Ufomammut - 14/16.09.2010 - Poznań/Wrocław

Relacje
Ufomammut - 14/16.09.2010 - Poznań/Wrocław

Przeszło rok po niszczącym debiucie na pierwszej edycji Asymmetry, Ufomammut, zgodnie z obietnicą, ponownie zawitał do Polski. I to od razu na dwa występy - w Poznaniu i we Wrocławiu. To niemal jak przedwczesna wizyta Św. Mikołaja, nie mogło nas więc zabraknąć na żadnym z tych koncertów.

Widzieliśmy wprawdzie kapelę w tym roku w Berlinie podczas jednego z pierwszych koncertów promujących "Eve", ale podobnych okazji nigdy przecież za wiele.

Poznań, Pod Minogą, 14/09/2010

Na pierwszy ogień - Poznań. Klub Pod Minogą to sympatyczne miejsce, a mała scena i niewielka powierzchnia 'imprezowa' sprzyja interakcji między zespołem a publiką. Ta zaś stawiła się całkiem licznie, rozwiewając wątpliwości co do spodziewanej frekwencji, i bardzo ciepło przyjęła bohaterów wieczoru. Okazało się, że nawet tak niszowy przecież zespół jest w stanie przyciągnąć ludzi na dwa gigi w kraju, o ile tylko zechce im się pofatygować do klubu. Mam przy tym wrażenie, że skłonność rodaków do ruszenia tyłka na koncert zdecydowanie rośnie w miarę oddalania się od stolicy. Atmosfera w Minodze była prawdziwie i dosłownie gorąca, a ręczniki okazały się być niezbędnym elementem wyposażenia muzyków.

Z nagłośnieniem nie było już jednak tak różowo. Chwilami cierpiała selektywność dźwięku, a kosmiczne efekty, zwłaszcza w pobliżu głośników, oscylowały na krawędzi buczenia. Pozostało to jednak bez większego wpływu na ogólną jakość koncertu. Miłośnicy krystalicznych brzmień powinni wybrać filharmonię, w końcu Ufomammut w wersji live w znacznej mierze opiera się na rozmaitych efektach oraz brudnych sprzężeniach. Odbioru całości nie ułatwiał także fakt, że, jak zwykle, mikrofon Urlo brzmiał nieco zbyt cicho, choć - trzeba przyznać - i tak głośniej niż w Berlinie. Podobnie kiepsko, jak w stolicy Niemiec, wypadły wizualizacje. Niby coś tam majaczyło na tle białego prześcieradła, rozwieszonego za zestawem perkusyjnym, jednak generalnie, poza nielicznymi momentami, nie było wiele widać.  

Włosi zameldowali się w klubie spóźnieni i wyraźnie zmęczeni po długiej podróży z Litwy. Na polskie, strategicznie dziurawe drogi nie ma mocnych, na nich nawet Godzilla mogłaby połamać nogi. Nie było więc wiele czasu na próbę i mamuci latający spodek wystartował niemal z biegu; na szczęście nie przewidziano supportów.

Już od pierwszych dźwięków dało się zauważyć zmianę w setliście, w porównaniu do majowego występu w Berlinie. Kapela rozpoczęła bowiem od "Stigma". Ten koncertowy pewniak, który na żywo zawsze brzmi doskonale, okazał się świetnym wprowadzeniem do dalszej części setu, który wypełnił odegrany w całości materiał z "Eve". Tu obyło się bez większych zaskoczeń, choć niezbyt doskonały dźwięk wpływał nieco na odbiór najmocniejszych fragmentów tej rozbudowanej kompozycji, a zwłaszcza jej trzeciej sekwencji. Widać za to wyraźnie, że Włosi stają się na scenie coraz bardziej naturalni i mniej spięci niż to wcześniej bywało. Wciąż jeszcze dość często oglądają się na siebie, dając sobie odpowiednie znaki, ale w zachowaniu muzyków jest zdecydowanie więcej luzu. "Eve" mają już ograny i nie muszą tak bardzo koncentrować się na dźwiękach. Na dalszą część setu złożyły się "God", "Odio" oraz "Stardog". Kawałki poprzetykane były rozbudowanymi gitarowymi improwizacjami, tak że chwilami trudno było zidentyfikować konkretny fragment setu. Poia zaszalał i ze swymi pomysłami wyjechał daleko poza studyjne wersje utworów; ten wieczór należał do niego.

 

Wrocław, Firlej, 16/09/2010

Następnym przystankiem Włochów na trasie był Lipsk, my zaś udaliśmy się do Wrocławia. Firlej to bez dwu zdań najlepsze miejsce w mieście, w jakim mógł odbyć się gig Ufomammut. Klub dość istotnie różni się od Minogi, koncert Włochów był w związku z tym również nieco inny, choć towarzyszące mu emocje pozostały te same. Tym razem zespół ukrócił nieco improwizacyjne zapędy Poi; było mniej chaotycznie, a kompozycje odegrane zostały z większą precyzją. Głośniejsza niż w Poznaniu publika stanęła na wysokości zadania, kilka razy nawet zaskakując muzyków - na przykład w trakcie "Stardog", gdzie kilku zapaleńców prowadziło dialog z zespołem, wypełniając krzykiem charakterystyczne pauzy w utworze. Myślę też, że zespół nieczęsto spotyka się z tak długą i gorącą owacją, połączoną ze skandowaniem nazwy Ufomammut.   

Zapowiadano dwa supporty, ale ostatecznie, z powodu absencji We Are Idols, publiczności zaprezentował się jedynie Guantanamo Party Program. Momenty były, ale panowie nie kupili mnie swoim graniem. Zapamiętałem raczej dłużyzny, które w mojej ocenie dowodzą, że zespół nie do końca wie, w którą stronę podążyć, w jakim kierunku rozwinąć kompozycje. Budowanie napięcia na zasadzie kontrastu między mocniejszymi dźwiękami i wyciszeniami to metoda osłuchana już na wszystkie strony, a przez to wymagająca większej dozy nieszablonowego podejścia do grania. A tego w występie Wrocławian zdecydowanie zabrakło.


Włosi bez zbędnej zwłoki zainstalowali się na deskach Firleja, na wyraźnie większej przestrzeni w zestawieniu z poznańską Minogą. Ich imponujące pedalboardy i inne efekty nie rzucały się więc aż tak w oczy, a Vita odjechał ze swym zestawem daleko w głąb sceny. Miejsca wystarczyło na tyle, że statyczny często Urlo, tu postanowił trochę się pomiotać. Podobnie jak w Poznaniu, odegrany w całości "Eve" poprzedziła "Stigma". Dało się słyszeć wyraźną różnicę w brzmieniu, na korzyść dla Wrocławia, dzięki czemu wszystkie elementy stylu Ufomammut znalazły się na swoim miejscu. Potężna, a zarazem bardzo selektywna ściana dźwięku bezlitośnie zmiażdżyła publiczność. Niestety, chłopaki zagrali nieco krócej niż dwa dni wcześniej. Z zestawu wypadło "Odio", a łącznie z bisem w dalszej części setu można było usłyszeć jedynie "God" i "Stardog". Wreszcie, była okazja lepiej przyjrzeć się wizualizacjom. W mojej ocenie nie stanowią one wprawdzie elementu, bez którego koncert Mammuta w jakikolwiek sposób traciłby na wartości, trzeba jednak przyznać, że dodają one muzyce dodatkowego smaczku. Kto nie dotarł na któryś z dwu opisanych wyżej występów, ten ma czego żałować, bo Ufo rządzi i tyle.

 

Tekst: Szymon Kubicki
Foto: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka