The Brew

A Million Dead Stars

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy The Brew
The Brew - A Million Dead Stars The Brew - A Million Dead Stars
Nasza ocena:
9 /10

The Brew kibicujemy od dawna, właściwie od pierwszych kroków ich kariery, kiedy to brytyjskie trio z młodym i - przyznajmy to - nieziemsko utalentowanym gitarzystą w składzie wydało pierwszy album, a także gościło w naszym kraju na koncertach. "A Million Dead Stars" to najnowsza płyta zespołu, w którym pierwsze i wcale nie jedyne skrzypce gra Jason Barwick nazywany nie od parady "wnuczkiem Hendriksa".

Czy w grze Barwicka i towarzyszących mu (jako sekcja rytmiczna) przedstawicieli dwóch pokoleń rodziny Smithów słychać jakiś postęp? Z pewnością tak. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w uszy, jest to, że Barwick skutecznie ulepsza swój niepowtarzalny styl gry. Wplata do utworów nie tylko hendriksowskie zagrywki, eksperymenty i solówki z efektem wah pod nogą (jak np. w otwierających płytę "Every Gig Has A Neighbour" i "Surrender It All"), ale sięga również po szerszą paletę brzmień, w tym barwy gitary akustycznej (świetny, pretendujący do miana nowego klasyka rockowego kawałek "Monkey Train"). To właśnie brzmienie akustyczne, pojawiające się jeszcze w kawałku "Mav The Rave", kojarzy się nieodparcie z brzmieniem Jimmy’ego Page’a z najbardziej znanych utworów Led Zeppelin. Co więcej, w tym utworze słychać też solo zagrane z użyciem smyczka, co dodatkowo przywołuje jednoznaczne skojarzenia. Ale czy takie podobieństwa brzmieniowe mogą nam w czymś przeszkadzać? Absolutnie nie. To czysta przyjemność słuchać, jak młody gitarzysta wydobywa spod palców takie, a nie inne dźwięki. I właśnie "A Million Dead Stars" to płyta, która brzmi, jakby została nagrana w roku 1970, czyli w czasach, gdy miłośnicy rocka upajali się utworami Hendriksa, Led Zeppelin i Greateful Dead. Tu nie ma żadnych sztuczek studyjnych. Jest żywe granie i szczera rockowa surówka. Nikt nikogo nie udaje. Sekcja rytmiczna robi swoje, a gra Jasona Barwicka jest dużo oszczędniejsza - muzyk waży każdą nutę i wychodzi mu to doskonale. Na albumie zespół zaprezentował dojrzałe kompozycje i teksty, które w dodatku zostały nieźle zaśpiewane.

Jeżeli świadomie nastawicie wehikuł czasu na rok 1970, włączycie ten album i popuścicie wodze fantazji, to czeka Was zaskakująco przyjemna muzyczna uczta. Gdyby w tamtych czasach ktoś nagrał taką płytę, do dziś byłby noszony na rękach przez fanów i krytyków. Czyżby uczniowie z The Brew przeskoczyli swoich, wspomnianych wyżej mistrzów? Obiektywna odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa, ale możecie to ocenić subiektywnie, sięgając po ten wyjątkowo klasycznie brzmiący album.

Tomasz Hajduk

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Gitarzysta do ulubionych źródeł