na myśli przede wszystkim zbieżność muzyczną. W skrócie - psychodeliczny, alternatywny rock/metal. Raz lekko i melodyjnie, raz z większym przytupem. No i, w odróżnieniu od głównego dania tego wieczoru, z wokalem, który prezentował się dość solidnie, lecz bez jakiejś większej siły przebicia. Nie było jakichś fałszów, rozbieżności dźwiękowych i dysonansów, ale muszę uczciwie przyznać, że czegoś mi brakowało. Nie potrafię jednak dokładnie odpowiedzieć czego. Może jakiegoś większego polotu, oryginalności. Po każdym kolejnym kawałku następny zaczynał brzmieć dla mnie tak samo i zlewać się w jedną całość, której nie potrafiłem jakoś dokładniej sklasyfikować i odróżnić. Publiczność, pomimo widocznej rezerwy, przyjęła młodych warszawiaków ciepło i najwidoczniej dała im swoisty kredyt zaufania na przyszłość. W końcu przed nimi jeszcze długa muzyczna podróż.

Występ Tides From Nebula trwał jakąś godzinę i, choć ze względu na wiadomy ograniczony repertuar, wydawać by się to mogło bardzo krótko, to po raz kolejny mogę śmiało stwierdzić, że była to po raz kolejny godzina jak najbardziej warta aby spędzić ją w towarzystwie właśnie chłopaków z Warszawy. Oprócz repertuaru z dobrze już znanego pierwszego krążka "Aura" (włączając w to jeden z moich ulubionych utworów "Tragedy Of Joseph Merrick"), grupa zafundowała przybyłym namiastkę nowego materiału, który będzie wydany w bliżej nieokreślonej jeszcze przyszłości. Trzy nowe utwory, które ujrzały na tym koncercie światło dzienne, na pierwszy rzut ucha zapowiadają w jakimś stopniu na pewno kontynuację "Aury", ale także fakt, że czeka nas zapewne kilka niespodzianek jeśli chodzi o nowy materiał Tides From Nebula. Pożyjemy, zobaczymy. Niesamowity flow, energia i klimat udzielił się wszystkim przybyłym i nikt nie wierzył, że prawie jak po pstryknięciu palcami zespół już zapowiadał swój ostatni numer dziękując wszystkim za przybycie i za kolejny bardzo dobry i udany wieczór spędzony w Poznaniu.

Po trasie w Polsce chłopaki ruszają dalej by zaprezentować się publiczności w Europie. I uważam, że zdecydowanie na to zasługują, a my, jako rodacy nie mamy się czego wstydzić, bo Tides From Nebula to znakomity towar eksportowy i być może za kilka lat jeden z naszych flagowych międzynarodowych zespołów, których ciągle jest do dziś jak na lekarstwo. A koncert w Poznaniu po raz kolejny udowodnił, że, pomimo ciągle istniejących wielu podziałów i waśni, Warszawę da się lubić, nawet w stolicy Wielkopolski.

Krzysztof Kukawka