Gazpacho - 9.09.2012 - Kraków

Relacje
Gazpacho - 9.09.2012 - Kraków

Media próbują nam wpoić zakrzywiony obraz Norwegii, państwa psychopatów i debilnego wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem ten kraj potrafi wydać na świat zespół tak niezwykły, jak Gazpacho, który swoim smutnym pięknem kolejny raz zaczarował polską publiczność.

Krakowskiego koncertu miało w ogóle nie być. Pierwsze informacje o wizycie Gazpacho w naszym kraju podawały, że prog-rockowcy wystąpią jedynie na festiwalu Ino Rock. Na szczęście Rock Serwis doszedł do słusznego wniosku, że warto Norwegów zatrzymać u nas na dłużej - w końcu to chyba w naszym kraju szóstka z Oslo zbiera najwyższe oceny i gromadzi wierną i żywo reagującą na każdy utwór publiczność. Nie inaczej było w krakowskim klubie Studio, który gościł Gazpacho i ich fanów 9 września.

To piąta (jeśli dobrze liczę) wizyta tego zacnego zespołu w murach grodu Kraka i chyba najbardziej kameralna. W klubie wyłączono z użytku trybuny, a na płycie ustawiono rzędy krzeseł. Na sali zmieściło się zatem najwyżej 200 osób, za to w pełni świadomych i czujących magię muzyki Gazpacho. Nawet koleżka, który siedział po mojej prawej i chwalił się, że spożył przed koncertem (będąc na kacu) cztery piwa, a potem dołożył w trakcie występu kolejne trzy, nie przyszedł tu rozrabiać, ani spać - żwawo reagował na muzykę płynącą ze sceny, szczególnie przy utworach z "March Of Ghosts".

Tych, co zrozumiałe, było najwięcej - wszak Gazpacho ciągle jest na trasie promującej wydaną na początku tego roku płytę. W zespole pojawił się luz, czego dowodem jest materiał zgromadzony na "Marszu Duchów", jak i postawa na scenie. Panowie wyposażeni w piwo, w doskonałym humorze, Jan Henrik Ohme serwujący od czasu do czasu dowcipną konferansjerkę… Czuliśmy się jak na imprezie u dobrych znajomych, a nie na koncercie rockowym i to w dodatku niełatwej jego odmiany.


Na początku nieco się przestraszyłem brzmienia - bas charczał niemiło, Ohme nie było słychać w mocniejszych momentach, Mikael Kromer co i rusz pokazywał nagłośnieniowcom, że słyszy tylko siebie. Nie wszystkie problemy udało się rozwiązać (szczególnie jeśli chodzi o wokal Jana), ale taka już specyfika klubu Studio. Stawiam wódkę temu, kto nagłośni całą imprezę w tym miejscu na światowym poziomie.

Niemniej te niedogodności nie mogły popsuć atmosfery, która wytworzyła się pomiędzy występującymi, a słuchającymi. Ja siedziałem jak zaczarowany, mimo iż przed koncertem bałem się, że zasnę w trakcie (brak wyspania w tak młodym wieku prowadzi do chorób i zaburzeń, ogarnij się Jerzy!) - na szczęście panowie potrafią wprowadzić słuchaczy w ten cudowny, malowniczy trans, gdzie odrobina półsnu jest nawet wskazana (szczególnie przy utworach z "Night").

Ujęli mnie już na początku wykonaniem wszystkich części "Hell Freezes Over", jedna po drugiej! Uwielbiam motyw przewodni tego utworu, więc każda sekunda spędzona na słuchaniu mantrycznej gitarowej pętelki Jona-Arne Vilbo, wzbogaconej tu i ówdzie cudownymi partiami skrzypiec Mikaela Kromera, była dla mnie preludium do progresywnej ekstazy. Tę ekstazę osiągnąłem przy okazji słuchania takich numerów, jak "Splendid Isolation" (to na bis), "Vera", "Defense Mechanism" czy bajkowego "Winter Is Never". Ta muzyka płynęła do moich uszu ciepłym strumieniem, wypełniała wszystkie pasma mojej muzycznej mózgownicy, dawała się wręcz dotknąć, powąchać - jeśli istnieją utwory sensualne, Gazpacho z pewnością mogą sobie wpisać w CV ich tworzenie.


Nie wiem, kiedy trójka założycieli bandu wpadła na pomysł okraszania swych utworów dźwiękami skrzypiec, ale moim zdaniem to była decyzja godna wszelkiej chwały. Ten radosny, niepozorny Mikael cudownie barwi i tak już bogate aranżacyjne kawałki. Czasami chwyta się mandoliny, chwilami dorzuca drugą gitarę - słowem, jego rola w Gazpacho jest nie do przecenienia i nieśmiało śmiem twierdzić, że to on stanowi siłę napędową i odpowiada za niedookreślone "coś", windujące norweski zespół do ekstraklasy progresywnego grania.

Występ Gazpacho była dwugodzinną ucztą, zakończoną owacją na stojąco, szalonym biegiem wśród publiczności basisty Kristiana Torpa oraz nauczeniem się nowych słów przez Jana-Henrika: "Na zdrowie" ("dziękuję" nie szło mu najlepiej, za to "Kraków" wymawiał chyba najlepiej spośród znanych mi zagranicznych artystów). Panowie pokłonili się w pas, zabisowali wspomnianym "Splendid Isolation" i obowiązkowym "Bravo" ze skoczną, celtycką końcówką, a na koniec z uśmiechem na twarzach oświadczyli, że idą na piwo. Ja za to wróciłem do domu i, już w zupełności pozbawiony chęci snu, oddałem się seansowi z płytami Gazpacho w rolach głównych. Proponuję w przerwie dyskusji o wyroku dla Andersa Breivika zapoznać się z tym obliczem Norwegii. Mam wrażenie, że zdecydowanie lepiej oddającym naturę tego magicznego kraju, a już na pewno piękniejszym, radośniejszym i bardziej wciągającym.

Jurek Gibadło