We Came As Romans

To Plant A Seed

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy We Came As Romans
We Came As Romans - To Plant A Seed We Came As Romans - To Plant A Seed
Nasza ocena:
7 /10

Poślizg z jakim piszę tą recenzję jest wręcz niewybaczalny. Przecież jakby nie było debiut We Came As Romans to jedna z lepszych pozycji wydanych w zeszłym roku. Rekomendując "To Plant A Seed", warto wspomnieć o tym, że dosłownie i w przenośni muzyka We Came As Romans jest świeża, pomysłowa i... trudna do jednoznacznej klasyfikacji. Jasne, że punktem wyjścia jest metalcore, ale jeśli by wierzyć temu, co głosi wytwórnia, a do czego również starają się przekonać innych sami zainteresowani - We Cames As Romans para się czymś co się zowie cinematic hardcore, a nawet hollywood hardcore. O mnie za mnie, może to być nawet gaycore, choć nim nie jest, bo muzyka broni się sama. Podobnie z dziwnym nazewnictwem można się zetknąć w opisach dokonań Włochów z Rhapsody, którzy również upodobali sobie przydomek "Hollywood", zamiast zwykłego power metalu.

Ale, ja nie o mistrzach euro power metalu chciałem pisać. Jeśli ktoś oczekuje regularnego krążka ze sztandarowym graniem na dwie stopy, niskimi growlami, czy dziesiątkami raczej prostych breakdownów - jest w ogromnym błędzie. "To Plant A Seed" to album bardo zróżnicowany, wielowymiarowy, w pewnym sensie rozbrajający swą dojrzałością nawet jak na debiut. Oprócz ciężkiego, agresywnego łojenia do przodu, słuchacz otrzymuje sporą dawkę epickości - w dobrym tego słowa znaczeniu, elementów charakterystycznych dla produkcji filmowych (świetne sample!) jak solidną porcję melodyjnego, gitarowego grania często idącego w parze z czystymi wokalami. Odnośnie samych wokaliz - We Came As Romans ma w składzie dwóch może niezbyt unikalnych, aczkolwiek dobrze sprawdzających się w swej roli frontmanów. Pierwszy z nich, David Stephens to raczej zwykły krzykacz jakich zresztą w Stanach wielu - nie mniej jednak, jego niskie screamy wywierają całkiem pozytywne wrażenie. Drugi z obejmujących wakat wokalisty to Kyle Pavone, może i nadmiernie wysługujący się auto-tunem ale jednak wybijający się ponad śpiewającą przeciętną. Lecz bez skrupułów przyznam się, że to, w czym ów jegomość sprawdza się najlepiej to w graniu na syntezatorach, czy też w programowaniu orkiestracji ("Broken Statues", największy hit z tego albumu miażdży pod tym względem każde cyce!).

Szkoda tylko, że brakuje tutaj prawdziwego, elementarnego dla tej muzyki jebnięcia, choćby na klasyczną stopę/werbel. Niby jest naprawdę fajnie - brzmienie klasa, pomysłów od groma, a kopa w mordę nie ma. Za dużo progressive, a za mało hardcore'a. Ot, co. Dodajmy do tego, że wbrew pozorom We Came As Romans to nie kolejny christ-core, choć w szeregach grupy oczywiście są wierzący. Rzeczony zespół to jednakże nie łaknący rozgłosu randomowi chrześcijanie, pnący się na przód dzięki samej łatce christian hardcore, a po prostu mainstreamowi artyści, którzy mają przed sobą raczej pewną, opartą na solidnej podbudowie, prostą drogę ku dzieleniu scen z największymi w danym gatunku.


Spotkanie z We Came As Romans przebiega zupełnie bezkolizyjnie, można by rzec, że odsłuch "To Plant A Seed" to taki dowód na to jak gra się teraz post-hardcore, a raczej, jak grać się go powinno by nie zgubić się w zalewie tego typu formacji. Zadeklarowani fani Chiodos, The Devil Wears Prada, Blessthefall, powinni się w ten album czym prędzej zaopatrzyć, inni zaś powinni choćby sprawdzić wideo do utworu tytułowego, co by wiedzieć co ciekawego dzieje się na współczesnej okołometalowej scenie.

Grzegorz "Chain" Pindor

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Gitarzysta do ulubionych źródeł