Rawa Blues Festival 2013 - 05.10.2013 - Katowice

Relacje
Rawa Blues Festival 2013 - 05.10.2013 - Katowice

O godzinie jedenastej 5 października wybrzmiały pierwsze dźwięki bluesa w katowickim Spodku, co znaczyło, że 33. edycja kultowego festiwalu Rawa Blues rozpoczęła się i będzie trwała następnych kilkanaście godzin.

Jak zwykle organizatorzy umilili ten czas słuchaczom, serwując im zróżnicowany zestaw artystów z półki polskiej, a także zagranicznej. I choć jeszcze kilka lat temu, festiwal zbierał zasłużoną krytykę z uwagi na brak wielkich nazwisk wśród gwiazd Rawy, to tym razem chyba wszyscy byli usatysfakcjonowani. Przynajmniej pod tym kątem.

Keb' Mo' celebryta wśród bluesmanów. To on wprowadza ten gatunek (choć nieco "wyczyszczony") na wielkie salony, zdobywając przy okazji nagrody Grammy za swoją twórczość. Nim jednak uczestnicy tegorocznej Rawy mogli go wysłuchać na żywo, byli świadkami występów innych wykonawców: polskich i zagranicznych. Scena boczna Rawy Blues jak zwykle dała szansę na zaprezentowanie się mniej znanym artystom, którzy pragną wyjść z cienia i pokazać się szerszej publiczności. W tym roku zarówno internauci (w plebiscycie internautów), jak i jury, reprezentujące słuchaczy, wybrali zespoły, które akurat z bluesem nie mają nic wspólnego. Zdaniem internautów, na występ na dużej scenie najbardziej zasłużył Marek Tymkoff (Trio), natomiast jury postanowiło nagrodzić Cheap Tobacco, które jak zwykle zagrało bardzo dobry koncert.

Po występie laureatów bocznej sceny, na głównej scenie Rawy Blues zainstalowała się pierwsza z zaproszonych, polskich gwiazd około - bluesowych. Był to zespół HooDoo Band, który przy okazji świętował wydanie swojego najnowszego albumu “HooDoo Unplugged", zawierającego płytę CD i DVD. Słuchaczy porwała gra wszystkich muzyków kapeli, a w szczególności niezwykle utalentowanych Bartków: Niebieleckiego (perkusja) i Miarki (gitara elektryczna). Po HooDoo na scenie królował ostatni tego dnia polski zespół, czyli Jan Gałach Band, który zaprezentował odważny materiał z najnowszej, świeżo wydanej płyty.

Pierwszą z zaproszonych gwiazd zagranicznych było The Stone Foxes. Ta młoda kapela, pochodząca z San Francisco po raz pierwszy zawitała do Europy. Na Rawie zagrała ostro i w klimatach z pogranicza psychodelii i indie - rocka. Dość niecodziennie, jak na Rawę Blues, choć wzbudziło to zainteresowanie wielu słuchaczy. Zaraz po The Stone Foxes, za mikrofonem ustawiła się jedna z najważniejszych, współczesnych, soulowych wokalistek, czyli Ruthie Foster. Jej płyty utrzymane są w konwencji w znacznej mierze popowej i w takim też repertuarze zaprezentowała się w Katowicach. Oprócz swoich numerów, w znakomity sposób wykonała także covery, w tym m.in. Adele i U2. Poza jej wspaniałym głosem, wyróżniała się także gra hammondzisty. Zastrzeżenia można mieć jednak do mało selektywnego brzmienia zespołu. Królowała dość spora ściana dźwięku, która mocno ograniczała dynamikę gry i w konsekwencji spłaszczała wokal Ruthie.

