Asymmetry Festival 2010 - 30.04-02.05.2010 - Wrocław

Relacje
Asymmetry Festival 2010 - 30.04-02.05.2010 - Wrocław

Pierwsza edycja Asymmetry Festival była jednym z najciekawszych wydarzeń muzycznych minionego roku. Stąd nie dziwi fakt, że druga spotkała się z jeszcze większym zainteresowaniem zarówno mediów jak i fanów alternatywnego grania.

Organizatorów od pewnego czasu zaczął jednak prześladować pech. Nie dość, że swój udział w festiwalu dość szybko odwołali Electric Wizard, to jeszcze, zaproszeni na ich zastępstwo, muzycy Shrinebuilder również ostatecznie zrezygnowali z zagrania swojej europejskiej trasy, a tym samym wizyty w Firleju. Nie pojawiła się także, oczekiwana przez wielu, Yakuza z towarzyszącym jej supportem, Comity i Helen Money. Pozostały skład, choć słabszy niż pierwotny, był w stanie zapewnić jednak i tak niemało emocji.

Niestety - nad czym bardzo ubolewam - nie udało mi się pojawić na pierwszym dniu festiwalu, a tym samym nie zobaczyłem jak - sądząc po imidżu, bardzo ekscentryczni - muzycy The Mount Fuji Doomjazz Corporation improwizują soundtrack "Człowieka-Słonia" Davida Lyncha, ani, ponoć świetnego, występu ZU.

W Firleju zjawiłem się dopiero drugiego dnia na występie Secret Chiefs 3. Po zespole byłych członków Mr. Bungle spodziewałem się sporo szaleństwa, nieprzewidywalności oraz improwizacji. Na początek dostałem trochę niepokojącą porcję kiczu w postaci strojów muzyków (czarne peleryny, podobne do tych, w których z upodobaniem po scenie chadzają choćby panowie z Sunn O)))). Całe szczęście swoją twórczością bronili się zdecydowanie lepiej niż imidżem. Koledzy Mike’a Pattona kilka razy wystawili na ciężką próbę bębenki uszne wszystkich, którzy odważyli się pozostać w sali koncertowej na czas ich występu. Zwłaszcza skrzypek znęcał się nad swoim instrumentem do tego stopnia, że publiczność zaczęła zawierać już nawet zakłady, kiedy w końcu pozrywa z niego wszystkie struny. Co prawda, tego typu szalonych momentów mogłoby być więcej, co wpłynęłoby in plus na cały koncert. Nie zmienia to jednak faktu, że tego dnia nic już nie wywarło na mnie tak pozytywnego wrażenia.

Year Of No Light wypadł poniżej moich oczekiwań. Okazało się, że materiał z bardzo udanego "Ausserwelt" niezbyt sprawdził się na żywo. Może była to kwestia problemów z brzmieniem, albo tego, że ich muzyka lepiej sprawdza się w zaciszu domowym, niekoniecznie na koncertach. Transu znanego z albumu jakoś nie poczułem…

Kylesa dała bardzo żywiołowy koncert. Jeżeli więc komuś nie przeszkadzały ich wyraźnie zapożyczenia z twórczości starszych kolegów z Mastodona, występ mógł się podobać. Pomimo pewnych problemów z brzmieniem i chyba pewnej niedyspozycji głosowej wokalistki, wypali poprawnie. To zresztą w czasie ich pobytu na scenie publika reagowała najbardziej żywiołowo.

Trzeci dzień rozpoczęli post-rockowcy z Kasan. Niestety pokazali wszystkie słabe strony gatunku, jaki uprawiają. Ich długie, monotonne kompozycję nużyły i nawet momentami niezłe wizualizacje nie uratowały nudnego całokształtu.

