Danny Cavanagh - 10.02.2010 - Warszawa

Relacje
Danny Cavanagh - 10.02.2010 - Warszawa

Już niemal siedem lat zainteresowani czekają na nowy album Anathema. Niby kawałki powstają, niby praca wre (o czym mówi się mniej więcej od trzech lat), ale jakoś nie przeszkadza to Danny’emu Cavanagh po raz drugi zajrzeć do Polski z akustycznym setem czy zaangażować się w projekt o nazwie Leafblade. Poprzedni występ Danny’ego niemal równe trzy lata temu w Hybrydach był całkiem udany, nie zaszkodziło więc sprawdzić, jak obecnie, tym razem na deskach No Mercy, zaprezentuje się sympatyczny rudzielec. Co więcej ten pojawił się na scenie dwukrotnie, bowiem rolę rozgrzewacza pełnił tego wieczoru wspomniany wyżej Leafblade.

W Leafblade pierwsze skrzypce, a właściwie pierwszą gitarę, gra przyjaciel Danny'ego - niejaki Sean Jude. Starszemu z braci Cavanagh pozostawia chórki i pomoc w akompaniamencie, w tym m.in. dogrywanie gitarowych efektów do kompozycji. Nie znam twórczości tego duetu, podskórnie spodziewałem się więc smęcenia, ale muszę przyznać, że zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Przede wszystkim, jakich by nie używać efektów (o czym później) dwie gitary zawsze będą brzmiały ciekawiej, dynamiczniej i pełniej niż jedna.  Poza tym, lider tego projektu dysponuje niezłymi warunkami głosowymi, co sprawiło, że pod względem wokalnym set stał na wyższym poziomie niż występ gwiazdy wieczoru. Jude jest po prostu lepszym wokalistą niż Danny (nawet jeśli barwa głosu lidera Anathema jest bardziej emocjonalna), zdawał się też lepiej panować nad emisją głosu i nie pozwalał sobie na fałsze. Słychać to było choćby w kończącym set "Going to California" z repertuaru Led Zeppelin.

Oczywiście z Plantem nie może równać się żaden śmiertelnik, ale Sean Jude bardzo dobrze poradził sobie z tym utworem. Bez wątpienia znacznie przyjemniej oglądało się występ Leafblade niż prawdziwie beznadziejny gig Believe, który wystąpił w roli supportu trzy lata temu. Nie wiem, czy muzyka Leafblade tak bardzo przypadła publice do gustu, czy taki był efekt zachęt Danny’ego (nie ma to jak marketing bezpośredni), ale po secie przed mikrostolikiem z merchem, gdzie prócz koszulek i płyt Leafblade można było nabyć także ostatni zapis kolaboracji z Anneke van Giersbergen, zebrał się spory tłumek chętnych.

Swój set Danny rozpoczął po mniej więcej kwadransie przerwy. Występ oparty był, co oczywiste, na utworach Anathema oraz coverach. Zabrakło za to choćby jednego kawałka z "A Place to Be". Wystartował od "Deep"; kolejny "Fragile Dreams" jeszcze bardziej rozruszał publikę, na tyle na ile jest to możliwe na akustycznym koncercie. Dalej z repertuaru macierzystej kapeli Cavanagh poleciało jeszcze między innymi "One Last Goodbye", "Are You There?", "Flying", "Temporary Peace", "Forgotten Hopes" i "Leave No Trace". Przy wyborze coverów Danny zdecydowanie skoncentrował się na Wyspach. Usłyszeliśmy więc Pink Floyd ("Wish You Were Here" oraz "High Hopes"), Depeche Mode ("Enjoy the Silence"), Iron Maiden ("Wasted Years"), Radiohead ("Creep"), Dire Straits ("Brother in Arms") oraz zagrany na koniec "Stairway to Heaven" wiadomo kogo. Repertuar nie różnił się zatem szczególnie od poprzedniego występu. Niewątpliwie jednak nastąpiła zauważalna zmiana w zachowaniu samego muzyka. Skupionego, humorzastego i wyraźnie spiętego (tak było trzy lata temu, ale nie tylko wtedy miałem okazję przekonać się, że potrafi być naprawdę wybuchowy), o całe mile ustępującego Vinny’emu pod względem scenicznej swobody Danny’ego w No Mercy zastąpił Danny rozluźniony, pogodny, zaskakująco wyluzowany.

Pozostał wprawdzie wyczulony na gwar rozmów wśród publiczności, ale potrafił bez problemu nawiązać z nią bezpośredni kontakt. Ta zrewanżowała się zresztą parę razy chóralnym śpiewem. Danny czuł się na scenie swobodniej niż ostatnim razem, przyjmując czasem prawdziwie rockowe pozy, pozwalał sobie na żarciki (np. wykrzykując "lights!" podczas "Creep" czy śpiewając "What the hell am I doing here?..... in Warsaw"), opowiadał anegdoty. Zupełnym zaskoczeniem były krótkie wspominki ze wspólnej trasy Anathema z My Dying Bride z 1996 roku, zwieńczone odegranym wstępem do "Cry of Mankind". Szkoda, że skończyło się tylko na fragmencie. Ciekawe, jak odtworzyłby partie Aarona Stainthorpe’a. Na koniec na scenę powrócił Sean Jude i panowie wspólnie odegrali "The Boxer" autorstwa Simon & Garfunkel.   

Swobodna atmosfera występu, bliższa raczej niezobowiązującemu jammowaniu niż koncertowi z prawdziwego zdarzenia przełożyła się na stronę wykonawczą, która czego by nie mówić nie była doskonała. Tu i ówdzie wkradły się fałsze. Nie obyło się bez drobnych pomyłek w grze. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo przy takich okazjach ważniejszy jest sam klimat i swoista interakcja między muzykiem a publiką (mocno zresztą komplementowaną). Większe zastrzeżenia mam do używanego przez Danny’ego efektu gitarowego (podobnie jak trzy lata temu). Owszem, stwarzał on gitarze dodatkowe możliwości, co najlepiej było słychać w czasie gigu Leafblade, gdzie wzbogacał partie prowadzące gitary odgrywane przez Jude’a. Jednak nadużywanie delay podczas solowego występu, choć dawało wrażenie równoczesnego odgrywania dwu czy trzech ścieżek, nie zawsze wpływało korzystnie na naturalność brzmienia. Ogólnie rzecz biorąc, nie miało to jednak większego wpływu na odbiór całości. Warto również zwrócić uwagę na niezłe, może nawet zaskakująco dobre, nagłośnienie całego koncertu.

 

   

 

Tekst: Szymon Kubicki
Zdjęcia: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka