Desertfest 2015 - 23-25.04.2015 - Berlin

Relacje
Desertfest 2015 - 23-25.04.2015 - Berlin

Za nami czwarta edycja Desertfest. Festiwalu, który na stałe wpisał się w grafik fanów brzmień stoner/doom/psychedelic oraz potwierdził swoją siłę i pozycję imponującą frekwencją i całkiem niezłym line-upem.

Po raz kolejny, miejscem całego przedsięwzięcia był klub Astra Kulturhaus, dysponujący dwoma salami. Pierwsza - foyer stage, przeznaczona na mniejsze koncerty, spośród których kilka z nich cieszyło się na tyle dużym zainteresowaniem, że mogły być przeniesione na drugą salę - main stage, mieszczącej co najmniej 1000 osób. Na zewnątrz, festiwalowicze relaksowali się w Biergarten oraz okolicy stoisk gastronomicznych z tyłu klubu. Zespoły i dziennikarze mogli spędzić czas, odpocząć i spotkać się na wywiad w specjalnym, dużym, połączonym z backstage pomieszczeniu, oferującym zarówno posiłki, jak i napoje. Pozostałą atrakcją był namiot z merchem zespołów występujących na festiwalu, ale nie tylko, bowiem ciekawą ofertą, skierowaną do kolekcjonerów plakatów koncertowych było stoisko firmy Elvisdead. Natomiast fani oldschoolowej sztuki tatuażu mieli możliwość skorzystania z usług berlińskiego studia Iron Cobra Tattoo.

Dzień pierwszy (czwartek 23.04.)

Czwartek bez dwóch zdań należał do Orange Goblin, jednak nie wypada nie wspomnieć o pozostałych zespołach, które zagrały całkiem ciekawe sety, w szczególności The Picturebooks, ale o tym za chwilę. Pierwszy dzień, tradycyjnie rozpoczął się nieco później, niż dwa pozostałe. Na foyer stage, punktualnie o godz. 17:00, zameldowali się Australijczycy z Riff Fist, reprezentujący stoner z wyraźnymi wpływami sludge. Niestety, nie miałem możliwości oglądać ich koncertu w całości, ponieważ po kilkunastu minutach przyszedł czas na wywiad z Orange Goblin. Załapałem się na kilka utworów, m.in. tych z nowej, aktualnie promowanej na trasie EPki "The Good, The Loud and the Riff".

Następnie, również na foyer stage zagrało trio Wedge. To jeden z koncertów pierwszego dnia, który szczególnie zapadł mi w pamięć. Co prawda, trio z Berlina nie gra niczego odkrywczego, bowiem w ich stylu usłyszeć możemy mieszankę, krótko mówiąc, rock ‘n’ rolla, rocka psychodelicznego i hard rocka. Za to zespół ma zdolność do pisania bardzo chwytliwych piosenek i wyjątkowego kontaktu z publicznością. Bardzo dobry koncert.

Poza Orange Goblin, na The Picturebooks pierwszego dnia czekałem najbardziej. W zeszłym roku, przy okazji koncertu Kadavar miałem okazję widzieć już ich na żywo, jednak na Desertfest był to zupełnie inny koncert, niż w Hydrozagadce. Zdałem sobie sprawę, że zespół rośnie w siłę i foyer stage w przypadku kolejnej edycji może nie wystarczyć. Styl Niemców można zdefiniować, podpierając się hasłem z rozdawanych przez nich naklejek: "Loud Guitars And Sissy Bars". Jest głośno, garażowo, rzekłbym motocyklowo i amerykańsko. Zagrali przede wszystkim utwory z wydanej w zeszłym roku płyty "Imaginary Horse". Zapamiętałem zwłaszcza "Hail These Words", "PCH Diamond", "E.L.I.Z.A.B.E.T.H." oraz "Learn It The Hardway". To był jeden z moich ulubionych koncertów tej edycji Desertfest. Czekam na więcej, a szansa na występ w Polsce jest duża, bowiem i u nas zainteresowanie takim graniem jest całkiem spore.

O półtoragodzinnym koncercie Orange Goblin na main stage można napisać osobny artykuł. Rewelacja, czy mistrzostwo to chyba zbyt małe słowa, by opisać to, co działo się tamtego wieczoru. Przechadzając się po mieście na kilka godzin przed pierwszym dniem festu, niemal na każdym kroku, szczególnie w centrum, można było napotkać plakaty promujące nie tylko Desertfest, ale również te zapowiadające koncert Goblina, na którym ujrzałem napis "Playing ‘The Big Black’ for the first time ever!". Już wtedy zdałem sobie sprawę, że to będzie coś więcej, niż regularny koncert zespołu, który obok Red Fang był największym wydarzeniem festiwalu. Było to prawdziwe święto stonera.

Dzień drugi (piątek 24.04.)

Dzień drugi, z pustkami w sali foyer, jednak mimo wszystko udanym koncertem rozpoczęli Travelin Jack. Kwartet, obok którego nie da się przejść obojętnie, ze względu na ich image sceniczny. Każdy z członków ubrany w nawiązujący do glam rocka kostium, miał wymalowane w przeróżne wzory twarze. Najbardziej charyzmatycznym ogniwem zespołu jest wokalistka, która wraz ze swoim Gibsonem Flying V zrobiła największe show, co rusz zagadując publiczność.