Tych problemów nie miała Heritage Blues Ochestra, która okazała się odkryciem tegorocznej Rawy Blues. Zespół zagrał nie tylko najlepszy koncert tej edycji festiwalu, ale ustawił się w absolutnej czołówce (obok Marci Ball i Daviny & Vangabons) występów zespołowych ostatnich kilku lat. Trudno opisać słowami spektakl, którego świadkami mieli szansę być słuchacze. Nie da się też dokładnie zreferować zróżnicowania stylistycznego i ogromnego kunsztu instrumentalnego muzyków. Co rusz z cudownie wykonanych w kościelnym stylu utworów gospel przenosili się oni nagle w wilgotne powietrze delty Missisipi, by zaraz potem sięgnąć po tradycję hill - country bluesa. Temu wszystkiemu towarzyszyła niesamowita dynamika, która ukazywała niuanse brzmieniowe świetnych partii wokalnych na trzy głosy, znakomitych partii gitarowych oraz harmonijkowych, a także gry sekcji dętej.

Kolejnym punktem programu była ciekawostka w postaci duetu James Blood Ulmer & Irek Dudek. Ulmera bywalcy Rawy znają doskonale - to jego trzecia obecność na tym festiwalu. Preferencji muzycznych Dudka jako artysty przedstawiać również nie trzeba, wszyscy bowiem wiemy w czym najlepiej się czuje, występując na scenie. Od początku wiedziałem więc, czego się spodziewać po tej kolaboracji i się nie pomyliłem. James Blood Ulmer tradycyjnie śpiewał oraz grał swoje harmolodyczne wygibasy, a przygrywał mu do tego na harmonijce Irek Dudek. Zetknięcie tych dwóch muzycznych światów nie przekonało mnie. Koncepcja gry Jamesa Blooda Ulmera nie trafia do mnie i nie będę tego ukrywał, natomiast sam występ uważam za mało porywający i dość jednostajny.

Po Ulmerze i Dudku nastąpiło to, na co wielu od dawna czekało. Na scenę Rawy Blues wkroczył Keb' Mo' wraz z zespołem. Jego koncert był trochę powtórzeniem występu Roberta Cray'a z poprzedniego roku i nawet towarzyszyły mu podobne emocje. Bo to nie tylko gwiazda porównywalnego formatu, ale i stylistyka niemal taka sama, czyli pop-rockowe granie z elementami bluesa w artykulacji. Fani z pewnością byli zadowoleni, ja natomiast dodam, że brzmienie zespołu Keb'a Mo' jest poza zasięgiem wielu współczesnych artystów.

Kontrowersje wzbudził natomiast ostatni występ tego dnia, czyli koncert Otis Taylor Band. Wielu uznało go za największą rewelację ostatnich kilku Raw, dla mnie show zaprezentowane przez Otisa Taylora było wielkim nieporozumieniem. Po pierwsze repertuar, w którym wymieszane były utwory rockowe i coś, co przypominało szanty. Po drugie ogromna ściana dźwięku, zabijająca jakąkolwiek selektywność. Po trzecie chaotyczna gra instrumentalna, w szczególności skrzypaczki Anne Harris, która tańczyła na scenie w stroju szalonej baletnicy. Występ jako całość był cokolwiek psychodeliczny i choć momentami oglądało się to z ciekawością, tak słuchać nie dało się w żaden sposób.

Podsumowując tegoroczną Rawę warto również kilka słów poświęcić sprawom technicznym i organizacyjnym, m.in. nagłośnieniu. Na głównej scenie było ono w tym roku znacznie lepsze w porównaniu z latami ubiegłymi, szczególnie podczas występów gwiazd zagranicznych. Nadal jeszcze nie jest idealnie, ale pewnie wynika to też ze specyfiki Spodka. To niestety jedyny element, który na Rawie uległ poprawie. Ponownie były w tym roku problemy z cateringiem, zwyczajnie w pewnym momencie zaczęło brakować posiłków, a kolejki do stoisk z napojami ciągnęły się jak zwykle kilometrami. Szkoda, bo rzutowało  to na obraz całej imprezy, która z perspektywy słuchacza wydaje się z roku na rok coraz bardziej interesująca. Głównie ze względu na zróżnicowany dobór artystów i ich jakość. W pamięci na długo pozostanie magiczny koncert Heritage Blues Orchestra, piękny głos Ruthie Foster oraz krystaliczne brzmienie zespołu Keb'a Mo'. Ciekawe, co organizatorzy przygotują dla nas w przyszłym roku...

Kuba Chmiel