Uncle Acid and The Deadbeats - 27.11.2018 - Warszawa

Relacje

Szymon Kubicki

Uncle Acid and The Deadbeats - 27.11.2018 - Warszawa

W tym samym czasie, gdy w łódzkiej Atlas Arenie publika z niecierpliwością oczekiwała na ostatni (podobno) koncert Slayer na polskiej ziemi, spora rzesza fanów dobrego rocka wypełniła kameralne Hybrydy, by przeżyć show zupełnie innego rodzaju.

Wieczór rozpoczęło kobiece trio z L.A. Witch, któremu szybko udało się przełamać początkowy dystans publiczności. Byłem ciekaw, jak dziewczynom z Los Angeles uda się oddać na żywo charakterystyczne brzmienie ich muzyki i muszę przyznać, że wyszły z tego zadania obronną ręka, głównie za sprawą wokalistki i gitarzystki Sade Sanchez. To ona w znacznej mierze odpowiada za oniryczne, bardzo ciepłe, vintage'owe brzmienie będące swoistym połączeniem indie i kalifornijskiego surf rocka. Muzyka L.A. Witch doskonale nadaje się jako tło letniego, ciepłego, leniwego popołudnia. Najlepiej piątkowego i gdzieś w Kalifornii. By całość zabrzmiała jak trzeba, należy sięgnąć po stworzonego do tego rodzaju grania Fendera Jaguara lub Jazzmastera (Sade używa obydwu) i dodać mnóstwo reverbu, który przesądza o brzmieniowym klimacie trio. Do tego nieśmiały, ale świetnie brzmiący wokal, mocno pracujące partie basu Irity Pai (ponownie Fender) oraz głośne, punktowe strzały perkusji. Ellie English w żadnej mierze nie gra technicznie i na tym polu sytuuje się blisko Meg White, ale w tej stylistyce to w zupełności wystarcza. Dobry, relaksujący koncert. Miejcie oko na L.A. Witch, bo jeszcze mogą namieszać.

Nawet, jeśli w trakcie setu L.A. Witch przestrzeń pod sceną systematycznie się wypełniała i pojawiły się nawet jakieś bardziej żywiołowe reakcje publiki, tak już sam początek występu Uncle Acid and The Deadbeats udowodnił, kto jest tego wieczoru prawdziwą gwiazdą. Pożyczę podpatrzone gdzieś określenie tej brytyjskiej kapeli, "The Beatles of Doom", ponieważ trudno odmówić mu trafności. To stylistyka, w której nie brak melodii, ale rzeczywiście Uncle Acid and The Deadbeats, pozostając w kategorii cięższego grania stworzonego jednoosobowo przez riffmastera Tony'ego Iommi, ma niewątpliwy talent do nadawania swym melodiom wyjątkowo chwytliwej formy. Zwłaszcza, gdy odgrywa kompozycje z "Blood Lust". Z mojego ulubionego albumu i chyba nie tylko mojego, wystarczyło spojrzeć na reakcję publiki na "Death's Door", a zwłaszcza największy hit zespołu "I'll Cut You Down". Ekipa promowała nowy krążek "Wasteland", w związku z czym nie mogło zabraknąć jego reprezentantów, którym towarzyszyły utwory z trzech pozostałych płyt. Wuj Kwas serwował więc kolejne porcje przebojów, publiczność bujała się ochoczo, a tu i ówdzie buchały w powietrze kłęby trawiastego dymu (czy ktoś wspominał o zakazie palenia w klubach?). Krótko mówiąc, naprawdę dobra zabawa!

I See Through You
Waiting for Blood
Mt. Abraxas
Mind Crawler
Death's Door
Shockwave City
Crystal Spiders
Dead Eyes of London
Pusher Man
I'll Cut You Down
Blood Runner
Melody Lane
Evil Love
No Return