Ciekawą propozycją, tym razem na main stage był występ Heat. To kolejny już zespół na tegorocznej edycji, reprezentujący powrót do korzeni metalu. Charakteryzuje ich "sabbathowy", klasyczny, pełen groove’u styl. Najbardziej podobały mi się utwory z wydanego w zeszłym roku krążka "Labyrinth", w szczególności "Free World", "Barbarossa" i "Masquerade". Najlepszym występem drugiego dnia na foyer stage był koncert szwedzkiego trio Kamchatka, które nie mogło wymarzyć sobie lepszego zakończenia trasy, niż Desertfest. To kolejny zespół, którego koncert śmiało mógł odbyć się na main stage. Tak się składa, że zbliża się premiera nowego albumu grupy, który częściowo mieliśmy okazję poznać na żywo. Poza tym, set był jak na Kamchatkę przystało, żywiołowy i bardzo riffowy. Nie mogło zabraknąć "Coast to Coast", "Pressure", czy "Broken Man". Był to świetny, jednak trochę przykrótki koncert.

Drugim dniem rządził nie Brant Bjork, który był - powiedzmy - headlinerem dnia, a Ufomammut. Aktualnie Włosi promują najnowszy album "Ecate", z którego materiał na żywo wypada znacznie lepiej, niż w wersji płytowej, mimo że i tak album jest naprawdę dobrą, acz niezbyt zaskakującą słuchacza propozycją. Koncert natomiast zaskoczył. Na żywo ich muzyka jest cięższa, momentami wolniejsza i bardziej intensywna. To również zespół koncertowy, nawiązujący dobry kontakt z fanami. Zdecydowanie show dnia!

Dzień trzeci (sobota 25.04.)

Od samego początku ostatniego dnia koncertowego, wyraźnie czuć było w powietrzu oczekiwanie na główną gwiazdę festiwalu. Widać było wielu fanów Red Fang, których łatwo poznałem po zespołowych koszulkach. Sobota nie była co prawda tak dobra pod względem line-upu, jak pozostałe dni, jednak szczególnie zapadł mi w pamięci koncert The Atomic Bitchwax oraz Mountain Witch. Ze względu na przeprowadzane wywiady z Red Fang oraz Atomic Bitchwax, nie miałem okazji zobaczyć My Sleeping Karma. Z relacji festiwalowiczów (również tych z Polski), dowiedziałem się, że z jednej strony było czego żałować, z drugiej niezbyt. Liczę, że będę miał okazję zobaczyć ich jeszcze na żywo i skonfrontować te dwie opinie.

Zainteresowanie koncertem Red Fang oraz pokaźna frekwencja potwierdziły siłę i klasę zespołu. Był to pierwszy, a zarazem ostatni koncert festiwalu, na którym publiczność szalała do tego stopnia, że dochodziło do masowego crowd-surfingu i prób przeskakiwania barierki odgradzającej publiczność od sceny. Cała sala pękała w szwach, a im dalej w las, tym więcej ognia. Red Fang to paczka kumpli, którzy świetnie bawią się na scenie, są wyluzowani, sympatyczni, a zarazem niezwykle profesjonalni w tym, co robią. Natomiast ich fani są dokładnie tacy sami. W Polsce, na drugi dzień ponoć dali równie dobre i energetyczne show. To prawdziwe koncertowe monstrum.

Każdego dnia, po koncertach, ok. godz. 1:00, przychodził czas na sety DJ-ów. W pierwszy i trzeci dzień, w bardzo kameralnej sali swoje muzyczne fascynacje prezentował Jan Schwarzkamp, dziennikarz muzyczny magazynu Visions oraz propagator szeroko pojętego stonera. W swoich setach przedstawiał szeroką rozpiętość gatunkową. Od The Smiths, przez The Doors, Queens Of The Stone Age, a na Black Sabbath kończąc. Mimo wielu hitów wykonawców wcześniej wspomnianych, Jan zaprezentował trochę mniej znanych i niszowych kapel. W dzień drugi, za konsoletą można było spotkać DJ-a Volksradio Moos, który swoje sety opiera na space rocku oraz psychodelii.

Były to wspaniałe trzy dni. Spędzone w różnorodnych muzycznych światach i brzmieniach, określanych przez entuzjastów festiwalu, "Desertfestowymi". Coś w tym jest, bowiem festiwal na przestrzeni tych kilku edycji wyrobił sobie profil oraz target. Daty Desertfest 2016 są już znane (28-30.04.2016), a bilety były już dostępne podczas tegorocznej edycji. Świadczy to o jego potędze i zainteresowaniu graniem tego typu, bowiem próżno szukać imprezy z taką atmosferą, ciekawostkami w line-upie oraz ludźmi, dzięki którym ten festiwal żyje i mam nadzieję - przez wiele lat żyć będzie.

Wojciech Margula