Basowiszcza 2009 - 17-18.07.2009 - Gródek

Relacje
Basowiszcza 2009 - 17-18.07.2009 - Gródek

Jeszcze planując wyjazd na XX Festiwal Basowiszcza 2009 dowiedziałem się o tym, że w tym roku po raz kolejny zmienił się skład grupy organizacyjnej. Mówi się też, że po dwudziestu latach, Basowiszczy towarzyszą cały czas te same błędy. Prognozy nie były najlepsze...

DZIEŃ PIERWSZY


Sami organizatorzy tym razem trochę zmienili koncepcję festiwalu: nie było konkursu, były same występy dobrze już znanych białoruskich zespołów. Zaproszono wiele zespołów, które już niejednokrotnie pojawiały się na tej scenie. Specjalnym gościem był zespół Lao Che - jeden z dwóch polskich zespołów. Drugim był miejscowy zespół Rima (Gródek), występ którego już jest dobrą tradycją festiwalu.



Cieszy, że festiwal odbywa się przy granicy, wspomagając w ten sposób integrację ludzi z dwóch krajów. W momencie przybycia na miejsce było już sporo ludzi, część z nich stała w kolejce do kiosku, żeby kupić sobie t-shirt z logiem festiwalu, część była na polu namiotowym (nieco zbyt małym jak na potrzeby odwiedzających), pozostali spacerowali po okolicy.



Wszystko zaczęło się zgodnie z programem o godzinie 19, kiedy na scenę wyszedł zespół Unia. Poza dwiema dziewczynami w dziwnych strojach i tatuażem solisty nie było na co patrzeć, słuchać też.

 

 

Zespół Tarpacz zagrał już bardziej rockowo, ale poziom wykonania pozostawiał sporo do życzenia. Wokalistka miała brutalny głos i seksownie poruszała się na scenie, czym nie mogła nie przyciągnąć wzroku już trochę podpitych facetów.





Na godzinę 20 ustalono oficjalne otwarcie festiwalu. Przewodzący tegorocznej imprezy zaprosił na scenę byłych organizatorów Basowiszczy. Razem otworzyli szampana i zaczęli polewać widzów. Po tej akcji jeszcze długo było czuć zapach alkoholu przy scenie.


Następne miała wystąpić grupa Sok, ale gitarzystę zespołu zatrzymali na granicy, dlatego wystąpił Rahis - zespół choć nie oczekiwał, że zagra już w pierwszy dzień, zdążył szybko przygotować się i nawet nieźle wypadł na scenie.



Zespół Ban-Zwirba po drodze na festiwal napotkało nieszczęście. Jego wokalistkę ugryzł wąż, dlatego dodatkowym przystankiem dla nich stał szpital. Bez względu na to, liderka grupy wyszła na scenę na czas i zagrał swój set.


Kolejni na scenę wyszli chłopaki z zespołu BN (Bez Nazwy), którzy świetnie odegrali swój program. Był to prawdopodobnie najlepszy występ tego dnia.


Równie ciekawy koncert dał zespół Rima, ciesząc fanów nieco cięższym klimatem kompozycji.


Najbardziej energetycznym był występ zespołu Znich. Całą swoją energię skierowali w tłum rozgrzanych ludzi. Super wokal - growl i fajne, gitarowe granie. Mocy występowi dodawał olbrzym z dudami.


Przyszedł czas na kapele, na które czekała większość ludzi. Na początek IQ48. Przez cały swój występ solista zespołu nie mógł znaleźć sobie miejsca na scenie, chodząc po niej, siadając i zagadując publiczność, która świetnie się przy tym bawiła.


Pierwszy dzień zamykał zespół Ściana. Zagrali kilka piosenek z nowego albumu - niestety na wszystkie nie starczyło czasu. Niezłomny głos Viktora Shalkewicha powiedział, że zaczyna się cisza nocna w Gródku. Impreza przedłużyła się w otwartym baraku niedaleko głównej sceny, gdzie zaczęły się występy DJ-ów oraz na polu namiotowym, gdzie każdy miał możliwość w dowolnym momencie zakończyć imprezowanie.


DZIEŃ DRUGI


Na drugi dzień ranem pielgrzymki ludzi zaczęły ciągnąć do sklepów za jedzeniem i kolejną porcją alkoholu oraz nad jezioro celem ochłodzenia się. Deszczu nie było w ciągu całej imprezy - było gorąco i słonecznie.


Koncerty zaczęły się dopiero o 17, więc nikt nie musiał się spieszyć. Gra zespołu Zhniuv jakoś nie przyciągnęła mnie pod scenę. Pojawił się dopiero na koniec występu zespołu Sok, za którym w rozkładzie była grupa Bosae Sonca.


Bosae Sonca wywołał pierwsze poruszenie w tłumie. Pod różnorodne, pozytywnie brzmiące melodie naród zaczął skakać i tańczyć. Ekspresyjny harmonista nie mógł usiedzieć na krześle. Jak później się okazało, solista prawie nie słyszał co śpiewa, bo źle ustawili mu monitory, ale i tak świetnie sobie poradził.


Następnie na scenę wyszli Dzieci Dziaciej. Nigdy wcześniej nie słyszałem ich białoruskich piosenek. Wszystkie wydane przez nich na albumie są w języku rosyjskim. Dla mnie ich występ był jednym z najlepszych na całym festiwalu. Ich setlista była bardzo długa. Kiedy organizatorzy poinformowali ich o końcu ich czasu, pozostało im jeszcze osiem kompozycji do zagrania. Oddałbym wszystko, żeby posłuchać ich do końca, ale niestety rygor musi być.


Dalej przyszła kolej na starsze zespoły białoruskiego rocka Palac i Krama. Na Lao Che przybyło bardzo dużo osób. Występ polskiej gwiazdy był mocny, może nawet bardziej niż na Union Of Rock. Grali najdłużej ze wszystkich zespołów na tym festiwalu i nawet po skończeniu setlisty ludzie wołali ich na bis. Podczas występu zdarzyły się aż dwa włamania na scenę. Problemem nie była słaba ochrona (powiem nawet, że była zbyt agresywna w stosunku do widzów), ale natłok ludzi był bardzo duży. Jedna z osób zatańczyła na scenie ze swoim ulubionym zespołem, udział drugiego był krótszy - ściągnęło go ze sceny aż trzech ochroniarzy.


W czasie gdy ludzie z okolic zaczęli rozchodzić się do lasu wracając do domu, na scenę wyszedł zespół Neuro Dubel.


Przedostatni wystąpił Ulis. Jak napisał jeden z uczestników w blogu zespołu - "zagrali niekiepsko".


Ostatni na scenę wyszedł NRM, chyba najbardziej znany w Polsce białoruski zespół. Na początku muzycy byli przebrani i grali w stylu Mroja - to ich poprzedni projekt. Pózniej zmienili stróje i zagrali bardziej po swojemu. Szkoda, że znowu zabrakło czasu i widzowie nie usłyszeli wszystkich hitów, o których tak marzyli.


Ogólnie festiwal wypadł lepiej niż oczekiwałem, ale i tak nie poczułem się szczególnie zachwycony. Zobaczymy, co przyniesie nam rok następny.

Zdjęcia i tekst: Ivan Sitsko