W czasie występu Time To Burn co tchórzliwsi uciekli do baru lub do stoiska z merchandisingiem pod pretekstem niby nagle naszłej ich chęci napicia się piwa bądź kupna koszulki. Ja tam jednak swoje wiem. Wymiękli! Francuzi zagrali bardzo intensywny i agresywny gig. Zwłaszcza wokalista siał anihilację swoim głosem, zaś cały zespół w paru momentach sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał roznieść całą scenę… Używając popularnego, jak ostatnio zauważyłem, wśród post-metalowców określenia powiem - było "srogo".

Tesseract okazał się najbardziej kontrowersyjną grupą na festiwalu. Mariaż łamańców z Meshuggah z wokalem a la In Flames nie mógł zabrzmieć dobrze. I tak najmocniejszymi fragmentami ich koncertu były te, w których wokalista oddawał pole do popisu swoim kolegom z instrumentami, sam schodząc ze sceny. Niektórych drażnił również jego "zadbany" wygląd i… dwuznaczna choreografia.  

Po występie Black Shape of Nexus dochodzę do wniosku, że ich doom/drone to rzecz właściwie tylko dla konesera gatunku z wyraźnym zacięciem fanatyka. Swoimi masywnymi, przeciąganymi w nieskończoność riffami i perwersyjnie wolną perkusją sprawili, że poszukałem czegoś interesującego poza klubem….     

Wiadomo, Jesu na płytach nudzi i usypia. Przynajmniej mnie, bo wnioskując z liczby koszulek Godflesh, jakie udało mi się wyłapać, Justin Broadrick ma u nas dużo fanów. Twórcy "Conqueror" swoją muzyką hipnotyzowali, czym jednak ich koncert trwał dłużej, tym można było odczuwać mocniejsze znużenie. Sam zaś frontman sprawiał wrażenie, jakby nie specjalnie przejmował się publiką, oszczędnie dziękując jej tylko za oklaski pomiędzy utworami. Po zakończeniu setu Jesu Justin bonusowo zaprezentował swój solowy projekt, ambientowy Final. Pewnego uroku obu występom dodawały wyświetlane wizualizacje. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno uznać koncertu Jesu za w pełni udany.    

Kolejny dzień Asymmetry otworzył zespół-zwycięzca konkursu Neuro Music. Moja Adrenalina, formacja stworzona do grania na żywo, dała nawet lepszy koncert niż na finale wspomnianego plebiscytu. Niestety publika przyszła tego dnia raczej w celu postania w miejscu, aniżeli pogowania przy szalonych dźwiękach twórców "Nietoleruje - bije". Co warto zaznaczyć, muzycy nie zrażeni tym, do końca ostatniego utworu starali się rozruszać skostniałych fanów. Na nic zdały się jednak zarówno próby wokalisty Adama i gitarzysty Rafała. Drgnęło z pięć osób. Niezmiernie szkoda…

Necro Deathmort momentami intrygował rozrzutem stylistycznym - muzycy przechodzili od grania ambientu aż do metalowego riffowania w jednym z utworów. Przez to cały ich występ mógł wydawać się chaotyczny, zaś sama muzyka małowyrazistym zlepkiem przypadkowych motywów.   

Sądząc po tłumie, jaki zgromadził się pod sceną, najwięcej osób przyszło zobaczyć Mouth of the Architect. Wypadli poprawnie, trudno uznać ich występ za wyjątkowy i szczególny w jakikolwiek sposób. Spodziewałem się znacznie więcej.

Esoteric wzbudził mieszane uczucia. Jednych wymęczył, inni zapewne byli w stanie uznać ich występ za jeden z najciekawszych w czasie festiwalu.  

Asymmetry Festival 2010 dobiegł końca. Warto zwrócić uwagę, że, pomimo słabszego składu niż w roku poprzednim, impreza spotkała się z dużo większym zainteresowaniem. Pozostaje nam więc czekać na kolejną edycję, o której poziom, biorąc pod uwagę, że impreza zdaje się być priorytetowym projektem w Firleju, nie musimy się chyba obawiać.



Jacek Walewski